Wydanie bieżące

1 września 17 (257) / 2014

Gabriel Krawczyk, Lech Majewski,

JESTEM JAK MEDIUM

A A A
Gabriel Krawczyk: Po „Ogrodzie rozkoszy ziemskich” nawiązującym do twórczości Hieronima Boscha oraz „Młynie i krzyżu”, w którym przeniósł pan na ekran dzieło Pietera Bruegela, przyszedł czas na domknięcie tryptyku inspirowanego mistrzami europejskiej sztuki. W „Onirice – Psim Polu” odwołuje się pan do „Boskiej komedii”. Skąd taki wybór?

Lech Majewski: Dante Alighieri fascynował mnie od dawna. Uczyłem się od niego czegoś rzadko spotykanego – co występuje na przykład w poezji T.S. Eliota – to znaczy łączenia wulgarnego z wysokim, epickiego z lirycznym, osobistego z publicznym. Prawo sztuki jest prawem kontrastu. Skrzeczącą rzeczywistość chciałem skonfrontować z historią, religią, transcendencją, a „Boska komedia” nadawała się do tego idealnie.

G.K.: Czy przy okazji lektury poematu odwołania do obecnych czasów pojawiały się natychmiast? Jak trudno przełożyć Dantego na teraźniejszość?

L.M.: Na ekranie pokazałem, jak ja czytam Dantego. „Onirica” jest obrazem odzwierciedlającym to, czym żyję i co mnie otacza. Dante jest świetnym nauczycielem, wskazuje, jak brnąć w swoje prywatne uniwersum i jednocześnie opowiadać o świecie wokół.

G.K.: Opowiada pan tragedię anonimowego mężczyzny, jego symboliczną podróż przez zaświaty, a równocześnie udaje się panu zawrzeć na ekranie liczne odwołania do Polski AD 2010, roku klęsk żywiołowych i narodowej tragedii. Na jakie reakcje widowni pan liczy?

L.M.: Na nic nie liczę. Robię to, co robię, idę za wewnętrznym głosem, lecz doświadczenie nauczyło mnie, że wynik jest poza mną. Gdy wydawało się, że robię filmy skazane na bardzo skromną egzystencję, zaczęły one funkcjonować w świecie. Szczególnie jeśli bierzemy pod uwagę tego typu efemerydę, jaką jest film autorski. Przykładowo, pole działania „Młyna i krzyża” było w zamyśle skromne – tworzyłem go na potrzeby trzech muzeów. Ostatecznie był pokazywany w kinach ponad sześćdziesięciu krajów, ku mojemu zaskoczeniu głównie w repertuarze komercyjnym. I to z powodzeniem.

G.K.: Wydaje się jednak, że typowy zjadacz popcornu może mieć z „Psim Polem” problem. Czy dla pana wszystko jest tu jasne?

L.M.: Dużo z tego rozumiem, ale przyznaję – nie wszystko. Pojawiają się w filmie rzeczy, których nie potrafię sobie do końca wyjaśnić, ale jednocześnie wiem, że w procesie twórczym jakiś wewnętrzny głos podpowiadał mi, co jest istotne i co powinienem zawrzeć. W tym sensie mówię o sobie, że jestem jak medium. Przekazuję obrazy, które wypływają z obszarów nieświadomości czy podświadomości. Kino jest dobrym miejscem dla takiej wypowiedzi.

G.K.: Kino plus „Boska komedia” – nie znajduję lepszych narzędzi dla twórcy zainteresowanego zagadnieniami metaforyki. Przez zagęszczenie użytych w filmie znaków „Onirica – Psie Pole” przypomina mi nawet jakąś antologię filmowego symbolu, mozaikę, której póki co nie potrafię niestety złożyć.

L.M.: A czy w „Boskiej komedii” wszystko dla pana jest jasne? A szerzej; czy rzeczywistość jest dla pana jasna i zrozumiała? Bo dla mnie nie. I podejrzewam, że dla pana również. A od filmu oczekuje pan jasności jak z czytanki. Pokazując rzeczy niezrozumiałe, paradoksalnie, to ja jestem realistą, a nie ci „upraszczacze i wyjaśniacze” z klasycznych fabuł. Mój film to poemat wizualny. Pozwolił mi połączyć dwie inspiracje – sposoby wyrażania się, którymi posługiwałem się wcześniej. Zaczynałem jako malarz i poeta. Zarówno obraz, jak i wiersz uczą skrótowości, metaforyzacji symbolu. Skropleniem metafory jest symbol, stąd naturalne jest dla mnie takie połączenie. Mimo że, jak już mówiłem, nie muszę rozumieć w filmie wszystkiego, to jako całość ma on dla mnie sens i to bardzo precyzyjny.

G.K.: Kim więc jest pan przede wszystkim: poetą, malarzem, filmowcem?

L.M.: Czemu takie etykiety miałyby służyć? Jestem bezustannie ciekaw wszystkiego, robię różne rzeczy. Rzeźbię, komponuję, robię zdjęcia, ale nigdy nie patrzę na to, jak na osobne działania. To dla mnie jednorodna twórczość. W „Psim Polu” udało mi się nawet zawrzeć tropy naukowe. Podobnie jak bezimiennego bohatera filmu, uderza mnie przekonanie, że Merkury nie jest żadną planetą, tylko oderwanym od Wenus księżycem. W „Hipnotyzerze” pisałem już zresztą, że Pluton też planetą nie jest. Trzy lata po publikacji odbyło się w Pradze zebranie astronomów, którzy uznali, że tak jest w istocie. Może już niedługo, na kolejnym zebraniu, Międzynarodowa Unia Astronomiczna znów przyzna mi rację.