Wydanie bieżące

1 października 19 (259) / 2014

Anna Zagórska,

BIAŁE I CZARNE (ILONA WIŚNIEWSKA: 'BIAŁE. ZIMNA WYSPA SPITSBERGEN')

A A A
Wydawnictwo Czarne przyzwyczaiło już czytelników do reportażowego odkrywania miejsc fascynujących – bliższych i dalszych, powszechnie docenionych, ale także tych niemalże nieznanych. Reportażyści Czarnego – reprezentanci wielu narodowości, właściciele rozpoznawalnych nazwisk, ale także debiutanci oraz przedstawiciele najmłodszych pokoleń, eksplorują słowem te wszystkie urokliwe ziemskie zakątki (wraz z ich nie mniej fascynującymi mieszkańcami, urzekającą historią, porywającą fauną i florą, wraz z mitami, wierzeniami, anegdotami), które nieraz wymykają się jednoznacznym opisom, uciekają sprzed turystycznych nosów, chowając swe piękno – często niepokojące, gwałtowne, nawet wątpliwe – przed zbyt natarczywymi oczami, obiektywami, migawkami.

„Białe” autorstwa Ilony Wiśniewskiej jest kolejną reporterską podróżą, która słowem drąży ścieżki reporterskich spacerów, która swoją frazą zatrzymuje ulotne dźwięki, obrazy, zapachy. Podtytuł, który zaproponowała autorka („Zimna wyspa Spitsbergen”), wiele mówi o historiach, jakie wypełniają „Białe”. Zimno, podobnie jak biel, to jedno ze słów-kluczy opisujących świat Północy – subpolarny klimat, mrok trwającej długie miesiące nocy, surowość krajobrazu i charakterów przez te krajobrazy wyostrzonych. Wiśniewska sprytnie igra jednak z czytelnikiem jej reporterskich opowieści. Pokazuje, że biel, zimno i drewniana hytte zatopiona w śnieżnym bezkresie, której fotografia zdobi okładkę, to tylko utarte klisze, frazesy i krzyżówkowe skojarzenia. Autorka „Białego” zaprasza nas do odkrywania Spitsbergenu doświadczonego, przeżytego i – przynajmniej w jakimś stopniu – oswojonego. Zaprasza nas do pełnego uroku i niezwykle pożytecznego poznawania Północy przez mieszkankę Środka stykającą się tam i z Wschodem, i z Zachodem, i z Południem.

„Białe” służyć może nie tylko jako podręcznik globtrotera, ale i bibliograficzna pozycja z listy lektur socjologa, badacza globalizacji. Reportaże Wiśniewskiej udowadniają niemalże wszystkie hipotezy i utarte frazy związane z tym zjawiskiem, na czele z mcluhanowską teorią globalnej wioski. Świat doprawdy skarlał i nieodwracalnie się skurczył – zdają się mówić losy bohaterów „Białego”. Świat zbiegł się w szwach, splot jego tkanek się zawęził. Nawet jeżeli tam, w najdalszych ustroniach najdalszej Północy, jest nam fizycznie daleko do wszystkich, to technika, rozwój środków komunikacji i możliwości współczesności sprawiają, że wszędzie jest nam bliżej. Wśród subpolarnych śnieżnych zasp spotkać się może Katja z Berlina, Silvia z włoskiej części Szwajcarii, Marcela, czyli Meksykanka przed czterdziestką, która – jak notuje Wiśniewska – „swoim przyjazdem wprowadziła spore zamieszanie, zwłaszcza wśród zatwardziałych polarnych kawalerów, bo wcześniej nikt tu nie chodził w kozakach na obcasie po tundrze i nie jeździł skuterem śnieżnym w sukience” (s. 15), ale i Harald, samotnik i myśliwy, Shohrat z Baku, Omid – Kurd z tragiczną emigracyjną historią, a także (jak niemalże wszędzie na świecie): Polacy i Tajowie.

Bezkresna śnieżna biel i niekończący się polarny mrok zdają się przyciągać barwne postaci. Tak jakby ich nietuzinkowe pasje, marzenia, ale i problemy oraz wyrzeczenia miały wzbogacać, urozmaicać, różnicować tę ziemię. Ilona Wiśniewska ze zmysłem doskonałego reportażysty zanurza się w historie opowiadane przez przybyszów z rozmaitych stron świata, przez pozornie zdystansowanych Skandynawów i emocjonalnych Południowców. W jej opowieściach próżno szukać przesady, afektacji czy egzaltowanej maniery „reportera na krańcu świata”, który postanowił ten kraniec objaśnić rodakom przeżywającym zimy między Bugiem a Odrą, między Tatrami a Bałtykiem. Historie przedstawiane w „Białym” tchną autentyzmem zaprawionym porządnym dziennikarskim rzemiosłem, tym rzemiosłem spod znaku polskiego reportażu ostatnich lat, a więc rzemiosłem nadbudowanym wokół całkiem obfitej dawki reportersko-literackiego charakteru i talentu. Warto poświęcić popołudnie na lekturę książki Wiśniewskiej, by poznać wraz z nią i za pośrednictwem jej języka obraz współczesnej dalekiej, prawie najdalszej Północy.

Człowiek wędruje nie tylko z miejsca na miejsce, ale także od Innego do Innego. Życie na Spitsbergenie to jednak również podróż w głąb siebie. Poznawanie własnych słabości i niemocy (somatycznych i psychicznych reakcji na przedłużające się zaciemnienie nocy polarnej), odnajdywanie uciech biorących się z nieznanych dotąd aktywności. „Białe” w tym kontekście to całkiem sprawnie opowiedziana historia radzenia sobie z trudem surowego świata przez filtr własnego ja: ciała zaskakująco reagującego na ciemność i duszy – stęsknionej światła równie mocno jak ciało.

„Białe” to także głos w sprawie turystyki (turyści-wycieczkowicze pojawiają się już w opowieści „Bańka”, pierwszym – po wstępie – tekście zbioru). W dzisiejszej dobie – jak głoszą specjaliści i dziennikarze – modę na turystykę porównać można tylko z modą na krytykę turystyki: pustej, bezmyślnej, ograniczonej wątpliwym światopoglądem zwiedzającego. Wiśniewska ucieka od łatwych przytyków. Posługuje się raczej subtelną ironią, dopowiedzenia, wygłosy i pointy zostawiając czytelnikowi. Nie ulega jednak wątpliwości, po której stronie stoi. Jest to stanowisko tym ciekawsze (nie ma sensu zdradzać go potencjalnym czytelnikom wcześniej), że sama przemawia do nas z perspektywy Innego, Obcego, przyjezdnego.

W odległych, pozornie groźnych i nieprzyjaznych terytoriach jest więc miejsce na człowieka. Może dzięki temu, że Spitsbergenowi daleko do przeludnienia, łatwiej i bardziej naturalnie dotrzeć do samego środka rozmówcy, a przez niego – do samego środka tajemnicy tego przyciągająco-odpychającego krajobrazu. „Bez człowieka nie ma krajobrazu” – pisał niegdyś Siegfried Lienz. Bez trudu można odwrócić ten tok myślenia. Bez krajobrazu – szczególnie tu, na samym krańcu Europy – nie ma człowieka. Człowieka czyta się miejscem, skrawkiem oswajanej przez niego przestrzeni. Wiśniewska ze sporym reporterskim wyczuciem i taktem przenika przez swoich rozmówców, by dotrzeć do źródła ich uwikłania: fascynującej i srogiej zarazem ziemi.

„Białe. Zimna wyspa Spitsbergen” to więc tylko pozornie opowieść o najdalszych skrawkach rozległych norweskich ustroni i zaludniających je autochtonach. Tak naprawdę to historia świata zamkniętego w metaforze globalnej wioski, bo w Longyearbyen – największej osadzie na samiuteńkiej norweskiej północy – i okolicznych przysiółkach przeplatają się zaskakujące i nieszablonowe losy mieszkańców niemalże całego globu. Globtroterów szukających kolejnych podróżniczych wyzwań, zagubionych melancholików oraz marzycieli poszukujących nowego miejsca do życia, nielegalnych emigrantów, ludzi nauki, myśliwych, przyrodników, wszelakie zabłąkane dusze, ale i rzesze turystów wprawiających nieraz nawet czytelnika – oddalonego wszak od ich wycieczkowych statków i wszędobylskich obiektywów o tysiące kilometrów – w niemałe zakłopotanie i zażenowanie. „Białe” to opowieść nie tyle o życiu na Spitsbergenie, co o przeżywaniu Spitsbergenu: w sobie i na zewnątrz, wśród makatkowego, patchworkowego lokalnego społeczeństwa. To historia doświadczania inności, dotykania odmienności: przyrody, fauny, ludzi.

Ilona Wiśniewska okiem, uchem i ręką sprawnej reporterki oddaje te wszelkie niuanse i półtony życia na dalekiej Północy. Nie boi się konfrontowania obranych przez mieszkańców Longyearbyen stylów życia, upodobań, marzeń i refleksji. Nie ucieka od ukazywania rzeczywistości w kalejdoskopowej, dalece bardziej skomplikowanej niż prosty, reporterski opis, strukturze. Choć świat odległego Spitsbergenu – krajobraz w wyobraźni zawsze pokryty śniegiem i lodem – kojarzyć się może głównie z tytułową bielą, to Wiśniewska udowadnia, że to spore uproszczenie. W rzeczywistości Longyearbyen, wśród jej niejednoznacznych mieszkańców – obecnych, ale i byłych, tych, których autorka przywołuje w szkicowanych przez nią chętnie historyczno-anegdotycznych opowieściach – więcej niż bieli jest nieokiełznanej feerii barw, tęczowej mnogości i nieskończonej wielości odcieni.

Nie ulega jednak wątpliwości, że daleka Północ to także miejsce czerni. Czarne – tak również mógłby brzmieć tytuł książki Wiśniewskiej. I nie byłoby w tym ani cienia przesady, ani krzty wyolbrzymienia. Wydaje się, że czerń – biorąca się z ziemi, z samego jej wnętrza i powietrza, głęboka czerń nocy polarnej, ale i czerń samego środka: melancholii, tęsknoty, acedii, depresji, ucieczki w alkohol, mizantropię, dziwactwa – stanowi najwyraźniejszą dominantę tej książki. To czerń, o której mówi się wprost – czerń Matki Ziemi, czerń Natury, z którą wszyscy kolektywnie próbują sobie poradzić, którą próbuje się okiełznać kolejnymi lampami imitującymi światło słoneczne i wyczekiwaniem na pierwszy wschód polarnego słońca rozjaśniającego mroki wielomiesięcznej ciemności. Ale to także czerń otchłani, którą widać już nie tylko z wszystkich okien, ale także od środka, z własnego wnętrza. Czerń smutku, melancholii, nostalgii. Czerń osamotnienia, porzucenia, odtrącenia. Czerń własnej duszy, która wypełza z najbardziej skrywanych, najgłębszych zakamarków naszego interioru zachęcona i niemalże zmotywowana przez czerń nocy polarnej. „Czekałam na pierwszą zimę i jednocześnie się jej bałam – pisze w pewnym momencie Wiśniewska – Nigdy wcześniej nie żyłam bez słońca i nie wiedziałam, jak to będzie. […] Im jest ciemniej, tym bardziej ciało zaczyna się robić ospałe, wolne, nieswoje. Nie chce się jeść, spać, mówić. Na swój sposób robi się wszystko jedno. W ciemności trzeba sobie samemu wyprodukować energię, zmusić się, żeby było normalnie. Udawać, że nie ma różnicy, czy jest jasno, czy ciemno, mimo że to ma znaczenie. Jeśli się jednak zdecydowało przeżyć tu zimę, to trzeba przechytrzyć samego siebie” (s. 80).

Historia, którą opowiada Wiśniewska w swoich reportażach, wydaje się właśnie taką próbą mierzenia się z samym sobą – produkowaniem energii na wyspie jej pozbawionej, stwarzaniem słońca w miesiącach, w których oddaliło się ono za horyzont. Autorka „Białego”, spoglądając czujnym okiem człowieka nie-stąd, obcego wymagającego aklimatyzacji fizycznej i psychologicznej, prowadzi nas, czytelników siedzących wygodnie na rozgrzanych słońcem ławkach czy fotelach wystawionych na nasłonecznione balkony (książka ukazała się wszak w samym środku polskiego lata!), przez ciemność, która swoimi nieprzejednanymi mackami spowija w równej mierze kontuary, skwery i dusze. Pokazuje – w urzekający sposób – jak radzić sobie z nieustępującą czernią multiplikujących się bez końca bez-słonecznych dni. Z reporterską swadą opowiada o zajęciach spinningu, na których gromadzi się spora część osady, by w oparach potu, kręcąc w miejscu niewidzialne kilometry na rowerach stacjonarnych, tymi kilometrami zbliżać się do upragnionego słońca.

Czerń polarnej nocy to także czas na opowieść. Wydaje się, że bogactwo historii, anegdot, wspomnień, które Ilona Wiśniewska zgromadziła w swojej książce (a które stanowią niezwykle wzbogacającą, dodatkową płaszczyznę jej reportaży, wyprowadzając je z prostych opisów stanu zastanego w przestrzenie pełne kontekstów, odwołań, powiązań), nie miałoby szansy zakiełkować bez spokoju i wyciszenia polarnego zmierzchu. Warto poddać się temu rytmowi opowiadania – choć, co jasne, dniem czy nocą polarnymi dysponować nam trudniej. Wiśniewska przytacza w swoich reportażach wiele poruszających historii, jak choćby przypadek radzieckiej kelnerki, która wyskoczyła za burtę wycieczkowca wprost w zimne morza Północy, a której przykre, po ludzku gorzkie losy służą nie tylko jako wyrazista i mocna klamra kompozycyjna „Białego”, ale i metaforyczne spięcie odnoszące się do niewypowiedzianego, skomplikowanego i mocno niejednoznacznego krajobrazu Północy, który kształtuje nie tylko faunę i florę, ale przede wszystkim ludzi. Widać to doskonale w tekście „Kus”, który Wiśniewska otwiera fragmentem mówiącym o nocy polarnej w szczególny, z perspektywy środkowoeuropejskiej wręcz zaskakujący, sposób: „Gdy się już człowiek przyzwyczai do ciemności, dziwnie się robi na myśl o powrocie światła. Bez słońca wszystko jest określone, wiadomo, że nigdzie dalej się nie pójdzie. Można łatwiej sobie wtedy poukładać przestrzeń. Ciemno jest na swój sposób wygodne” (s. 112).

„Białe pełne jest tego typu spostrzeżeń – z pozoru nielogicznych, opierających się łatwemu wytłumaczeniu, wzbudzających zaciekawienie. Ilona Wiśniewska wie, jak przykuć uwagę czytelnika i robi to z wyczuciem. Warto dać się wciągnąć w proponowane przez nią historie.
Ilona Wiśniewska: „Białe. Zimna wyspa Spitsbergen”. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2014 [seria: Reportaż].