ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 września 18 (258) / 2014

Paweł Wiktor Ryś,

OBRZYDLIWA KONSERWA (WILGOTNE MIEJSCA)

A A A
„Wilgotne miejsca” Davida Wnendta miały być kontrowersyjną ekranizacją kontrowersyjnej powieści Charlotte Roche. I chociaż na pozór wszystko się zgadza (Wnendt przeniósł na ekran prozę Roche), to film jest skandaliczny jedynie w swojej ultrapruderyjnej wymowie.

Nie znaczy to, że fani filmowych „momentów” nie znajdą czegoś dla siebie. Znaczy to tylko tyle, że można być głosicielem najbardziej konserwatywnej ideologii i jednocześnie uchodzić za skandalistę. Wystarczy ową „konserwę” opatrzyć paroma mocniejszymi czy – jak kto woli – niesmacznymi scenami.

Tych ostatnich w omawianym filmie rzeczywiście jest kilka. Helen (główna bohaterka) przekracza granice seksualności, przekraczając granice czystego, higienicznego, „sterylnego” świata. Jej fascynacja ludzkimi wydzielinami, ostrymi zapachami (wilgotnych miejsc), szeroko pojętą fizjologią opowiadana jest – przynajmniej na początku – w konwencji szalonej, transowej, barwnej komedii. Czarny humor, obsceniczny klimat, mocne obrazy, „odjechane” animacje, a wszystko wykonane po niemiecku. Perfekcyjnie.

Przez moment można więc odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z jakąś cyniczną, zepsutą, ale fascynującą opowieścią o współczesnej zmysłowości (z czymś w rodzaju Scorsese’owskiego „Wilka z Wall Street” zawężonego do sekretów alkowy). Przez moment można odnieść wrażenie, że „Wilgotne miejsca” to bezkompromisowa manifestacja nowej, perwersyjnej seksualności. Przez moment. Dość szybko okazuje się bowiem, że to tylko powłoka, za którą coś się czai, coś się kryje.

„Jeśli twoje dziecko bawi się warzywami, to wiedz, że coś się dzieje”. Parafraza skrzydlatych słów księdza Natanka nie jest tu przypadkowa. Sposób myślenia duchownego z Grzechyni nie odbiega znacząco od sposobu myślenia zaprezentowanego w filmie. Helen wciera w siebie wszelkie nieczystości nagromadzone na desce sedesowej w publicznej toalecie, oddaje się „warzywnej” masturbacji, maże się z koleżanką krwią menstruacyjną, ale w istocie marzy o pojednaniu rozwiedzionych rodziców i tradycyjnym związku. Wszystko to zaś, jak się okazuje, skrzywdzonym dzieckiem podszyte.

Niekonwencjonalność bohaterki – i w tym m.in. przejawia się wspomniany konserwatyzm – zostaje usprawiedliwiona, wytłumaczona, „zracjonalizowana” jakąś niewypowiadalną traumą. Helen – taką wykładnię otrzymujemy – robi to, co robi, nie dlatego, że lubi, ale dlatego, że miała trudne dzieciństwo (wychowywała się w rozbitej rodzinie itd.). Jakkolwiek wspomniany wyżej szkielet fabularny nie odbiega znacząco od literackiego pierwowzoru, to w powieści Roche (pomijając już ocenę tej prozy) poszczególne akcenty zostały jednak nieco inaczej rozłożone. Nie ma tam aż tak łatwych tez, nie ma tak prostych wyjaśnień.

Egzegeza dla ubogich sprawia w dodatku, że film pęka pod ciężarem tezy, którą stawia. I nie chodzi tu o, coraz silniejsze z upływem czasu, wypieranie gorącej, pokręconej komedii przez chłodny, psychologiczny dramat. Akurat za połączenie dwóch odrębnych stylistycznie konwencji w jedną, spójną całość należą się brawa zarówno reżyserowi, jak i Carli Juri (odtwórczyni głównej roli). Rzecz w tym, że nienormatywna seksualność w świecie przedstawionym filmu jest nie tylko domeną protagonistki. Corinna (towarzyszka Helen w siostrzeństwie krwi), chłopiec metalowiec (o iście bawarskiej wyobraźni), szalony fryzjer (wilgotnych miejsc) też mają cokolwiek niestandardowe preferencje. Czy za każdą z tych postaci – zgodnie z myślą przewodnią filmu – stoi trauma?

Czy nie jest raczej tak, że zalewający zewsząd nadmiar seksu i powszechne przyzwolenie na „rozkosz” (które przybiera w gruncie rzeczy formę nakazu) sprawia, iż wystudzona tym wszystkim seksualność, szukając nowych bodźców, poczyna lokować się w czymś, co jeszcze (przejściowo) stabuizowane? Tej złożoności (będącej być może palącym problemem współczesności) recenzowany film mógł być bezkompromisowym, hedonistycznym – jak jest nim częściowo literacki pierwowzór – wyrazem. Mógł. Okazał się jednak kolejnym śliskim od wydzielin moralitetem – kolejną (po m.in. „Hemel”, „Code blue” czy „Q”) filmową tyradą mówiącą nam po raz tysięczny, że za seksualnymi perwersjami, odrzuceniem pozornie sterylnego świata kryje się potrzeba miłości i bliskości, „krwawiąca rana na dnie naszych dusz” itd.

„Wilgotne miejsca” bywają więc miejscami naprawdę obrzydliwe. Obrzydliwe w swym konserwatyzmie.
„Wilgotne miejsca” („Feuchtgebiete”). Reżyseria: David Wnendt. Scenariusz:
Claus Falkenberg, David Wnendt. Obsada: Carla Juri, Christoph Letkowski, Marlen Kruse i in. Gatunek: komediodramat. Produkcja: Niemcy 2013, 109 min.