Wydanie bieżące

1 września 17 (257) / 2014

Tomasz Dalasiński,

W GRZĄSKIM GRUNCIE RZECZY

A A A
Pisanie recenzji tomiku wierszy, do którego wcześniej napisało się notę na okładkę, stawia piszącego (i projektowanego przezeń w ten czy inny sposób odbiorcę) w sytuacji dość jednoznacznej. Skoro napisało się bowiem notę na okładkę, to znaczy, że książka się jakoś tam podobała, że zrobiła wrażenie, że uznaje się ją przynajmniej za porządną, a być może nawet – za wyjątkowo wartościową. Z tego też powodu konkluzje tej recenzji są do przewidzenia na etapie już nawet nie jej początkowych słów, ale zerknięcia przez czytelnika na to, kto jest jej autorem. O ile jednak w okładkowej nocie, jako formie lapidarnej, oszczędnej, skrótowej i zdawkowej wypowiedzieć się trzeba krótko, węzłowato i efekciarsko (wszak przede wszystkim należy zachęcić do lektury książki!), a przez to nieco upraszczająco, o tyle recenzja – jako forma nieco obszerniejsza – pozwala na poczynienie znacznie dokładniejszych uwag. Moim „obowiązkiem” – jako autora najpierw blurba, a potem recenzji – będzie uszczegółowienie w tej drugiej formie niektórych przynajmniej tez, jakie postawiłem w pierwszej, ale także – bo jak tu sobie odmówić takiej przyjemności? – polemika z kilkoma założeniami programowymi (gdyż poezja Rafała Różewicza jest bez wątpienia liryką „projektową”) autora „Product placement”.

Dlatego zacznę od wiersza, który wierszem nie jest. Albo inaczej: zacznę od wiersza, który jest wierszem-centonem ułożonym przez redaktora tomu, Dawida Junga, ze skrawków prywatnych rozmów z autorem przeprowadzonych za pośrednictwem Facebooka. Piszą zatem Różewicz (prozą), a Jung (mową wiązaną):

 

jak można pisać o dysku twardym,

kiedy nie napisało się wszystkiego o zwykłej lodówce […]

 

w zamierzeniu te teksty mają być odpowiedzią na cyberpoezję,

której nie uważam za dobrą drogę dla poezji.

 

Słowa znamienne, słowa już nie tylko (jak wiersze sensu stricto) naprowadzające na pewne tropy, ale te tropy werbalizujące. Chwała Dawidowi, że te konkretne fragmenty ocalił. Ale jednocześnie: biada Dawidowi, że to zrobił. Chwała, bo dzięki temu już na wstępie (pod warunkiem, że przed lekturą tomu zajrzymy do posłowia) wiemy prawie wszystko. A biada… dokładnie z tego samego powodu.

Wiemy już wszystko, a więc o czym właściwie pisać recenzję? Odkrycie kart przed zameldowaniem „stówy” może skutkować przegraną w tysiąca. A tysiąc to przecież poważna gra. Tak jak poezja. Czy Rafał, odkrywając (za pośrednictwem Dawida) wszystkie karty już na starcie rozgrywki, nie naraził się aby na popadnięcie w proste schematy interpretacyjne? W porządku: dyskusja z cyberpoezją, jasne, istotna sprawa. Ale sprawa zarazem tymczasowa, ważna tu i teraz, ważna dla procenta (promila?) czytelników. Szum wokół tego zjawiska (dziś już znacznie mniejszy niż jeszcze choćby rok temu) niebawem osłabnie całkowicie, i co wtedy zostanie z Różewicza? Czy okaże się, że jego „produkt” został dobrze ulokowany?

Od razu zdradzę tajemnicę: z Różewicza zostanie dużo, a to, powiedzmy, „lokalne” lokowanie w przyszłości będzie odczytywane jako dodatkowy smaczek omawianej książki. Z Różewicza zostanie dużo, ponieważ Różewicz stara się odpowiedzieć na arcyważne pytanie: czy na pewno odrobiliśmy dokładnie całą lekcję realności. Pytanie, jakie (choć w zdecydowanie innym kontekście) zadawał sobie „patron” (cudzysłów celowy: vide kilkanaście linijek niżej) Różewicza, Mistrz Miron, ale także – które zadawali sobie najwybitniejsi filozofowie języka przynajmniej od czasów Wittgensteina. Napisałem: „Różewicz stara się odpowiedzieć”, choć chyba powinienem napisać: „Różewicz odpowiada”, gdyż autor „Product placement” dość stanowczo stwierdza, że realność jest niepoznawalna, ba, nawet więcej – że jest niezaświadczalna: „Kamieniu, czy naprawdę liczyłeś, że jeśli potknę się o ciebie, / to potknięcie będzie świadczyć o twoim istnieniu? („Sytuacja wyjściowa”).

Skoro jednak realności nie można poznać ani o niej zaświadczyć, to jak można cokolwiek o niej powiedzieć? Przypomina się kryzys reprezentacji i wszystkie wielkie problemy z definiowaniem tego, co jest. Jak rozumieć realność? Rafale, jak? Pytam autora, bo mimo natłoku deskrypcji, jakie pojawiają się na przestrzeni książki, odpowiedzi znaleźć nie mogę. A jeśli tej odpowiedzi po prostu nie ma? To możliwe. Ale wówczas na jakiej podstawie ze zbioru „realność” wyklucza się element „wirtualności”? Przecież wirtualność to też realność – a, by powrócić do rzeczonego centonu, „zwykła lodówka” podobnie jak twardy dysk może nam, choć z innych niż w słynnym wierszu Jacka Podsiadły powodów, na poruszane przez nas kwestie odpowiedzieć echem. Czyżbyśmy mieli więc do czynienia zaledwie z precesją (presją?) symulakrów? A wobec tego: czyżby wirtualność była jedyną dostępną formą realności?

A to jeszcze nie wszystko; realność, czymkolwiek jest, bez wątpienia nie jest prosta, jednoznaczna i jednowymiarowa. Realność skrywa sekrety metafizyczne, z natury rzeczy również niepoznawalne:

 

Gdzie kioskarka załatwia sprawy niecierpiące zwłoki?

To pytanie ma sens, jeśli spojrzeć na skrzynię

warującą przy wejściu do kiosku –

jednoosobowego zakładu utylizacji bezrobotnych.

 

Może po otwarciu wieka ukazują się schodki,

po pokonaniu których przychodzi ulga

towarzysząca otwarciu posiedzenia

i wypłynięciu statków z żywnością na szerokie wody.

 

Może w środku jest jakaś zaprzyjaźniona czytelnia,

z której codziennie zabiera plik gazet na sprzedaż;

fabryka chipsów, napojów gazowanych, dwóch

Azjatów przemycających papierosy do paczek.

 

Może jest też tak, że nic tam nie ma;

skrzynia ma za zadanie podpierać ścianę,

by nie runęła jednocześnie odsłaniając flankę;

zmianę warty wśród pism ilustrowanych.

(„Podchwytliwe pytania”)

 

Czy nie pobrzmiewa tu Miłosz ze swoją podszewką świata? I przywołany Miron-Polikarp rozmawiający z rzekomą dziennikarką? Różewicz wydaje się uczniem Białoszewskiego, ale uczniem niepokornym. Ten sam krąg zainteresowania, ale diametralnie inne podejście: żadne tam zlepy i ciągi, a jeśli już szumy, to oswojone i zamknięte w autorskim idiomie. Różewicz, inaczej niż Białoszewski, nie wsłuchuje się w odgłosy rzeczywistości. On jest, tkwi w tych odgłosach i nakazuje im wybrzmiewać nie w ich, ale w jego własnym języku:

 

Odżegnywać się od paragonu, to znaczy wstydzić się

własnych potrzeb? Zaspokajanych dzięki ekspedientce,

która za moimi plecami potraktowała go jak śmiecia,

wyrzucając, gdy tylko odstąpiłem ją na krok.

 

Jaką zaś rolę pełni kasa fiskalna, ta grafomanka

przelewająca wszystko na papier? Co nabija się

z każdej podsuwanej pod nos rzeczy, sprawiając że

kontakty machinalnie sprowadzają się do wymiany.

 

Cofamy się w rozwoju i jeszcze robimy to sprawnie?

Zastanawiam się w sklepie spożywczym, gdzie czytam:

„Przyjmiemy potomków Fenicjan ze Szkoły Handlowej”,

bo bez studiów niemożliwe jest wręczanie paragonu –

 

teraz go biorę, by mieć czarno na białym:

czego potrzebowałem i ile kosztowała chwila słabości

(wyraźnie mi ją wytknęła bohaterka drugiej strofy,

na co dzień borykająca się z uzależnieniem od prądu).

(„Czynne z powodu, że otwarte”)

 

Gdyby nie było Białoszewskiego, nie byłoby Różewicza takim, jakim jest, ale bez wątpienia Różewicz i tak pozostałby Różewiczem: poetą, który interesująco i niezwykle sprawnie pod względem artystycznym odświeża rzeczywistość, czymkolwiek ona jest, a także nasze na nią spojrzenie – jakiekolwiek by ono nie było.

Mnóstwo jeszcze spraw warto by w momencie omawiania „Product placement” poruszyć: prawda, ironia, tradycja, maska/kreacja, wpływ Stanisława Barańczaka (zaznaczony, co wprawny czytelnik z pewnością zauważył, w tytule tego szkicu) – to tylko cztery najważniejsze. Recenzja jednak ma to do siebie, że nie lubi być rozwlekana ponad miarę. Może więc kiedyś, przy innej okazji. Tymczasem, podsumowując, pozostaje mi tylko powtórzyć za Dawidem Jungiem: „Od wielu już lat żaden z debiutantów nie dostarczył mi tylu irytacji filozoficznych, co Rafał Różewicz”. Jednocześnie – od wielu już lat żaden z debiutantów nie poruszał się tak niepewnie w swojej pewności. Ale może to i dobrze?
Rafał Różewicz: „Product placement”. Biblioteka „Zeszytów Poetyckich”. Gniezno 2014.