Wydanie bieżące

1 września 17 (257) / 2014

Sławomir Iwasiów,

FRAGMENTY

A A A
Nowy tom autorstwa Adama Poprawy – literaturoznawcy, pisarza, krytyka literackiego i muzycznego – to zbiór prozatorskich miniatur wyrastających z Joyce’owskiej tradycji epifanii. Recepta na opowiadanie o świecie w stylu irlandzkiego pisarza jest dość prosta: w dużym skrócie chodzi o to, żeby w krótkich utworach „objawić” bogactwo znaczeniowe nawet najprostszych sytuacji, dialogów czy spostrzeżeń. Poprawa, oprócz kilku zbiorów poezji, pokaźnego dorobku krytycznego oraz tekstów naukowych, jest znany i z takiego trybu wypowiedzi – jego poprzedni wybór krótkich form literackich, „Walce wolne, walce szybkie”, zdobył sympatię czytelników oraz krytyki i między innymi znalazł się wśród dwudziestu książek nominowanych do Literackiej Nagrody Nike w 2010 roku. „Walce” były określane niejednokrotnie mianem „dziennika współczesnego inteligenta” i w dużym stopniu to twierdzenie można podtrzymać także w wypadku nowszej książki. „Kobyłka apokalipsy” układa się bowiem w rodzaj specyficznego diariusza, którego bohater – czujny, wrażliwy i ironiczny – notuje swoje obserwacje na temat rzeczywistości. W tym sensie – idąc i śladami Joyce’a, i swoimi własnymi – autor kontynuuje i rozwija niektóre wątki podjęte w „Walcach”.

Bohater „Kobyłki apokalipsy” to zatem przede wszystkim intelektualista, żywo zainteresowany światem, ujawniający swoje szerokie kompetencje zdobyte w rozmaitych dziedzinach. Wie dużo o literaturze i badaniach literackich, charakteryzuje się zmysłem krytycznym, czyta „Teksty Drugie” i „Tygodnik Powszechny”, z niesłabnącym zaangażowaniem prowadzi zajęcia z analizy i interpretacji dzieła literackiego, jest zainteresowany brzmieniem i dynamiką mowy, a nade wszystko chętnie przedstawia scenki z codzienności i gdzieniegdzie ujawnia fragmenty wycięte z własnego życiorysu. Ma w związku z tym protagonista „Kobyłki” kilka interesujących twarzy, które postaram się w skrócie przybliżyć.

Można nade wszystko przedstawić bohatera jako czujnego obserwatora realnego świata, słuchającego z uwagą żywej mowy i analizującego zachowania (przypadkowych?) osób. Jeden z pierwszych „wpisów” dotyczy zupełnie zwyczajnej sytuacji:

 

Później, potem

Dwie po chleb na Bema, w odległości, przez innych

– Co tam?

– A tam – z westchnieniem. – Przyjdziemy kiedyś na Rynek, to opowiemy.

– Tylko po świętach, bo ja teraz mam... nie ma mnie – pauza najwyżej ósemkowa.

Pierwsza doszła

– Z czego ten baranek?

– Z bułki, można potem ususzyć i zużyć do kotleta.

(„Kobyłka apokalipsy”, s. 5)

 

Ot, i zwyczajna scenka, zaobserwowana w ruchliwym miejscu, w dającej o sobie znać atmosferze zakupowego przeciążenia tuż przed świętami, na co wskazuje pora roku (pod każdym „wpisem” są daty – tu akurat IV ’07) i oczywiście figurka baranka. Oprócz dialogu uwagę zwraca samo otoczenie, tło rozmowy. Można rozważyć: czy takie sytuacje, tego typu pojedyncze zdania wychwytuje się przez przypadek, czy trzeba się do nich specjalnie przygotować, nastroić ucho do brzmienia konwersacji, do zabawnej dynamiki mowy? W rozmowie z Juliuszem Kurkiewiczem dla „Gazety Wyborczej”, przeprowadzonej przy okazji nominacji do Nike, pisarz przyznawał ostrożnie, że raczej nie ma w zwyczaju podglądania i podsłuchiwania – skupia się natomiast na „przetwarzaniu” tych wszystkich sygnałów, które docierają do niego z zewnątrz. A więc – co i w wypadku tej scenki daje o sobie znać – nie sama sytuacja, nie jej magiczny urok, wreszcie nie jakiś szósty zmysł pisarza decydują o trafności spostrzeżeń; decydujące znaczenie ma nade wszystko odpowiednie ujęcie opisywanej sytuacji, literackie opracowanie, dzięki któremu prostota, niech będzie że pogaduszek na zakupach, zyska urok czegoś nowego, do tej pory nierozpoznanego. Specyficzny tok tej rozmowy, świąteczne zakupy, baranek, kotlet – to zwyczajne rzeczy, pozornie niekoniecznie nadające się na literaturę, ale w końcu, odpowiednio zapisane, w zestawieniu z innymi podobnymi fragmentami, w perspektywie większych całostek, jak choćby codzienne życie w dużym mieście, zaczynają nabierać sensu.

Można by tylko z tego krótkiego fragmentu przytoczonego powyżej wyczytać fascynację autora stylem pisarstwa charakterystycznym dla Mirona Białoszewskiego: to przede wszystkim krótkie, niekiedy niedokończone zdania, częste równoważniki zdań, znacząca interpunkcja i połączenia między wyrazami (niby przypadkowe, ale przecież dokładnie przemyślane: „Tylko po świętach, bo ja teraz mam... nie ma mnie”), rytmem przywodzące na myśl raczej poezję niż prozę. Nawiązania do Białoszewskiego, którego czasem wskazywano jako patrona prozy Poprawy, są jak wolno przypuszczać nie bez znaczenia – dużą część dorobku naukowego pisarza stanowią rozprawy i szkice poświęcone autorowi „Donosów rzeczywistości”.

W tym stylu prowadzone zapiski z codzienności przywodzą na myśl dokonania jeszcze innego współczesnego pisarza, który być może nie doczekał się takiego uznania jak Białoszewski. Podobnie pisał przecież Maciej Malicki, który też chętnie – choćby w tomie „Takie tam” – zatrzymywał, jakby w obiektywie aparatu, obrazki z życia wzięte. Mam mimo wszystko wrażenie, że Poprawa jest pisarzem patrzącym na świat nieco inaczej, może nawet szerzej niż Malicki, ujawniającym zdecydowanie więcej sposobów ujmowania rzeczywistości.

Drugą twarzą bohatera „Kobyłki apokalipsy” jest wszystko to, co związane z kompetencjami literaturoznawcy – łatwo można prześledzić te kompetencje podążając tropami lektur, recenzji, omówień, szkiców i czasopism. Czasem autor – z pedantyczną dokładnością – niby wytyka komuś drobny błąd, żeby zaraz zamienić tę wnikliwość profesjonalnego czytelnika w przenikliwość wrażliwego poety:

 

U

, małe u umknęło Zaleskiemu, piszącemu o Białoszu, „Teksty Drugie” numer pięć z dwa tysiące sześć, ro-ku!, struna pięćdziesiąta ósma, i z tytułu zostały mu Moje jakby znużenia. J, ot też zmalało.

(„Kobyłka apokalipsy”, s. 5)

 

Uwaga o szkicu dotyczącym Białoszewskiego jest pisana językiem autora „Pamiętnika z powstania warszawskiego”, a przy tym, skupiając się na ściśle polonistycznej tematyce, wykracza nieco poza typowe, acz sympatyczne marudzenie filologa. Zauważony podczas lektury drobny błąd staje się okazją do przeanalizowania – a nawet „objawienia” czytelnikom – w jaki sposób język nieustannie sprawia kłopoty. Niektóre zapiski mają przy tym strukturę i naturę właściwą dla gatunków, by tak rzec, niezupełnie literackich. Na przykład:

 

Zdarza się

, jak tłumaczył Vonegutta Jęczmyk. W nowym „Tygodniku”, wśród zawartości na pierwszej stronie, Wiara na manowcach, rozmowa z siostrą Haliną Mol, księdzem Jackiem Prusakiem i też księdzem Grzegorzem Rysiem.

(„Kobyłka apokalipsy”, s. 9)

   

Czy ten krótki „wpis” nie przypomina, w pewnym sensie, notki dziennikarskiej? Albo bardzo dziwnego przeglądu prasy? Czy nie jest pisany, z właściwą dziennikarzom raczej niż pisarzom, ekonomią słowa, która w minimalnym objętościowo tekście pozwala zawrzeć wszystkie potrzebne informacje? Coś jest takiego w „Kobyłce apokalipsy” – być może właśnie chodzi o tę skrótowość wypowiedzi, zresztą także dostrzegalną w prozie wspomnianego wcześniej Malickiego – że można ją uznać za „dziennikarskie” sprawozdania z codzienności.

Jeżeli drugą twarzą bohatera „Kobyłki apokalipsy” jest literaturoznawca, to trzecią – co stanowi swego rodzaju konsekwencję – musi być nauczyciel akademicki. I w tej roli wypada nasz lustrator rzeczywistości całkiem nieźle. Wydaje się, że dobry humor go nie opuszcza, choć obserwacje niekoniecznie nastrajają optymistycznie. Przede wszystkim odpytywanie studentów na egzaminach to źródło ciekawych materiałów do analizy:

 

Pomoce dydaktyczne

Na egzaminie chcę od jednej wyciągnąć z Tanga procesy kulturowe, a przenikliwość Mrożka zwłaszcza. Nie idzie, mówi o Policji i utracie niepodległości. No to naprowadzam.

–  Proszę pani, czy Bóg jest?

– W Tangu czy tak w ogóle?

(„Kobyłka apokalipsy”, s. 12)

 

Przebija z tego fragmentu autoironiczny punkt widzenia nauczyciela akademickiego, który czasami sam siebie wpędza w tarapaty „trudnymi” pytaniami. Ciekawe, że takie sytuacje przytrafiają się bohaterowi głównie w zetknięciu ze studentkami (co ma swoje, dość oczywiste w gruncie rzeczy, wytłumaczenie – na studiach polonistycznych przeważają kobiety). Jeszcze ciekawsze, że jak już coś powie ten jedyny na roku mężczyzna, to nie bardzo wiadomo, co z tą wypowiedzią począć. Podczas interpretacji poezji „jedyny student”, ni to pytaniem, ni stwierdzeniem, podsumowuje mozolną dyskusję nad tekstem: „Czy to ma być przekaz podprogowy?” („Kobyłka apokalipsy, s. 35). Innym razem trudno coś wyciągnąć, znowu, od studentki:

 

And it’s a hard, it’s a hard

Przyciskam jedną o magdalenkę

– Proszę pani. Dlaczego ta scena jest tak ważna? Co się dzieje, kiedy on macza magdalenkę w herbacie?

– Bo może była za twarda...?

 („Kobyłka apokalipsy”, s. 48)

 

Kropka zawieszona tuż po „Proszę pani” nie pozostawia złudzeń – coraz trudniej rozmawia się dzisiaj ze studentami, coraz trudniej nakłonić ich do analizy i interpretacji nawet najprostszych wątków i motywów znanych z literatury światowej.

Zmaganiom wykładowcy towarzyszą także w jakimś stopniu akademickie i profesjonalne analizy tekstów kultury – nie tylko literackich, ale także muzycznych i filmowych (Poprawa ma na swoim koncie niemałą liczbę recenzji płyt – prowadzi w „Odrze” rubrykę „CDn” – a także okazjonalnie pisze szkice filmoznawcze). Z nazwisk muzyków można wyczytać główny krąg muzycznych fascynacji autora „Kobyłki” – to między innymi jazz (Poprawa pisał także dla „Jazz Forum”). Nie jest to jednak tylko odwoływanie się, jak powiedziałby Jan „Ptaszyn” Wróblewski o jazzie, do „muzyki rozrywkowej”, ale czasami właśnie „epifanijny” stosunek do wytworów współczesnej kultury. Na przykład znajomość historii muzyki przeradza się w felietonową uszczypliwość:

 

Epistrofa

Muzykom jazzowym zdarzały się wypadki przechodzenia na islam, niektórzy nawet zmieniali imiona i nazwiska. A Thelonious Monk na tylnej okładce książeczki, dołączonej do DVD z serii Jazz Records, wygląda jakby przystał do moherowych kołpaków.

(„Kobyłka apokalipsy”, s. 56)

 

I być może ostatnie, choć prawdopodobnie nie mniej ważne oblicze bohatera „Kobyłki” – zwyczajne, codzienne, domowe. W takiej roli równie często mamy okazję go oglądać i nie wydaje się ona mniej ciekawa od innych. A to coś interesującego zdarzy się przy śniadaniu („Jednak zełgał”, s. 83), a to znowu zauważy coś intrygującego w lodówce („Na opakowaniu fety przy zgięciach”, s. 148) albo poczuje się jak domownik uwięziony w najbliższym otoczeniu („Raport z obleganego domu”, s. 160). Zwyczajność dostarcza niezwyczajnych bodźców, a „epifanie” są tym mocniejsze, im pozornie mniej zajmująca rzeczywistość je wytwarza.

Dałoby się zapewne wyinterpretować z tomu prozy Poprawy i inne wątki: choćby miejski. W wielu partiach książki można rozpoznać przede wszystkim Wrocław (co oczywiście nie dziwi – autor jest pracownikiem Instytutu Filologii Polskiej Uniwersytetu Wrocławskiego) i urok tego miasta, a także wszystko, co wiąże się z życiem w mieście (jak podróże komunikacją miejską) znajduje swoje odbicie w tych prozatorskich miniaturach.

Kim jest zatem bohater „Kobyłki apokalipsy”? To człowiek wielowymiarowy – inteligent, filolog, krytyk, mężczyzna, mieszkaniec, obywatel (niekoniecznie kolejność ma duże znaczenie) – który znalazł sposób na opisywanie otaczającego go świata. Składa go w zupełnie interesującą całość z porozrzucanych – pozornie bez ładu składu – fragmentów.
Adam Poprawa: „Kobyłka apokalipsy”. Wojewódzka Biblioteka Publiczna i Centrum Animacji Kultury w Poznaniu. Poznań 2014.
 
„artPapier” objął nad książką Adama Poprawy patronat medialny.