Wydanie bieżące

1 października 19 (259) / 2014

Sławomir Iwasiów,

POCIĄG DO MIASTA S. (JERZY BOROWCZYK, MICHAŁ LAREK: 'PRZYWRACANIE, WRACANIE. ROZMOWY SZCZECIŃSKIE...')

A A A
„Przywracanie, wracanie” przeczytałem w pociągu. Chcąc wypełnić pustkę podróży, swoim zwyczajem, robiłem zapiski do recenzji. Skład na trasie Szczecin-Warszawa był roztrzęsiony („Gałczyński”); z powrotem, Warszawa-Szczecin („Podlasiak”), jazda nawet nieco gorsza, tak że notatki, przy moim koślawym charakterze pisma, stały się praktycznie nieczytelne. Więcej zatem muszę pisać z pamięci niż mogę, jak to czasem robię, przepisywać z notatnika.

 

A jest o czym myśleć, ponieważ rozmowy, które Jerzy Borowczyk i Michał Larek, badacze literatury z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, przeprowadzili z Arturem Danielem Liskowackim, szczecińskim prozaikiem, poetą i dziennikarzem, poruszają kilka wartych uwagi tematów.

We wstępie autorzy sytuują narrację gdzieś na cienkiej granicy między dziennikarstwem a literaturą. Wywiad-rzekę traktują jednak ironicznie, jakby nie do końca poważnie („Od autorów”, s. 7–9). Może książek z wywiadami jest za dużo i poznańscy literaturoznawcy chcieli nabrać dystansu do gatunku? Mimo wszystko rozmowy zajmują ważne miejsce w refleksji humanistycznej i publicystyce, natomiast w sferze badań nad literaturą, można by rzec, że weszły do kanonu (jak „Historia literatury polskiej w rozmowach” Stanisława Beresia). „Pisarz nie bardzo się jednak palił do pogawędki o sobie i swej twórczej drodze” – stwierdzają Borowczyk i Larek na początku książki. (s. 7). Coś jednak sprawiło, że rozmowa – a właściwie wielokrotne rozmowy, bo autorzy spotykali się nie raz na przestrzeni mniej więcej dwóch lat – płynie wartkim nurtem.

Pierwszym tematem jest podróż, która stanowi istotny, jak sądzę, nie bez przyczyny akcentowany motyw, niezbywalną część wywiadu-rzeki. Pytający musieli jeździć, to nie bez znaczenia, na trasie Poznań-Szczecin, żeby porozmawiać z Liskowackim, a i sam autor kilka razy, jak dowiadujemy się z książki, oprowadził ich po mieście nad Odrą i jego okolicach. Taki jest na przykład rozdział jedenasty książki („Nad Zalewem Szczecińskim. Krawędź opowieści”), w którym bohater zabiera poznaniaków do jednego z miast na Pomorzu Zachodnim: „Nowe Warpno jest na uboczu, pewnie i na marginesie – z punktu widzenia jego mieszkańców. Niby stąd blisko do Szczecina, a daleko, Niemcy tuż, Alt Warp widać za wodą, z drugiej strony zalewu, ale dziś nikt tu prawie nie przyjeżdża” (s. 253). Podróż zatem wyzwala chęć opowieści, a ponadto stanowi motyw przewodni całości: historia Szczecina i regionu zachodniopomorskiego jest przecież naznaczona, jak pisał Jan M. Piskorski w książce „Wygnańcy”, śladami przesiedleńców, emigrantów, po prostu wędrowców. Może wszelkie problemy Szczecina stają się lepiej zrozumiałe dopiero w ruchu, kiedy można spojrzeć za siebie i z dystansu ocenić sytuację?

Taki rodzaj podróżowania-czytania-pisania przypomina mi zwykle autobiograficzną prozę Romana Zimanda, a przede wszystkim jego tekst „Gatunek: podróż”, opublikowany najpierw w „Kulturze” w 1983 roku, a przedrukowany w „przełomowym” numerze „Znaku” z 1989 roku. Często korzystam z tej inspiracji, ponieważ wydaje mi się ona nośna i w pewnych wypadkach na miejscu: oto literaturoznawca opisuje swoją podróż koleją w kierunku Przemyśla, za wschodnią granicę, a przy okazji, niby mimochodem, przywołuje rozmaite wątki z własnego życiorysu, zarówno osobistego, jak i zawodowego: miejsca, osoby, zdarzenia…

Artur Daniel Liskowacki – autor jednej z ważniejszych dla nowej tożsamości Szczecina powieści „Eine kleine” – też jakby „przypadkiem” przechodzi płynnie od kwestii prywatnych, głównie związanych z biografią jego ojca, Ryszarda Liskowackiego, do spraw uniwersalnych, na przykład wtedy, gdy sięga do historii Szczecina oraz snuje opowieść o kulturze Pomorza Zachodniego. Muszę dla porządku dodać: podobają mi się padające ze strony duetu Borowczyk/Larek pytania, ponieważ są krótkie, oszczędne w formie i trafiają w sedno.

„Przywracanie, wracanie” to zatem autobiografia i to jest ten drugi „temat” i równocześnie tryb odczytania książki. Pierwszy rozdział („Ten kowboj to ja”) zaczyna się tak, jak mogłaby zaczynać się każda opowieść autobiograficzna – od przeglądania wyjętych z szuflady w biurku albo walizki na pawlaczu starych zdjęć. Liskowacki opisuje fotografie z prywatnych zbiorów, a przy tym, co zrozumiałe, opowiada o sobie na tych zdjęciach, o różnych wcieleniach siebie z przeszłości; mówi także o ojcu (co ciekawe – o matce opowiada mniej, w ogóle o kobietach mówi inaczej; mimo że wspomina je dość często, to jakby mniej uwagi im poświęca); mówi o mieście, które stało się najważniejszym miejscem w jego życiu; o studiach, które ukształtowały, między innymi, zręby jego twórczości literackiej: „Tu ja i Jurek Moszkowicz. Zwany przez nas Dżej Dżej Em. Bo był Jerzy Jan Moszkowicz. Od tego drugiego imienia powstałą nazwa jego studenckiego teatru – Teatru »Jan «. Ten teatr istniał chyba dość długo jeszcze – i z powodzeniem – po zakończeniu przez nas studiów. To w tym teatrze miałem swoją premierę jako – hmm – dramaturg” (s. 40).

Ponadto pisarz nierzadko zdradza zainteresowanie współczesną kulturą i mam na myśli nie tylko znajomość literatury, teatru, architektury, dziennikarstwa czy filmu. W kilku momentach, choćby tych dotyczących fotografii, Liskowacki zastanawia się, jak funkcjonują media: „Myśmy wtedy [w latach siedemdziesiątych – przyp. S.I.] nie robili sobie zdjęć. Nikt nie czuł takiej potrzeby. No i nie było tych durnych komórek, co to klikają fotki co chwilę, nie mówiąc już o innych cyfrówkach” (s. 37) i dalej: „Dzisiaj zdjęcie jest tylko elektroniczną błyskotką, obrazkiem na chwilę, jednym z tysięcy, których nikt po latach, a nawet po miesiącu, nie będzie oglądał” (s. 52). Czy można obecnie zdjęciami przekazać prawdę o świecie? Chyba nie, bo straciły swoją moc, rozpłynęły się w kopiach kolejnych kopii. Czy w związku z tym narracja jest bardziej przekonująca?

Zdjęcia są oczywiście pryzmatem rozmaitych skojarzeń i wątków, wstępem do opowiadania. Przy okazji opisu fotografii z lat sześćdziesiątych (chłopiec w parku, ubrany w kraciaste ogrodniczki, sweter i beret), pisarz odwołuje się do jednej ze swoich książek o Szczecinie. Larek i Borowczyk pytają go o plac, na którym pozował do zdjęcia: „Dzisiaj on się nazywa placem Romana Łyczywka. Mecenas Łyczywek był szczecińskim pionierem, pierwszym radcą prawnym polskiego Zarządu Miasta. Jego żona, Krystyna, to też ciekawa postać. Jest nestorką polskich artystów fotografików. Ma za sobą dziesiątki wystaw w kraju i za granicą. Od lat czterdziestych utrwalała Szczecin na zdjęciach. W tomie esejów »Pożegnanie miasta«  jest jeden szkic, »Weduta S. (na odwrocie kartki)«, który otwiera takie małe wspomnienie o jej szczecińskich początkach” (s. 20). To tylko jeden przykład, ale mniej więcej w ten sposób Liskowacki – odpowiadając na pytania przeprowadzających wywiad – buduje wypowiedź wykraczającą poza autobiografię.

To są ciekawe momenty, ponieważ większą część książki wypełniają refleksje na temat życia i twórczości Ryszarda Liskowackiego (i po części jego ojca Romana) i Artur Daniel Liskowacki nieco „ginie” w cieniu biografii swojego ojca. Ale może także na tym polega opowiadanie autobiograficzne, iż trzeba, chcąc tego czy nie, opowiedzieć przede wszystkim o kimś innym? Ponadto Artur Daniel mityzuje Ryszarda – prawdę mówiąc, co innego miałby zrobić pisarz, syn pisarza? – mimo pełnej świadomości tego, że jego ojciec mierzył się z mitem dziadka Romana. Więcej nawet – Ryszard jest mityzowany mimo świadomości, że Szczecin to przecież miasto mitów i mitycznych postaci. „Tak mu się chyba wydawało, że zaczyna od zera. W sensie dosłownym było tak zresztą. Przyjeżdżając do Szczecina, nie miał nic” (s. 78) – mówi o swoim ojcu Artur Daniel Liskowacki.

Liskowacki lubi opowiadać; być może początkowo niechętny, rozkręca się jednak i lekko przechodzi od tematów „prywatnych” (ojciec, żona, syn, studia, pisanie, praca itp.), do „publicznych” (jak szczecińskie mity, literatura na Pomorzu Zachodnim, uwikłanie lub jego brak w ideologię PRL-u i in.). Książka wpisuje się zatem – zarówno po stronie zadającego pytania duetu Borowczyk/Larek, jak i po stronie dużo mówiącego Liskowackiego – w potrzebę opowiadania większej historii, syntetyzowania przeżyć i pokazywania ich w szerszej perspektywie. Ostatnio dużą pracę w tym zakresie wykonał Jan Musekamp w rozprawie »Między Stettinem a Szczecinem« (o której Liskowacki kilkakrotnie wspomina) – w ujęciu niemieckiego historyka tłem dla opowieści o Szczecinie są wydarzenia z najnowszych dziejów miasta. W wypadku „Przywracania, wracania” i opowieści Liskowackiego „żywym tłem” jest miasto i jego przemiany od czasów powojennych, aż do współczesności. I to jest trzeci, być może największy temat tego wywiadu-rzeki – Szczecin jako miasto, które potrzebuje ciągłego dookreślania własnej tożsamości.

O mieście dowiadujemy się sporo, przede wszystkim o jego topografii – placach, ulicach, budynkach. Liskowacki kilkakrotnie podejmował tę tematykę w swoich książkach („Ulice Szczecina”, „Cukiernica Pani Kirsch”, czy „Pożegnanie miasta” to tylko niektóre przykłady), a tu, być może po raz pierwszy, pozwala sobie na bardziej niż do tej pory intymne zwierzenia. Na przykład o swoim wieloletnim miejscu pracy – redakcji „Kuriera Szczecińskiego”, ulokowanej w historycznym dla miasta budynku przy placu Hołdu Pruskiego – mówi, mimo wszystko, z rezerwą. Czym jest dla niego ten budynek? „Czymś bardzo istotnym. Chociaż czasami wolałbym, żeby było inaczej. Jak się całe życie zawodowe człowieka skupia w jednym miejscu – i jak przez to miejsce przewala się historia – można się poczuć jak w pułapce” (s. 115). Szczecin – wyłaniający się ze stron opowieści pisarza – to miasto, w którym można się zakochać, ale ono niekoniecznie tę miłość odwzajemni.

Autorzy „Przywracania, wracania” (trzeba do nich, trochę na przekór dziennikarskiej genologii, włączyć oczywiście także samego Liskowackiego) skromnie twierdzą, że przypadkiem im wyszła ta spójna historia, ten splot podróży, autobiografii i miasta, ale trzeba spojrzeć na całość krytycznym okiem: układ książki jest jednak rozplanowany, poszczególne części mają swoje znaczące tytuły, a opowieść zmierza – swoim rytmem – ku nieco sentymentalnemu, a przecież zupełnie naturalnemu finałowi. Kiedy trójka autorów stoi na brzegu Zalewu Szczecińskiego, z jednej strony mając otwarte morze, a z drugiej Szczecin, to wiadomo, iż tożsamość tego miasta – i wszystkie opowieści o nim – zawsze będą stanowiły niedookreślone pogranicze, przestrzeń pomiędzy wodą a lądem, szczelinę pomiędzy narracją a rzeczywistością.

 

Skończyłem czytać wywiady z Liskowackim w drodze powrotnej z Warszawy. W Poznaniu dosiadł się chłopak, na oko student, zagadnął śmiało. Co czytasz? Książkę o Szczecinie. A to ciekawe, bo ja właśnie jadę na kilka dni do Szczecina. Tak? Studiujesz u nas? (Gryzę się w język za ten lokalno-patriotyczny zaimek). Nie, po prostu nigdy nie byłem w Szczecinie.
Jerzy Borowczyk, Michał Larek: „Przywracanie, wracanie. Rozmowy szczecińskie z Arturem Danielem Liskowackim”. Wydawnictwo Naukowe Scholar. Zaułek Wydawniczy Pomyłka. Warszawa – Szczecin 2014 [seria: Esej, Słowo, Rozmowa].