Wydanie bieżące

15 września 18 (258) / 2014

Katarzyna Szkaradnik,

LEKCJA CZYTANIA DOKTORA EAGLETONA (TERRY EAGLETON: 'JAK CZYTAĆ LITERATURĘ')

A A A
Ujrzawszy powyższy tytuł, Czytelnicy przypomnieli sobie zapewne słynne płótno obrazujące publiczną sekcję zwłok w wykonaniu Nicolaesa Tulpa. Mutatis mutandis, podobnego zadania co ów chirurg podjął się Terry Eagleton w książce pod atrakcyjnym marketingowo tytułem „Jak czytać literaturę”, udostępnionej polskim odbiorcom przez wydawnictwo Aletheia tuż po ukazaniu się oryginału. Trudno uniknąć odczucia, że ten prowokujący intelektualista, krytyk społeczny (o ile istnieją nieprowokujący…) i teoretyk literatury analogicznie do Tulpa prezentuje plątaninę ścięgien i żył utworu literackiego, aczkolwiek przy elementarnym zastrzeżeniu, że w tym wypadku mamy do czynienia z wiwisekcją, nie z pochylaniem się nad trupem. Daleko bowiem przewodnikowi Anglika do suchego instruktarzu, który traktowałby swój przedmiot niczym byt-w-sobie, przeciwnie – autor „Iluzji postmodernizmu” demonstruje, w jaki sposób dopiero pod interpretacyjnym dotknięciem literatura zaczyna reagować.

Przekornie rozpocznę od sprawy niby drugorzędnej: demonstruje komu? Jakiego czytelnika modelowego projektuje tom Eagletona lub – mówiąc językiem wspomnianego marketingu – na jaki target został obliczony? Wystarczy go przewertować, aby stwierdzić, że nie wymaga kompetencji wstępnych; robi wrażenie idealnych prolegomenów dla „przeciętnych zjadaczy literatury”, którzy chcą mieć z niej coś więcej niż wypełniacz czasu w tramwaju, a także dla humanistycznie zorientowanej młodzieży, wliczając raczkujących studentów filologii.

Tu kiełkuje pytanie: czy istnieje granica literaturoznawczego obycia i kwalifikacji, za którą przystępność „Jak czytać literaturę” jawi się jako trywialność? Raczej nieostra. Tak czy owak, warto co pewien czas powracać do fundamentów analizy, o których my – osoby interpretujące literaturę „zawodowo” – niekiedy zapominamy, z marszu przechodząc do budowy zamków w chmurach uogólnień. Jednak przeświadczenia tego nie należy utożsamiać z diagnozą blogera-polonisty, który w jednej z nielicznych w polskim internecie recenzji Eagletona zauważa, że wbrew filologicznej edukacji „dajemy się łapać na (…) zagrywki wydawców, organizujących na przykład miejskie wycieczki śladami bohaterów literackich. A przecież – mimo fizycznego istnienia niektórych z opisywanych przez Marka Krajewskiego lokalizacji – (…) nigdy nie było nie tylko Eberharda Mocka, ale także »jego« Breslau” („Notatki z lektur”).

Czy serio powodem udziału w grach miejskich jest ślepa naiwność? Czy raczej powszechnym odczuciem nie zdaje się to, o czym mówi autor „Końca teorii”: „Nie każe się nam wierzyć, że był ktoś nazywający się Buck Mulligan (…). Prawdziwsze byłoby powiedzenie, że jesteśmy poproszeni o udawanie takiej wiary” (s. 115). Dla niego kardynalna kwestia niemylenia fikcji z rzeczywistością oznacza coś subtelniejszego, niż chce cytowany recenzent: najważniejsze, żeby nie ulegać złudzeniu transparentności języka i nie brać „dosłownego” za dobrą monetę; Brytyjczyk pobudza zatem naszą wrażliwość na formę, przypominając o prymacie „jak” nad „co” literatury (ergo, zajmuje się nie tyle jej anatomią, ile fizjologią, a więc mechanizmami decydującymi o jej „czynnościach życiowych”).  

Sama książka koresponduje z tą dyrektywą, czyli istotne okazuje się, w jaki sposób Eagleton opowiada o literaturze – i nie chodzi tu o prostotę. Jeśli reklamy, „prozę tabloidową”, żargon biurokratyczny nazywa „bezkrwistymi formami dyskursu”, to jego dyskurs na pewno nie jest mdły; a jeśli przyrównałam ów tekst do pokazu anatomicznego, to faktycznie wydaje się… na pokaz. Cechę dystynktywną quasi-podręcznika Anglika – przesądzającą o „rozchwytywalności” jego poprzednich książek z tejże dziedziny – stanowi felietonowo-anegdotyczny styl, dzięki któremu 270 stron nie znuży. Ot, komentarz do uwagi Eliota, iż adresat jego dzieł powinien być niewykształcony, bo „w głębi” wszyscy uczestniczymy w „europejskim umyśle”: „To, że można zrozumieć »Ziemię jałową«, nawet tego nie próbując, jest pocieszającą wiadomością dla studentów literatury” (s. 99). Nie brak też 70-letniemu krytykowi bezceremonialności – pozwala sobie na żartobliwe przytyki do mizernych (oczywiście zmarłych) twórców, a nawet na pantagrueliczną rubaszność…

Co prawda niektóre jego dowcipy są niewysokich lotów, jednak może to osławione angielskie poczucie humoru dyktuje mu np. następującą glosę do incipitu Biblii: „Stworzenie stanowiło pierwszą pozycję Boskiego planu, zanim (…) przystąpił do opracowania obrzydliwej pogody dla Anglików i w (…) chwili nieuwagi pozwolił przyjść na świat Michaelowi Jacksonowi” (s. 33). Zarazem owa uwaga staje się punktem wyjścia rozważań o początku, czasie i wieczności, co odzwierciedla inny ważki rys omawianej książki: swobodne łączenie kwestii literackich z zagadnieniami filozoficzno-kulturowymi oraz obyczajowymi (koncepcje tożsamości, minusy indywidualizmu, natura pojęć i moralności etc.), niemniej, choć pojawiają się w niej kąśliwe aluzje do rzeczywistości społecznej, mało tu wtrętów pozwalających identyfikować Eagletona jako neomarksistę. W zamian mamy m.in. zestaw autoironicznych nawiązań do stereotypów o Anglikach i sąsiadach (odnośnie do wiersza Larkina: „Ostatecznie jest to sztuka, nawet jeśli po części chce ona wyprzeć ten fakt. Powściągliwy Anglik z klasy średniej nie demonstruje ostentacyjnie swojego mistrzostwa jak jakiś dandysowaty paryski esteta (…)”, (s. 46)). Że te wstawki ogólnie żenujące i płytkie? Cóż, odpowiem słowami Gombrowicza o Sienkiewiczu: „Dręcząca lektura. Mówimy: to dosyć kiepskie, i czytamy dalej” (Gombrowicz 1986: 352).

Przy okazji sprawiedliwość trzeba oddać tłumaczce (a może także redaktorowi), która starała się utrzymać potoczystość i błyskotliwość języka autora. Aczkolwiek nacisk na odtworzenie obrazowego wywodu niejednokrotnie zwiódł ją na stylistyczne manowce („uczucie i forma niekoniecznie drą koty”?! (s. 55)) całość wypadła zgrabnie (oprócz irytującej kalki „znajdować coś jakimś”); ponadto Kunicka wstawiła objaśnienia tam, gdzie Eagleton analizuje detale strony brzmieniowej lub semantycznej angielskich oryginałów, oraz przypisy do fraz przytoczonych bez źródła i filologiczny przekład fragmentów, których upowszechnione tłumaczenia uznała za zbyt wolne. Owe rozproszone sugestie na temat wyzwań translacji dają ciekawy suplement do wykładu Brytyjczyka.

Z charakterystyki „formalnego” aspektu „Jak czytać literaturę” mogą wypływać skojarzenia z „Teorią literatury” Jonathana Cullera, cieszącej się sporym zainteresowaniem – przynajmniej w kręgach akademickich – również w Polsce. Można by sprzedawać obie pozycje w pakiecie, bo dopełniają się tematycznie, a łączy je „amerykańskie”, familiarne traktowanie czytelnika (do którego co chwila puszcza się oko), „łopatologia stosowana” oraz redukowanie przypisów do absolutnego minimum – lub do zera. Przez to książka nabiera lekkości, ale… momentami nieznośnej. Gdy Eagleton konstatuje, że „na początku była imitacja” (s. 241) albo że powieść „Droga do Indii” „ma coś w rodzaju nieobecnego centrum” (s. 29), aż się prosi o przypis do Derridy. Kiedy przekonuje, iż tekst nie zadziała, o ile czytelnik nie będzie stale czynił założeń (s. 199), od razu myślę o Gadamerze. Kiedy z kolei pisze: „nie miałoby sensu twierdzenie, że ma on bliznę na czole, ale powieść to pomija” (s. 42), przypominają się Ingardenowskie refleksje nad konkretyzacją dzieła literackiego. Gdy zaprzecza nadrzędności instancji autorskiej, kłania się choćby Eco… Może zastępowanie personaliów frazą „niektórzy teoretycy literatury utrzymują” wynika z „lęku przed wpływem”, ale jakiś poczciwy odbiorca książki mógłby dojść do wniosku, że nikt przed Eagletonem nie wysuwał pewnych tez i że jest on nieocenionym rewelatorem.

Ów brak nazwisk zdumiewa tym bardziej, iż literatów (głównie angielskich i amerykańskich) przywołuje tuzinami – indeks osób zająłby trzecią część tomu. Wprawdzie nie zostają przeanalizowane utwory wszystkich wspominanych pisarzy, ale niemal w każdym zdaniu można znaleźć nawiązanie do praktyk jakiegoś autora, a jeśli akurat nie pada nazwisko twórcy, to Eagleton posiłkuje się przykładem bohatera bądź motywu. W ten sposób książka utkana jest z exemplów, dzięki czemu na pewno nie grozi jej abstrakcyjność. I tu wreszcie od sekcji „jak” przechodzimy do „co” – do tego, co na naszych oczach odsłania Eagleton niczym doktor Tulp w prosektorium.

Otóż poddaje rozpatrywane fragmenty oglądowi z bardzo różnych stron, ujawniając wielość możliwych strategii czytelniczych. Choć książka podzielona została na pięć rozdziałów, które dotyczą początków (czyli inicjalnych wersów lub zdań), bohatera, narracji, interpretacji oraz wartości, to mamy do czynienia z luźną konstelacją zagadnień i wariacjami na ich temat. Nie tyle mówi, ile pokazuje Eagleton takie – banalne dla filologa – rzeczy, jak wielość punktów widzenia, sposoby prowadzenia fabuły i budowania postaci, tarcia między poglądami autora/autorki a tymi zawartymi w utworze, problem zaufania narratorowi („Wszyscy tępi narratorzy są niewiarygodni, lecz nie wszyscy niewiarygodni narratorzy są tępi” (s. 120), zresztą „Dziełu (…) może się wydawać, że jego postacie są tępawe (…), ale zawsze może się ono mylić” (s. 128), bezwiednie dostarczać dowodów przeciw temu). Zatrzymuje się autor nad znaczącymi ambiwalencjami czy ukrytą w tekstach ironią, przygląda się bliżej niektórym postaciom, np. tłumacząc złożony charakter Sue z „Judy nieznanego” nieśmiałą emancypacją, udaremnioną przez drapieżny patriarchalizm. Dywaguje o relacjach między językiem a kulturą, emocjami (szczerością) a konwencjami i o zdradliwości „wczuwania się” w bohaterów: „Oczekuje się po nas obserwowania Toma Jonesa rozbawionym, ironicznym, współczującym okiem, a nie wskoczenia z nim do łóżka. Już i tak w łóżku jest z nim wystarczająco dużo osób” (s. 108).

Proponuje również Eagleton ciekawe analizy poezji, zwraca uwagę na strukturę brzmieniową, zależności składni i wzorca metrycznego, a mimo ograniczenia terminologii jego wywody są dość wnikliwe i przekonujące. Za taki można by uznać nawet rozbiór dziecięcej rymowanki o owcy, którego przekornie dokonuje w celu zilustrowania bezpodstawności pewnych odczytań. Wspomina też tu i ówdzie o wyznacznikach formacji kulturowo-literackich – klasycystycznej, romantycznej, realistycznej, modernistycznej, a także postmodernizmu (notabene, nie wiem, jak w oryginale, lecz w polskiej wersji prawie nie operuje pojęciem tekstu, zawsze mówi o utworze lub dziele).

Najdonioślejsza wydaje się kwestia wartościowania literatury, weryfikacji kanonów, zmiany koniunktur etc., jednak tu krytyk reprezentuje podejście negatywne, tzn. podważa tradycyjne mierniki ocen – a raczej faworyzowanie jednego – wskazując, że kryteria zależą od „wiedzy specjalistycznej, inteligencji i doświadczenia” (s. 253), kultury oraz konwencji. Przeto analizy z tego rozdziału nie tyle służą dotarciu do wiarygodnego probierza, ile dowodzą, co ceni sam autor (oszczędność, kontrolę emocji na rzecz precyzji opisu, swobodę w sensie braku efekciarstwa i afektacji). Gdyby wszakże zadać pytanie: „Jak interpretować, panie Eagleton?”, tautologiczny truizm: „Utwory literackie (…) powinny być dobrze napisane, zresztą tak jak wszystko, co się pisze (…)” (s. 257) stanowiłby żałosny wyraz bezradności.

Oczywiście, dużo miejsca w książce zajmują komunały, np. co do realizmu czy mniemanej autoekspresji twórcy – czego jak czego, ale przeteoretyzowania nikt owemu wywodowi nie zarzuci… A jednak wobec biblii pauperum Eagletona trzeba postawy, jakiej sam uczy wobec literatury: przełączania trybów odczytań. Po pierwsze, nie należy przesądzać o błahości tej pozycji, gdyż wychodząc od generaliów, uczula ona na niuanse. Kilka spraw mnie osobiście zafrapowało: interpretacja „Wielkich nadziei” Dickensa, jak początek „Czekając na Godota” może stanowić oddźwięk rewolucji bolszewickiej, co imiona bohaterów „Harry’ego Pottera” mówią o ich pozycji społecznej i jaką wymowę polityczną ma fabuła tej sagi, tropicielskie podejście Anglika do słynnego „Nazywaj mnie Izmaelem” z „Moby Dicka”, aforystyczne spostrzeżenie, że „Poezja nie troszczy się wyłącznie o znaczenie doświadczenia, lecz także o doświadczenie znaczenia” (s. 256) czy pewna kaznodziejska refleksja egzystencjalna, która – jeśli jest serio – to zdradza samego Eagletona, ponieważ…

Ponieważ, po drugie, nie należy tej książki brać całkiem na poważnie i z tej racji potępiać ją w czambuł, uznawać za humbug. Ma, owszem, niedociągnięcia, jednak czy np. dyskredytują ją chaotyczność lub wybiórczość? Przecież nie rości pretensji do spójności i kompletności, wybiera niezobowiązującą gawędziarską oprawę, stąd właśnie określiłam ją mianem quasi-podręcznika, bo przypomina raczej przewodnik. Autor gra więc własnym tekstem i pokpiwa z tego, kto nastawia się na wypunktowane instrukcje; rezygnuje nawet z pożądanego zgrabnego zakończenia, jakby mówił: „Com napisał, tom napisał”, proponuje natomiast nonszalanckie przyczynki, które spełnią swą rolę, jeśli będą stymulować literackie eksploracje czytelników – uczniów „doktora Eagletona”.

W prawym rogu wspomnianego płótna Rembrandt umieścił otwartą księgę, w którą wpatruje się jeden z obserwatorów sekcji. Jeśli pozostaniemy przy wskazanej analogii, to wydaje się, że moglibyśmy pociągnąć ją dalej następująco: nawet najbardziej porywający „pokaz” należy zestawiać z innymi źródłami, co pomaga unikać jednostronności ocen i ulegania pozornym autorytetom i co warto zalecić nie tylko mniej oczytanym odbiorcom książki Anglika (żeby niektórzy studenci nie cytowali go z zapałem, kiedy referuje cudze poglądy, i nie ufali jego subiektywnym, niekiedy ekscentrycznym ocenom). Najlepszą nauką z omawianej publikacji byłaby zatem podejrzliwość także wobec niej samej, w czym przypominałaby drabinę, którą należy odrzucić po wykorzystaniu, a do której Wittgenstein przyrównał swoją filozofię.

Brytyjczyk uczy laika krytycznej lektury poprzez to, co w jego wywodzie jest serio, i to, co jest zgrywą, traktując literaturę niczym dobrą zabawę, a zarazem wstrzymując się przed progiem tajemnicy jej swoistości. Oprócz aksjologicznych i epistemologicznych porusza też kwestie ontologiczne i np. konstatuje: „Żyjemy w świecie, w którym nie ma nic, czego nie można by opowiedzieć, lecz także nic, co trzeba by opowiedzieć” (s. 149). Pomimo to opowiadamy – literatura nie ma transcendentnej racji, musi zatem sama się bronić po wygnaniu z raju, jaki stwarzał jej autorytet mitu. My swoich odczytań bronić nie musimy (chyba że w dyskusjach ze znajomymi, a niektórzy w środowisku literaturoznawczym), jednak Eagleton nikomu nie pozwala na pozostanie „niewinnym” czytelnikiem, równocześnie przekonując, iż dopiero drzewo poznania literatury staje się drzewem jej życia.
LITERATURA:
Gombrowicz W. „Dziennik 1953-1956”. Kraków 1986.
„Notatki z lektur”, http://daftcount.wordpress.com/2014/08/22/terry-eagleton-jak-czytac-literature/
 
Terry Eagleton: „Jak czytać literaturę”. Przeł. Anna Kunicka. Wydawnictwo Aletheia. Warszawa 2014.