Wydanie bieżące

1 października 19 (259) / 2014

Maja Baczyńska, Łukasz Pieprzyk,

NAJWAŻNIEJSZY JEST PROCES TWORZENIA

A A A
Maja Baczyńska: Kompozytor, ale i twórca video-artu. Chyba nie tak częste połączenie? Muzyka w tym starciu wygrywa? A może to mariaż idealny?

Łukasz Pieprzyk: Trudno stwierdzić, czy w dzisiejszej erze multimedialnej to aż tak rzadkie połączenie, jakim by się mogło wydawać – jednak faktycznie w środowisku profesjonalnie wykształconych kompozytorów jeszcze się z nim nie spotkałem. Nie jestem też pewien, czy jest to jakiekolwiek „starcie”, w którym któraś ze stron musiałaby wygrywać. Zarówno materia filmowa, jak i muzyczna rozgrywają się w czasie, więc rozwijanie się w obu tych dziedzinach może tylko doskonalić warsztat formalny twórcy. Dla mnie to mariaż idealny, choć oczywiście muzyka jest u mnie zawsze na pierwszym miejscu. W warstwie filmowej rozwijam się bowiem tylko jako autodydakta.

M.B.: Jesteś doktorantem Krzysztofa Pendereckiego. Jak wiele daje młodemu kompozytorowi opieka mistrza tej klasy?

Ł.P.: Obrona doktoratu wciąż przede mną. Zrealizowałem pod okiem Profesora 30-minutowy film z własną muzyką. Opieka profesora Pendereckiego przyszła do mnie w najodpowiedniejszym momencie, bo już po ukończeniu magisterskich studiów kompozytorskich u profesora Zbigniewa Bujarskiego. Myślę, że jako już częściowo ukształtowany młody kompozytor mogłem w tym momencie więcej skorzystać. Obaj profesorowie uważają, że w odróżnieniu od warsztatu, artyzmu nikogo nauczyć się nie da, więc wsparcie tak doświadczonego twórcy jak Krzysztof Penderecki pomaga przede wszystkim w dokonywaniu właściwych wyborów. Uważam, że na pewność siebie i wiarę we własne umiejętności w dużej mierze ma wpływ właśnie pedagog. Nie wyobrażam sobie budowania tych cech na sukcesach, które są na ogół nieoczekiwane i ulotne.

M.B.: Pracujesz aktualnie nad filmem doktoranckim. Opowiedz coś więcej.

Ł.P.: Film ten jest spełnieniem moich marzeń jeszcze z czasów studiów kompozytorskich. Zajmowałem się wtedy m.in. video-artem, ale w głowie tliła mi się już myśl o zrealizowaniu filmu fabularnego. Był to absolutnie szalony pomysł, gdyż założyłem sobie samodzielną realizację każdego elementu dzieła filmowego.  Nie z powodu nadmiernej ambicji, ale z powodu pasjonowania się kinematografią jako całością. Żeby nie zagłębiać się zanadto w szczegóły powiem tylko, że film nie miał żadnego budżetu poza moimi inwestycjami. W przeciągu kolejnych lat własnym sumptem nabywałem sprzęt i oprogramowanie, które pozwolą mi zrealizować tak duży projekt. Praca ta, zatytułowana „Falling Down”, jest w pełni autorska – scenariusz, reżyserię, muzykę, montaż i efekty specjalne wykonałem sam. No i gram główną postać (śmiech). Fizycznie nie mogłem być tylko własnym operatorem. Nad tym też jednak sprawowałem pieczę, ponadto tam gdzie nie ma mnie na ekranie, kamerę na ogół trzymam ja. „Falling Down” to oryginalna koncepcja takiego połączenia obrazu z muzyką (nie ma dźwięku synchronicznego ani dialogów), żeby całości nie dało się jednoznacznie sklasyfikować w kinie gatunkowym. Celem tego projektu było udowodnienie, że film może emocjonalnie przemawiać samym obrazem i muzyką. I to nie tylko w krótkich scenach, które akurat w kinematografii występują nagminnie. Niezależnie od przyszłej obrony doktorskiej, jestem w pełni przekonany, że mi się to udało. Obraz ten wyraża wszystko, co chciałem na przestrzeni ostatnich lat wypowiedzieć. Zamyka też pewien etap w moim artystycznym życiu. Z pomocą przyjaciół i rodziny przeżyłem dzięki „Falling Down” niesamowitą przygodę. Nie potrafię sobie odpowiedzieć, jakim cudem projekt udało mi się samodzielnie zamknąć – ilość pracy i serca włożonych w jego realizację przekracza wszystko, co do tej pory mnie spotkało. Film filmowi oczywiście nierówny, a ja z kolei nie chcę za wiele na tym etapie zdradzać. Powiem tylko, że fabuła jest dość mocno „zakręcona”. Naturalnie nie mogę się porównywać do profesjonalnych twórców kina, ale chcąc nieco przybliżyć temat, mogę zaryzykować: „Falling Down” to film, któremu stylistycznie najbliżej do... „Incepcji” Christophera Nolana. Przy czym pamiętajmy, że moja produkcja jest w zasadzie offowa. I jest o muzyce!

M.B.: Jesteś laureatem zarówno konkursów muzyki współczesnej, jak i filmowej. Które z tych nagród były dla Ciebie szczególnie ważne, czy przełomowe?

Ł.P.: W zasadzie – nawiązując do moich wcześniejszych słów – żadna. Może faktycznie pierwsza z nich, uzyskana jeszcze w czasach licealnych pomogła namierzyć w głowie cel, jakim było studiowanie kompozycji. Sukcesy szybko się jednak dewaluują – pozostają tylko namacalnym dowodem ciężkiej pracy wykonanej w przeszłości. Najważniejsza jest muzyka, dzięki której owy sukces się osiągnęło. I najlepiej, żeby skomponowane utwory się nie dewaluowały (śmiech). Mile wspominam ciepły odbiór mojej muzyki na wszystkich konkursach i koncertach.

M.B.: A uprawianie tak różnych gatunków muzycznych sprzyja rozwojowi, czy może... rozdwojeniu jaźni, bo przecież aż „nie wiadomo w co ręce włożyć”?

Ł.P.: Wielu potwierdziłoby takie przypuszczenia, zrodził się już zresztą z tej okazji bezsensowny zwrot, że kompozytor muzyki poważnej romansujący z muzyką filmową prędzej czy później spłaszczy swój artyzm. Tego typu słowa są powtarzane od wielu lat. Tak wielu, iż wypowiadający je nawet nie zauważyli, że muzyka filmowa i poważna stały się dla odbiorców jednością. Różnią się już tylko nazwą ich funkcji użytkowych. Pomijam oczywisty fakt, że muzyka poważna wielokrotnie była wykorzystywana w filmach (np. „Lśnienie” Stanleya Kubricka i użycie utworów Krzysztofa Pendereckiego). Zresztą sama muzyka filmowa korzysta przecież z technik „poważnych” i na odwrót – istotna w muzyce filmowej elektronika znajduje coraz częstsze zastosowanie w symfonicznej muzyce poważnej. I nie mam tu na myśli eksperymentalnych poszukiwań czegokolwiek, czego jeszcze nie było. W dywagacje na temat tego, że w filmie muzyka często jest tylko tłem i opiera się na jednym akordzie nawet nie chce mi się wchodzić. Dotyczy to bowiem również wielu utworów współczesnych, gdzie poza zmieniającą się subtelnie barwą w zasadzie nie dzieje się nic. Taka muzyka idealnie pasowałaby do filmu (śmiech). Dla mnie więc uprawianie różnych gatunków muzycznych zdecydowanie sprzyja rozwojowi artystycznemu. Z jednej strony staram się w jakimś sensie rozwijać muzykę filmową poprzez mój sposób słyszenia zaczerpnięty częściowo z muzyki współczesnej, z drugiej strony w muzyce koncertowej nie stronię od stosowania brzmienia kojarzącego się z muzyką filmową. Tylko tak jak mówiłem wcześniej – ja tego w ten sposób nie rozróżniam. Nie mam w głowie oddzielnych szufladek dla każdego gatunku muzycznego. Wydaje mi się, że byłbym twórcą świadomie nieszczerym, gdybym zaczynając nowy utwór „poważny”, chciał korzystać tylko z określonej grupy efektów brzmieniowych. W imię czego? Staram się pisać w zgodzie ze sobą, gdyż moim zdaniem tylko wtedy wytwór artystyczny staje się autentyczny.

M.B.: Na Akademii Muzycznej w Krakowie wykładasz muzykę komputerową. Kolejna pasja?

Ł.P.: To było w ramach studiów doktoranckich. Przede wszystkim starałem się pokazać młodszym kolegom, jak do wielu zagadnień w muzyce komputerowej dojść samodzielnie. Oprogramowanie komputerowe jest dzisiaj tak wszechstronne i różnorodne, że kilkanaście godzin zajęć w semestrze nie wyczerpuje tej tematyki nawet w małym stopniu. Podstawy są ważne, ale uczenie się, jak stworzyć nowy projekt w programie, którego ktoś nie ma w domu (bo go nań nie stać), jest dla młodych nierzadko tzw. zapchajdziurą w siatce godzin. Starałem się więc po prostu zarazić ich pasją do muzyki elektronicznej. W kilku przypadkach – mam nadzieję – to się udało.

M.B.: A czy pisania muzyki w ogóle można kogoś nauczyć?

Ł.P.: Zdecydowanie da się nauczyć pisania muzyki, tak samo jak da się nauczyć kogoś pisać w jakimkolwiek innym języku. Pytanie tylko, jaką treść ten ktoś potem zapisze. Można wskazywać, doradzać coś z własnego doświadczenia, ostrzec przed „pułapkami własnego umysłu” czy zwyczajnie inspirować muzyką, której ktoś inny jeszcze nie poznał.

M.B.: Uważasz się za artystę?

Ł.P.: Wydaje mi się, że bycie artystą dzisiaj – szczególnie „niescenicznym” – to trochę utopia. Sztuka nie jest już nieodgadnioną dziedziną, w której na skutek małej zmiany stylistycznej zawojujemy świat. Odbiorcę współczesnego w ogóle trudno czymkolwiek zaskoczyć. W dobie ogólnodostępnej informacji młodzi ludzie doskonale orientują się w ogólnoświatowych trendach. Dziś nawet najbardziej niezależny twórca, chcąc zaistnieć, musi posiadać zmysł menedżerski czy wręcz poznać podstawy księgowości. Współcześnie – niezależnie od gatunku muzycznego – niemal wszystko sprowadza się do znajomości i pieniędzy.

M.B.: Ale równie dobrze twórca może nie chcieć zaistnieć.

Ł.P.: Może – wtedy rodzi się jednak pytanie, kim jest artysta? Jeśli to człowiek, który żyje dla pracy twórczej, to chyba właśnie takim czuję się człowiekiem. Słowo „artysta” jest dzisiaj zresztą tak zmasakrowane przez pseudoartystyczne wyczyny ludzi z tzw. łapanki, że czasem aż wstyd się pod tym pojęciem podpisywać.

M.B.: To może po prostu kompozytor?

Ł.P.: Zdecydowanie tak!

M.B.: Masz swoje wielkie, muzyczne marzenia?

Ł.P.: To pewnie zabrzmi prowokacyjnie, ale coraz mniej. Dziś dużo lepiej rozumiem twórców starszych, którzy do nowych wyzwań podchodzą ze spokojem. Myślę, że kiedy jest się młodym, pojawia się irracjonalna wiara, że na szczycie najbliższej „góry” jest szczęście. Po zdobyciu kilku kolejnych „szczytów” zaczyna się dostrzegać limity ludzkiej bytności w społeczeństwie i fakt, że poczucie szczęścia jest totalnie nieprzewidywalne i niezależne od sukcesu. Marzenia oczywiście mam, jest to w pewnym sensie sens ludzkiego życia, ale czy są one muzyczne? W dziedzinie kompozycji staram się myśleć o celach i kolejnych wyzwaniach. Pozwolę sobie zacytować słowa piosenki: Be careful what you wish for, 'cause you just might get it all. And then some you don't want. („Home” Chrisa Dougherty’ego przyp. red.)

M.B.: A jakie są Twoje pozamuzyczne marzenia?

Ł.P.: Niestety całe mnóstwo (śmiech). Wiem, że nie starczy mi życia na realizację ich wszystkich, więc czasem muszę „zahibernować” niektóre już w zarodku.

O marzeniach niematerialnych niezwykle trudno się publicznie wypowiadać, szczególnie jeśli chce się być w stu procentach szczerym. Na pewno chciałbym spełnić to dla mnie najdziwniejsze, lecz wciąż powracające jak bumerang marzenie – zdobycie licencji pilota samolotu turystycznego. Odkąd pamiętam, fascynuje mnie proces przemieszczania się. Podczas podróży samochodem najszczęśliwszy jestem właśnie wtedy, gdy jadę bez konkretnego celu, obserwując niekończącą się trasę i słuchając dźwięku silnika. Oczywiście tylko włoskiego! (śmiech). Mając od wielu lat styczność z symulatorami lotniczymi wiem, że samodzielny lot odpowiadałby moim niewytłumaczalnym preferencjom. Być może jestem po prostu poszukiwaczem „procesów”? Przecież każdy kompozytor najszczęśliwszy jest właśnie podczas tworzenia i pisania.  To co potem, nie zależy już tylko od nas.

M.B.: Gdzie można posłuchać Twojej muzyki?

Ł.P.: Aktualnie chyba tylko tam, gdzie ktoś zaprezentował film lub spot z moją muzyką. Pracuję nad własną stroną internetową – zacząłem od „odkurzania” rozrzuconych po internecie moich „śmieci” (śmiech). Najbliższy koncert na alterFMF w Krakowie, potem w Katowicach i Lusławicach (w listopadzie).

M.B.: Brzmi świetnie. To będzie muzyka symfoniczna? Czy to Twój ulubiony aparat wykonawczy – orkiestra?

Ł.P.: Serce optuje za orkiestrą symfoniczną, głowa za elektroniką. Odpowiem więc: orkiestra symfoniczna z towarzyszeniem elektroniki lub elektronika z towarzyszeniem orkiestry.

M.B.: No właśnie. W Twojej twórczości jest sporo elektroniki wspierającej klasyczne składy wykonawcze. Cenisz sobie świeże, nowoczesne zabarwienie „klasycznego” brzmienia?

Ł.P.: Można powiedzieć, że to mój osobisty cel twórczy. W muzyce instrumentalnej każdy instrument i każdy dźwięk z niego wydobyty już nam się z czymś kojarzy. W historii jest tyle napisanej muzyki, że nierzadko słuchanie jej przypomina teleturniej „Jaka to melodia?”. A to flet melodią przypomni inny utwór, a to harmonia w smyczkach przybliży jeszcze inne skojarzenia. Dotyczy to niestety również instrumentalnej muzyki eksperymentalnej. Multifony instrumentów dętych już znamy. Zanurzanie dzwonów rurowych czy fletu w wodzie, aby wydobyć z nich „nowy” efekt też. Owszem, kompozytor powinien poznać dogłębnie instrumentację i specyfikę każdego instrumentu. Jednak to wszystko bawi tylko podczas studiów kompozytorskich. Elektronika daje natomiast pełnię możliwości zmiany barwy całościowej na moją, własną i w pewnym sensie nieodkrytą. To jedyna dziedzina muzyki, w której eksperyment jest jeszcze niewynaturzony. Sul ponticello smyczków samo w sobie jest oczywiście interesujące, ale dopiero z wplecioną weń elektroniką może ukazać zupełnie nowy świat dźwiękowy. Natomiast w swojej twórczości nie czuję potrzeby zmiany na przykład gestów muzycznych, które uważam za uniwersalne. Staram się czasem sarkastycznie porównywać trendy muzyczne do modowych. Eksperymentalna kolekcja męskich spódniczek mini może obronić się w ramach pokazu, może nawet mieć swoje „pięć minut” wśród odbiorców, ale mężczyźni będą jednak dalej nosić spodnie. W muzyce harmonię, melodię i rytm podpiąłbym właśnie pod te symboliczne spodnie. Mogą one być szersze, węższe, krótsze, dłuższe, o różnych barwach czy fakturze tkaniny. Ale to wciąż pożądane przez odbiorców… spodnie (śmiech). Zdaję sobie sprawę, że dla niektórych muzyka kończy się na owym pokazie i preferują takie męskie spódniczki. Ja jednak zdecydowanie wolę, gdy odbiorca po koncercie coś dla siebie wyniesie. Coś więcej niż zobaczenie męskiej spódniczki mini, której nigdy nie założy.

M.B.: I ostatnie pytanie. Wyobraź sobie, że ktoś ci zabrał zmysł słuchu, jak Beethovenowi. Jak wówczas wyglądałoby Twoje życie?

Ł.P.: Myślałem już kiedyś o tym! Po krótkim ataku paniki doszedłem do wniosku, że dzięki rozwijaniu wielu pasji i zainteresowań pozamuzycznych, mógłbym sobie może jednak jakoś poradzić. Odpowiadając prześmiewczo – dostępne dziś sample muzyczne pozwoliłyby komponować nawet głuchemu. Są takie samplowe biblioteki, w których wystarczy wcisnąć jeden klawisz i utwór „się tworzy”. Wystarczy zatem nacisnąć kombinację przynajmniej dwóch klawiszy i w zasadzie już się jest kompozytorem. Jakość dźwiękowa takich sampli jest na tyle dobra, że osoba niewtajemniczona nie rozróżni tego typu pracy od utworu skomponowanego przez „słyszącego” artystę.

M.B.: Beethoven pisałby więc dziś na sample?!

Ł.P.: Gdyby dziś był młodym kompozytorem, to bardzo możliwe. Ale odpowiadając  poważnie na poprzednie pytanie… Myślę, że zająłbym się compositingiem obrazu, który hobbistycznie uprawiam. Reżyserem lub montażystą bez wysłyszenia dialogu i muzyki zostać bym nie mógł. Zresztą compositing ma w sobie kreacyjną magię zbliżoną do komponowania muzyki, a przecież właśnie ta magia powoduje, że w ogóle tworzę.
Fot. Karolina Zygmunt.