ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 września 17 (257) / 2014

Oskar Kalarus,

OPOWIEŚĆ O DNIACH OSTATNICH

A A A
Ádáma Bodora polscy czytelnicy znają z opublikowanych dotychczas powieści („Okręg Sinistra”, „Wizyta arcybiskupa”), zbioru opowiadań („Z powrotem do uszatej sowy”), a także z autobiograficznego „Zapachu więzienia”. Fani twórczości węgierskiego pisarza powinni bardzo szybko odnaleźć się w świecie jego najnowszej powieści, „Ptaków Wierchowiny”, ponieważ powracają w niej znane z wcześniejszych utworów motywy i specyficzny klimat. Pewne trudności, jak mi się zdaje, czekają jednak na czytelników nowych.

Zamieszczony na czwartej stronie okładki cytat z Piotra Kofty głosi, że „(…) oczywiście można stwierdzić, że u Ádáma Bodora Márquez zderza się z totalitaryzmem, a Kafka z surową pustką górskich dolin (…)”. Pomijając już niefortunność tego porównania, bo przecież Márquez zderzył się z totalitaryzmem już we własnej twórczości, pewne wątpliwości budzi, czy rzeczywiście jest to najlepszy tekst, żeby zachęcić do lektury Bodora. Żeby kupić książkę – na pewno, ale już po pierwszych stronach widać, że porównanie do Kafki i Márqueza ma służyć jedynie marketingowi, a czytelnika, który połknie haczyk, czeka raczej niemiła niespodzianka, bo porównanie to jest budowane zdecydowanie na wyrost. Zresztą, Maciej Robert (o którym wspominam, bo wyrwany z kontekstu fragment jego recenzji również znalazł się na stronie Wydawnictwa Czarne), mimo że także zaczął recenzję od przywołania Kafki i Márqueza, sam dalej zaznaczył, że „powieściowego świata Bodora nie da się nijak określić mianem realizmu magicznego”. Warto jeszcze dodać, że i totalitaryzm, choć oczywiście pełniący w powieści niebagatelną rolę, wyraźniejszy był we wcześniejszych utworach Bodora.

„Wariacje na temat dni ostatnich” – informuje czytelników podtytuł. Siłą rzeczy od razu zastanawiamy się, czyje dni ostatnie ma autor na myśli? Początkowo odnosi się wrażenie, że mowa o ostatnich dniach Anatola Korkodusa, brygadiera pilnującego w zapomnianej przez ludzi Jabłońskiej Polanie wody. Pierwsze zdanie powieści zmusza dodatkowo do zastanawiania się, czy ostatnie dni oznaczają okres przed śmiercią, czy przed tajemniczym aresztowaniem, szybko odkrywamy jednak, że ten trop – nawet jeżeli ma pewne uzasadnienie – nie jest jedyną możliwą interpretacją podtytułu.

Okazuje się, że Anatol Korkodus nie jest głównym bohaterem powieści, nie jest nim też jego przybrany syn, Adam – narrator powieści. Pierwszy rozdział zmusza nas do zwrócenia większej uwagi na ptaki, jak Anatol nazywał zbłąkanych młodych ludzi, których przygarniał do Wierchowiny, żeby odnaleźli własny sposób życia. Ten trop też jednak z czasem się zaciera, ukazując, że prawdziwe ptaki Wierchowiny – zwierzęta, które przepędzone przez tajemniczych ludzi „z zewnątrz”, dały radę zaakceptować fakt nadchodzących zmian i same opuściły górskie doliny – mają znacznie ważniejszą wymowę niż się wydaje. Tak błądząc między kolejnymi fałszywymi tropami, poznajemy wreszcie prawdziwego głównego bohatera powieści, czyli Jabłońską Polanę, miasteczko ulokowane na terytorium precyzyjnie dookreślonym zarówno geograficznie, jak i historycznie, lecz samo w sobie fikcyjne.

Nie są wcale najważniejsze pojedyncze biografie mieszkańców Jabłońskiej Polany, ale zbiorowy obraz życia w zapomnianym miasteczku, którego gospodarka w całości opiera się na ośmiu źródłach termalnych, a wszelkie kontakty ze światem zewnętrznym ograniczają się do niezbędnego minimum.

Mimo że może się to wydawać wstępem do opowieści o świecie idealnym, odizolowanym od bagażu historii i zgiełku współczesności, Jabłońska Polana nie jest raczej miejscem, w którym ktokolwiek chciałby się znaleźć. Odpychająca woń siarki, bijąca od pobliskich wód termalnych, wnika do domów, spiżarń i szaf, sprawiając, że cechą wyróżniającą ludzi z mieściny jest przede wszystkim duszący smród. Również zachowanie mieszkańców Jabłońskiej Polany nie nastraja do nich pozytywnie, sprawiają wrażenie istot na wpół zwierzęcych, kierujących się często instynktami i działającymi nielogicznie.

Scen cudownych, magicznych, wielu w powieści nie ma, a to, co jest najbardziej fantastyczne, to zadziwiające zachowania ludzi, nie tylko mordujących się nawzajem, ale do tego nauczonych niemal zupełnie ignorować nieustannie przytrafiające się wokół nich zgony. Praktycznie co rozdział widzimy, że ktoś został powieszony, ktoś powiesił się sam, ktoś się utopił, został rażony piorunem lub owinął drutem dzieci i podpiął do prądu. „Dni ostatnie” w tym kontekście mogą być interpretowane jako ostatnie dni poszczególnych mieszkańców (i odwiedzających) Jabłońskiej Polany. Zawiódłby się jednak ten, kto sięgnąłby po książkę z nadzieją na wciągającą powieść kryminalną lub sensację. Przedstawiane wydarzenia nie budzą specjalnych emocji w samych bohaterach, a z czasem obojętnieją także czytelnikowi. Nieustannie unosząca się nad mieszkańcami groźba śmierci lub nocnego porwania idealnie komponuje się ze wszechobecną wonią siarki, tworząc atmosferę duszącą, ale i pełną rezygnacji.

Charakterystyczny dla Bodora ospały (nawet niespecjalnie oniryczny) klimat oddaje duszę małego miasteczka, zaszytego gdzieś w Karpatach. Miasteczka, które dosłownie zamiera na skutek tajemniczych zniknięć i mniej tajemniczych zgonów. Miejsca, które opuściły już nawet ptaki.  Ta ospałość potęguje wrażenie zastygnięcia Wierchowiny w jakimś punkcie poza czasem i całkowitego opanowania przez wszechobecną śmierć: „Po południu, w godzinie śmierci, kiedy ustaje przeciągły ryk osła i nad Jabłońską Polaną zapada obezwładniająca cisza, upływ czasu zaś odmierza tylko brzęczenie spóźnionej osy i stłumione kapanie wody (…)”. W końcowych rozdziałach zostaje nawet przedstawione, jak ludzie sami dostosowują czas do własnych potrzeb, gdy bohaterka, nie wiedząc zapewne w ogóle, jaki jest dzień, stwierdza, że jest sobota, bo ma ochotę się wykąpać.

Jabłońska Polana jest miejscem wyrwanym z normalnego porządku świata, nie dojeżdża już do niej żaden pociąg, a ludzie z innych miasteczek nie wiedzą o jej istnieniu. Czas zatrzymał się w miejscu i zaczął mitycznie powtarzać – wielokrotnie widzimy opisy tych samych czynności, wytłumaczone przez narratora tak, jakby nigdy wcześniej  o nich nie wspominał, a narracja skacze swobodnie od jednej postaci do drugiej, ignorując nieraz zupełnie problematykę czasu i często nawet nie informując czytelnika o właściwej chronologii wydarzeń. Ludzie szukają mądrości w fantastycznej książce kucharskiej, porównując zapisane (albo i nie?) w niej opowieści do bieżących wydarzeń. Jednak książka kucharska okazuje się nie dawać wskazówek, przedstawione w niej historie tracą aktualność, co jest jednym z wielu świadectw coraz bliższego wybicia Wierchowiny z bezruchu poza czasem i historią, wybicia, które nawet jeżeli będzie oznaczać ponowne odrodzenie osady, może zostać dokonane tylko na trupie dotychczasowego świata.
Ádám Bodor: „Ptaki wierchowiny”. Przeł. Elżbieta Cygielska. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2014.