Wydanie bieżące

15 września 18 (258) / 2014

Emilia Konwerska,

GÓWNO, GÓWNO, GÓWNO I GÓWNO

A A A
Nie ma na świecie bardziej niewinnej materii. Gówno jest rzeczą samą w sobie, nie znaczy nic, ale może znaczyć wszystko. Za swoją semantyczną pustkę gówno ponosi srogą karę – staje się lustrem odbijającym ludzkie lęki, fobie, nawyki i obsesje. Gówno jest najbardziej ambiwalentną formą. Z drugiej jednak strony jest obrazem prawdy. Gówno jest. I nie jest.

Florian Werner, niemiecki pisarz, tłumacz i dziennikarz w „Ciemniej materii. Historii gówna” pochyla się nad toaletą (może to najgorszy kibel w Szkocji z przytaczanego przez Wernera „Trainspotting”) i grzebie w niej ochoczo. Główną myślą, która mu przyświeca, jest gówno jako pretekst, najciekawsze są bowiem znaczenia, jakie nadaje odchodom społeczeństwo. To właśnie kał mówi o nas najwięcej, sam pozostając przy tym niezmienny, a jednocześnie zawsze inny (bo o różnorodności gówna autor również pisze).

Można więc w książce Wernera znaleźć analizy języka dotyczącego wydalania, temat wulgaryzmów związanych z defekacją, a przede wszystkim opowieści o gównie od starożytności, przez średniowiecze, aż po współczesność. Nie brakuje w książce nazwisk takich jak Freud, Barthes, Kristeva i Foucault. Autor opisuje różne (ale zawsze nieudane) próby ucieczki przed nieczystością, czyli fizjologią, cielesnością, naturą, a co chyba najważniejsze – śmiercią. Werner w swojej „Historii gówna” zestawia ze sobą Bataille'a, „2 girls 1 cup”, Pasoliniego, Wernera Schwaba, Hieronima Boscha i niemieckie dowcipasy. Można mieć wrażenie, że autor odnalazł każdy kontekst gówna. I poniekąd tak jest. Książka wypełniona jest cytatami z Flauberta, Augustyna czy Canettiego, który powiedział, że nic bardziej nie należy do nas niż nasze gówno. Ktoś inny powiedział, że kto kocha swoje gówno, kocha siebie samego. Niełatwo zapamiętać kto, ponieważ „Ciemna materia” jest swoistym zbiorem aforyzmów o gównie. Nie da się jednak ukryć, że tak obszerna ilość materiału (Werner analizuje filmy, sztukę, literaturę, kulturę, historię) wymaga pewnych uproszczeń. I to jest chyba największy minus książki.

Autor, układając zgrabne zdania i formułując dobrze brzmiące sądy, takie jak: „(...) doceniamy obecność kupy tym bardziej, im częściej w kinie, w sztuce i świecie symulakrów mamy do czynienia z imitacjami. Z nizin codziennego medialnego bullshitu parujący stożek gówna wznosi się jak dumny bastion autentyczności” (s. 12), niejednokrotnie popada w skróty myślowe, niejasne wnioski, a także (niestety) banały. Fragmenty na temat umowności tego, co obrzydliwe, a także zdania o tym, że każda kultura charakteryzuje się własnym poglądem na to, co brudne i zakazane, sprowadzają „Ciemną materię” na zaskakująco szkolny poziom, tylko po to, żeby za chwilę zaskoczyć erudycją, dowcipem i ciekawą informacją (np. bardzo trudne było wytworzenie sztucznego zapachu, który byłby uniwersalnie nieprzyjemny). Wielość wątków, myśli, nazwisk, kręgów kulturowych oraz wytworów cywilizacji analizowanych przez Wernera nie pozwala na zagłębienie się w żaden z tematów. Autor przytacza anegdotki, fakty, wydarzenia historyczne, ale często nie wyciąga z nich wniosków. Pozostawia czytelnika samego. Bóg Kutka zakochał się w swoim własnym gównie, które pozostawił przy drodze. Wziął je do domu, uważając za najpiękniejszą kobietę, poślubił, a rano zdał sobie sprawę z prawdziwego oblicza wybranki. I tyle. Florian Werner nie zastanawia się skąd wziął się taki mit i co oznacza. A może tak właśnie ma być? Może robota należy do nas?

Pisarz poświęca rozdziały swojej książki takim zagadnieniom jak jedzenie kału, status ontologiczny gówna, jego zapach, związek z boskością, a także diabelskością, analogia pomiędzy ekskrementami a pieniędzmi, sztuka, której głównym tematem (i materiałem) są odchody i wiele innych. Gówno staje się pretekstem do rozważań na temat stosunku do własnej cielesności, narcyzmu, hipokryzji, granic, wstrętu i tabu, władzy, a także płci (autor porusza problem kobiecego podejścia do wydalania albo raczej podejścia do kobiecego wydalania, prawdziwe damy nie robią kupy, jak mówi internet). Bardzo ciekawie wypada rozdział dotyczący gówna w sztuce, Werner dużo miejsca poświęca tu akcjonistom wiedeńskim, zwracając uwagę na pozorną wywrotowość ich działań, umocnianie tabu i wejście w rolę dziecka karanego przez ojca – czyli społeczeństwo. Przytacza też dzieło Manzoniego – „Merda d'artista”, czyli gówno znanego artysty sprzedawane w puszkach (za ogromne pieniądze) i będące krytyką sztuki jako przemysłu.

Wszyscy pewnie dobrze pamiętamy analizę toalet autorstwa Slavoja Žižka. Filozof już dawno pokazał nam, że gówno znaczy więcej. Lektura „Ciemnej materii” nie wywołuje wstrętu, bo jak twierdził Roland Barthes – opisane gówno nie śmierdzi. Można wymienić to słowo tysiąc razy, a pozostanie tylko słowem. Istnieje jedynie rzeczywiste gówno. Ze swoim zapachem, konsystencją, kolorem. Jest wyrazem absolutnej realności. Zawsze było i będzie. Czeka na nas, na nadanie mu znaczenia. Przypisy i konteksty gówna, jakie znajdziemy w książce Floriana Wernera, mają niezaprzeczalnie ogromne znaczenie. W „Ciemnej materii” gówno jest Bogiem, diabłem, ojcem, bogactwem i chorobą.  Gówno to my.
Florian Werner: „Ciemna materia. Historia gówna”. Przeł. Elżbieta Kalinowska. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2014 [seria: Poza serią].