Wydanie bieżące

15 września 18 (258) / 2014

Magdalena Boczkowska,

KAŻDY MA TAKIEGO PSYCHOANIOŁA, NA JAKIEGO ZASŁUŻYŁ (ŁUKASZ STEC: 'PSYCHOANIOŁ W DUBLINIE')

A A A
Długo trzeba było czekać na drugą książkę Łukasza Steca, autora pochodzącego z Górnego Śląska. Pierwsza, zbiór opowiadań „Bimber”, została wydana w roku 2007 i została dość dobrze przyjęta przez krytykę. Po siedmiu latach autor powraca z nową prozą, tym razem powieścią, zatytułowaną przewrotnie „Psychoanioł w Dublinie”.

Początkowo fabuła powieści wydaje się prosta. Trzydziestoletni Wawrzyniec – zwany przez swojego meksykańskiego współlokatora Wową, to Polak przebywający, jak wielu jego rówieśników, na emigracji w Irlandii, gdzie radzi sobie raz lepiej, raz gorzej, jak to w życiu. Pewnego ranka Wowa budzi się i stwierdza, że nie pamięta niczego, co wydarzyło się w ostatnim tygodniu. Dziwi go nie tylko owa niespodziewana utrata pamięci, ale i nagła obecność Indianina z ogromnymi skrzydłami, który twierdzi, że jest jego osobistym psychoaniołem, Alfredem – psycho, czyli aniołem stróżem ateistów. „Kiedy obrócił się w stronę najbliższego wolnego siedzenia, na miejscu obok zobaczył Indianina, śpiewającego dalej jakby nigdy nic: – Oh, sit down! Oh, sit down! Sit down next to me... Sit down, down, down, down, down, with sympathy!!! Pod Wową ugięły się nogi, więc pospiesznie zastosował się do propozycji szaleńca”. Okazuje się, że nasz bohater dokładnie tydzień wcześniej, w swoje trzydzieste urodziny, został zamordowany, jeśli jednak w ciągu kolejnych siedmiu dni uda mu się zdemaskować zabójcę, jego życie wróci do normy, czyli przeżyje, a psychoanioł zniknie.

Wowa to niespełniony artysta, którego prace nigdy nie znalazły uznania krytyków, jest także rozwodnikiem (z dość ekscentryczną, jak się szybko okaże, byłą żoną) i właścicielem chorego na depresję kota Borysa, który kilkakrotnie usiłował już popełnić samobójstwo (przynajmniej tak się wszystkim wydawało…). Postać Borysa przypomina nieco Behemota, tyle tylko – by tak rzec – Borys jest bardziej doświadczony przez życie. „Borys był niezwykle wrażliwym kotem. Po czwartej próbie samobójczej weterynarz doszedł do wniosku, że nawet nadwrażliwym. Wowa nie podzielał tego poglądu. Znał dobrze swojego kota i wiedział, że Borys miał po prostu ciężkie dzieciństwo. Kot wychowywał się na wsi. Jego matka wpadła do kombajnu, ojciec zaś odszedł na skutek przedawkowania alkoholu; pewnego sierpniowego wieczoru strącił z szafy butelkę z likierem kokosowym, a po jej rozbiciu całość trunku zachłannie zlizał z podłogi. Na wątłe barki Borysa spadła wówczas odpowiedzialność za wykarmienie nie tylko siebie, lecz także czterech sióstr, nieporadnych kocic o czarnej sierści. Nie było to zadanie łatwe, gdyż sołtys wsi, w której mieszkał kot, wpadł na pomysł odszczurzenie okolicy za pomocą specyfików, których producentem całkiem przypadkowo był brat sołtysa. Miała to być akcja pokazowa służąca promocji tegoż wynalazku. Efekt był taki, że ze wsi znikły wszystkie szczury i myszy. Tak, Borys dobrze wiedział, co to prawdziwa recesja”.

Wowa nie może uwierzyć, że ma zginąć. Wydaje mu się, że jest w miarę porządnym obywatelem i przyzwoitym człowiekiem, więc dlaczego ktoś miałby chcieć go zabić? W pewnym momencie mężczyzna podejrzewa więc wszystkich – sprawiających ciągłe kłopoty współlokatorów – Czechów: Markétę i Pavla, Polaka Marka oraz Meksykanina Miguela, byłą żonę Dezyderię, która nagle zjawia się, by go odzyskać, byłego teścia, który pojawia się wraz z rozpieszczoną do granic córką, pewną piękną Turczynkę Hayal, w której się zakochuje... i właściwie każdego, kogo w ciągu tego feralnego tygodnia spotyka na swojej drodze. Najbardziej prawdopodobne wydaje mu się zabójstwo w afekcie dokonane właśnie przez Dezyderię…

Wowa i Dezyderia – to historia niezwykle ciekawa. „Ich imiona były ich znamionami. Dzięki nim znali swoje ukryte historie, jakże różniące się od historii innych ludzi. Ich imiona mówiły o pragnieniach, upadkach, lękach, szaleństwach. Ich podobieństwo sprawiło, że kiedyś musieli się spotkać. Tak wtedy naiwnie myśleli”. Nie wytrzymali ze sobą zbyt długo, to Wowa podjął decyzję o rozstaniu, czego kobieta nigdy mu nie wybaczyła – wychowywana przez ojca jak prawdziwa księżniczka, nie mogła przyjąć do wiadomości, że ktoś mógłby nie chcieć z nią być, że ktoś śmiałby ją po prostu zostawić. Po kiepskich doświadczeniach w małżeństwie nasz bohater stracił wiarę w możliwość stworzenia normalnego i trwałego związku z kimkolwiek. Do czasu. Do czasu bliższego poznania Hayal. „Wśród wszystkich swoich różnic wynajdują coraz więcej podobieństw, coraz więcej wspólnych miejsc, dosłownych i niedosłownych. Widzą podobieństwa w swoich ufnościach, widzą podobieństwa w swoich lękach, widzą to samo w swoim Paryżu, w którym nigdy nie byli, celowo omijając go przez lata, by w końcu znaleźć się w nim z tą najwłaściwszą osobą, która tak samo tego wyczekiwała. Widzą siebie oglądających »Casablancę«. Nigdy jej nie widzieli, tak samo obydwoje wyczekując kogoś, kto będzie czuć tak samo, kogoś, z kim obejrzy się ją i pierwszy, i ostatni raz”. Tyle że Hayala pochodzi z innego kręgu kulturowego, w którym miłość znaczy mniej niż posłuszeństwo czy tradycja. Wowa nie wie, że to właśnie ta miłość – prawdziwa i ostatnia – zadecyduje o jego losie, o przeznaczeniu, od którego ucieczki nie ma.

Powieść Łukasza Steca jest zabawną, przepełnioną czasami gorzką ironią i czarnym humorem opowieścią o życiu emigracji w Dublinie, nie tylko polskiej. Polacy, Czesi, Meksykanie, Turcy i inni tworzą prawdziwy wielokulturowy tygiel, z którego nie tak łatwo się wyzwolić. Każdy ma swoje przyzwyczajenia, swoje ciągle kultywowane tradycje, każdy jest indywidualnością jednocześnie potwierdzającą, jak i zaprzeczającą utrwalonym społecznie stereotypom dotyczącym poszczególnych nacji. „Psychoanioł w Dublinie” to także inteligentnie skonstruowany portret pokolenia trzydziestolatków – żonglujących pomiędzy chęcią stabilizacji życiowej a pragnieniem zasmakowania wolności i wszystkiego, co oferuje życie, zwłaszcza życie poza krajem. Autor ciągle sprawnie miesza konwencje literackie, łącząc elementy kryminału, powieści sensacyjnej, komedii romantycznej, groteski czy fantastyki. „Bimber” pokazał, że Stec, z wykształcenia socjolog, jest dobrym obserwatorem otaczającej go rzeczywistości. Omawiana powieść także jest tego dowodem, tym bardziej, że pisarz sam przecież na emigracji w Dublinie przebywał.

Na koniec warto jeszcze dodać, że w powieściowym świecie całą historię opisał właśnie niejaki… redaktor Stec. Autor umieścił siebie w tekście, czyniąc się pobocznym, ale jednak ważnym bohaterem. Gdy na koniec mówił Wowa, redaktor Stec „[…] wpadł nawet do mojego nieba. Usiadł ze mną w pubie i zapewnił, że opisał wszystko dokładnie tak, jak opowiedział Alfred”. Indianin z wielkim skrzydłami zniknął, bo każdy ma takie psychoanioła, na jakiego zasłużył, ale przed losem się nie ucieknie i nawet najbardziej cwany anioł stróż tu nie pomoże.
Łukasz Stec: „Psychoanioł w Dublinie”. Wydawnictwo Akurat. Warszawa 2014.