Wydanie bieżące

1 października 19 (259) / 2014

Robert Rybicki,

TEKST PRZECIW RECENZJOM

A A A
Przeczytałem książkę Roberta Króla i przewertowałem też tom Macieja Roberta, nie umknęły mej zjechanej uwadze i książki jakichś poetów z wydawnictwa Forma ze Szczecina, był tam niejaki Pietrzak z „Umlautami”, był i Maciej Niemiec wydany staraniem Instytutu Mikołowskiego, wcześniej, może o parę miesięcy wcześniej, Buliżańska i Słomczyński z Biura; pojawił się „Porumb” Miłosza Biedrzyckiego, a w międzyczasie powtórka z lektur Brewińskiego & Taranka z hubu, wnet i Seweryn Górczak oraz świeża (jak bułeczki od pana Tkocza z Orzepowic) Natalia Malek, a na koniec Magdalena Lebda z „Granicą lasu”. Ta ostatnia lektura spowodowała wnikliwe analizy stadium graniczności lasu i ekotopów w głuszy Rozbratu wykonane przez miłośników życia poza miastem. Mam dość.

Są książki, które zapadają w pamięć, swoją dziką falującą energią porywają za i ze sobą, są takie, które odpychają, ale są też takie egzemplarze, które po prostu nudzą. I jeśli zostałem poproszony przez Monikę Glosowitz o napisanie recenzji, ucieszyłem się, bo potrzebowałem jakiegoś rozruszania w tej dziedzinie, potrzebowałem coś napisać; w jednym z etapów podróżniczych, kontynuując swoje prywatne Tour de Pologne na dystansie Rybnik–Katowice–Kraków, sięgnąłem po książkę Roberta Króla, ponadto obiecałem sobie, że nie będę używał akademickiego argotu (lepiej już od razu nauczyć się greki).

Zanim ruszyłem na dobre z Królem, miałem „odpychającą zaprawę” w postaci tomu Tomasza Pietrzaka i jego „Umlautów”. Po przeczytaniu tej pozycji pomyślałem: jak długo jeszcze ludzie będą w swojej poezji zajmować się podwórkami, pochodzeniem etnicznym i będą rozbrajali stereotypy, rozbijali je, kłócili się z nimi czy je popierali? Widać, że facet mniej więcej wie, jak się pisze wiersze, wie, co powiedzieć, ma jakąś tezę, wyobrażenie o świecie, ale, aby powiedzieć o tej poezji coś podnoszącego, trzeba być lekkomyślnym. Książka straszna, przywalająca, innymi słowy: kopniak w dawno wyważone drzwi, kopniak w wyrwę w murze, bo tych drzwi już nie ma, złomiarze poezji już tu byli. „O genach przypominają mi jedynie / ciemniejsze, niż u innych genitalia, i to jest największe odkrycie podmiotu z tych jakże nieapetycznych poetyckich klecideł”.

No i masz babo placek: z takim nastawieniem podszedłem do zbioru wierszy „O wchodzeniu w ogień” Roberta Króla, autora takiej frazy: „Oto moje małe świadectwa. / Mój mały dom”, która to podsumowuje quasi-metafizyczne podróże po rozpryskanych wspomnieniach, czyli wspominanie jako dawanie świadectwa, może za sto lat ktoś przeczyta te skromne, regularne w swej budowie, zapisy, te trwalsze niż ze spiżu słowa. Świadomość ulotności świadomości? Nie ma nas? Przydałoby się jakieś wyraźne poczucie humoru, coś mogłoby rozruszać ten tom, bo on jakiś taki monotonny, nudny i zimny się wydaje, prawie martwy. O echach poetyk, czasami spastiszowanych, nie warto wspominać, ale one odbierają wigor całemu poetyckiemu zamysłowi, poezja to słabo autentyczna mimo aluzji do osobistych przeżyć, choć pojawia się tam taka twardzielska fraza: „Alkohol pijemy wyłącznie z butelki. Wodę z kranu. / To nic, że pierwszą szklankę trzeba wylać. To nic, / że drugą też, skoro od kilku lat nikt nie zamierza  / chodzić do magla nawet w Podgórzu”. Po prostu Król nie dogania lirycznych rówieśników ani pod względem kunsztu słownego, ani pod względem czynionych spostrzeżeń wobec otaczającego świata, etc., machnę po menelsku łapą i pójdę w dalsze rejony.

A tu, proszę państwa kto? Maciej Robert! I ów autor wpada w sidła podwórkowatości, i jemu zawęża się jeśli nie światopogląd, to przynajmniej azymut dla zachwytu. Szczerze mówiąc, po tej trzeciej lekturze zacząłem tracić nadzieję na to, że po powrocie ze swoich pokręconych podróży uzyskam przynajmniej surogat autentycznej poezji, która w kilku fragmentach będzie nadążać za czasem: a tu za dużo rdzy we frazach, tak, to są rdzewiejące frazy. Teraz żałuję, że nie wziąłem ze sobą najnowszej, wydanej w wydawnictwie a5, książki Krzysztofa Siwczyka, która zawiodła go do tegorocznej Nagrody im. Kościelskich; odetchnąłbym z ulgą.

No i na szczęście pojawił się jako kolejny w pakiecie Maciej Niemiec; jego tom „Geranium” w swojej poetyce odbija całą grozę istnienia; wielość używanych środków formalnych i krojów wiersza osadza go wśród autorów określanych mianem mądrych i o wyjątkowych umiejętnościach pisarskich. Możliwe, że fenomenem tej pośmiertnie wydanej książki, jest to, że przedstawia nam ona autora/podmiot jako byt młody (poprzez wielość stosowanych technik poetyckich i pomysłowość), a jednocześnie i stary (poprzez skumulowaną wiedzę, dojrzałość sądów i dystans w ich wydawaniu, doświadczenie); zaleta kolejna: stary, ale nie stetryczały, młody, ale nie gówniarz. Możliwe, że w ostatnich latach nie mieliśmy jako czytelnicy do czynienia z tak dobrze „urobioną” książką współczesnego autora, która zawierałaby w sobie tak wiele, a zarazem mogłaby cieszyć (pocieszać?). Tak na dobrą sprawę tej książce należy się poważny esej, a nie zwykła recenzja, książce należy się wnikliwa analiza, a nie pobieżne prześlizgnięcie się po wierszach na potrzeby rynku księgarskiego, jakie tu czynię. Wiersz przesuwa się w stronę medytacji, a jego poziom duchowy podskakuje do tak wysokich rejestrów, że trudno znaleźć odpowiedniki tego typu praktyki poetyckiej w nadwiślańskim kraju.
Robert Król: „O wchodzeniu w ogień”. WBPiCK. Poznań 2014.
Maciej Robert: „Księga meldunkowa” WBPiCK. Poznań 2014.
Maciej Niemiec: „Geranium”. Instytut Mikołowski. Mikołów 2014.