ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 października 20 (68) / 2006

Janusz Paliwoda, Michał Sufin,

CHCIAŁEM POKAZAĆ TEATRZYK

A A A
Z Michałem Sufinem rozmawia Janusz Paliwoda
Janusz Paliwoda: Wielu moich znajomych nie mogło przebrnąć przez pierwsze strony „Warszawskich wersetów”. Ten sam problem miała Kazimiera Szczuka, która powiedziała: „To jest bluzg, którego w zasadzie nie da się czytać, napisany z dziką agresją. Tam są jakieś lęki kastracyjne, jakieś obsesje nar- kotyczne, jakieś szały”. [Debata w „Gazecie Wyborczej”, czerwiec 2006].

Michał Sufin: Wydaje, mi się że to bardzo subiektywna ocena. Wiele osób przeczytało moją powieść od deski do deski. Wcale nie odstręczało ich to, że niewiele zmienia się w niej, jeśli chodzi o agresję i język. Gdyby tu był inny dziennikarz zamiast mnie, to pewnie zacytowałby opinie bardziej pozytywne. Czy coś nazwane bluzgiem nie może nosić znamion bardzo dobrej literatury pod względem stylistycznym? Jeśli chodzi o tę rozmowę z Kazimierą Szczuką, to po dłuższej dyskusji okazała większe zrozumienie dla tej książki. Zwłaszcza po tym, jak wymieniłem takie nazwiska jak: Celine, Bourroughs czy Boris Vian, który ma najwięcej wspólnego z bluzgiem. Ten francuski pisarz i poeta wyrzucał z siebie opowiadania seriami. Może dla niektórych jest to literatura właśnie niezjadliwa, nie dająca się czytać, może archaiczna, ale dla mnie nader powabna. Zawsze najtrudniej jest się dogadać na płaszczyźnie estetycznej.

To zależy, co masz na myśli mówiąc: trudność w lekturze? Bo może to być pewien ciężar, jaki się nakłada na czytelnika albo niesprawność literacka. Ciężar w tej książce jest rzeczywiście, natomiast niesprawność to jest już taka rzecz, o którą może bym się nie obraził, ale czułbym się nią zaniepokojony...

J.P.: Odmówić Ci nie można sprawności językowej, ekspresji, bogatego słownictwa, ale brakuje fabuły, akcji...

M.S.: To jest nietrafne rozpoznanie, kiedy się mówi o braku fabuły. Zgodzę się, że jest chaos, jeśli idzie o zdarzenia, natomiast fabuła jest, bo tu się przecież mnóstwo dzieje!. To nie jest książka przegadana, całkowicie abstrakcyjna. Ta powieść jest ciągłym opisem zdarzeń. Jestem w tej trudnej sytuacji, że napisałem ją półtora roku temu, ale czuję się tak, jak gdybym stworzył ją pięć lat temu, więc nie mam już interesu jej bronić. Mógłbym nawet powiedzieć wiele rzeczy na poparcie tezy, że ta książka wydaje mi się beznadziejna w tej chwili.

J.P.: Możesz kilka podać?

M.S.: Powierzchowność postaci, przesadna zabawa językowa, czy agresja, która była fajnym pomysłem, ale teraz mniej mi się podoba. Ale kilku elementów będę bronił!

J.P.: Stylu chyba nie musisz się wstydzić?

M.S.: Jeśli chodzi o styl, to jego ciężar wynika z pewnej uporczywości, agresji, monotonii i chaosu językowego. Z drugiej strony styl w „Wersetach” jest bardzo konsekwentny i świadomy. Nie, stylu się aż tak nie wstydzę, chociaż ta książka jest mi już bardzo daleka. Nie bronię jej przesadnie.

J.P.: Aż za dużo się w niej dzieje...

M.S.: Gdy do niej wracam, to kilka fragmentów wydaje mi się zabawnych. „Wersety” wydają mi się żywe pod względem energii, dziania się w niej...
To są te elementy, które cenię w niej po tym czasie, po którym trochę od niej odjechałem.

J.P.: A co z fabułą?

M.S.: Fabuła jest dla osób, które są dużo bardziej otwarte, zainteresowane nią jako najwyższą racją, czymś, co się ciągle dzieje, jakimś żywiołem, totalnym zamieszaniem. Można również powiedzieć, że nie wiadomo, o co w niej chodzi i.... niech autor spada!

J.P.: Chaos, agresja, żywiołowość... Chciałeś tą książką zilustrować naszą rzeczywistość?

M.S.: „Warszawskie...” są zakorzenione w informacjach z rzeczywistości, które do mnie trafiły. To nie jest powieść wymyślona, wydumana całkowicie. Ona jest potwornie przetworzona i rozbuchana po to, żeby zasłyszane historie, problemy, które wydają się śmieszne, albo są w pewien sposób poruszające, przeniesione na papier nie były banalne i odtwórcze. Żeby jakoś przenieść je na wyższy poziom ekspresji. Wtedy tego potrzebowałem, aby pokazać różne rzeczy w sposób bardzo ekspresyjny Bardzo się bałem, żeby to nie było przewidywalne. Literatura, którą wtedy czytałem, była właśnie aż do bólu rozpoznawalna. Chaos w „Wersetach” jest również ucieczką przed tym, co można zamknąć w jakimś schemacie. A to już nie jest związane z samą fabułą, tylko z moim podejściem do pisania wtedy. Tak bardzo nie chciałem, żeby to dało się zamknąć w jakiejś szufladce. Szarżowałem i podobało mi się to!

J.P.: To miałeś niezły ubaw!

M.S.: Była to jakaś zabawa literacka. A drugiej strony to był ciężar wynikający z natrętnie odczuwanego przeze mnie napięcia, jeśli chodzi o sfery, które w tej książce są napędem seksualno-młodzieńczo-lansownym. To do mnie przychodziło, ja tego nie definiowałem. Bo ta książka nie definiuje, nie stara się mówić o świecie. Starałem się przekuć ją w petardę, którą słabiej odczuwasz podczas lektury, a jak siedzisz w tym, to jest dużo bardziej poruszająca.

J.P.: W wywiadzie dla „Arte” powiedziałeś: „W mojej powieści istnieją realne wydarzenia. Tylko, że przefiksowane. Dużo rzeczy, o których piszę zdarzyło się naprawdę, a część tylko w mojej głowie, ale ja nie zdawałem sobie z tego sprawy”. Możesz to wyjaśnić?

M.S.: Może te wszystkie historie widziałem tylko w ten sposób, a one takie nie były, ponieważ sam znajdowałem się w tych sytuacjach. Książka jest napisana w pierwszej osobie, więc to jest literatura subiektywna. To nie była do końca prawda, co wtedy powiedziałem. To były historie zasłyszane albo wymyślone na bazie rzeczy, które znałem i które często sam opowiadałem. One w ten sposób powstawały: poprzez opowiadanie ich ludziom przy piwie i interesującej rozmowie. Te historie ewoluowały i zmieniały się pod wpływem reakcji osób, które ich wysłuchiwały. Tak naprawdę była to literatura oralna, w tym sensie, że były to monologi, które zmieniały się w zależności od tego, czy były dobrze przyjmowane, czy się ludzie z nich śmiali. A jak opowiadałem daną historię, któryś raz jakiejś osobie, to ona później była świadkiem, jak opowiadałem ją komuś innemu. Jeżeli ona cały czas się śmiała albo cały czas interesowała ją, to wiedziałem, że historia jest fajna.

J.P.: Trudno było przełożyć opowiadane historie na język literacki?

M.S.: W pewnym momencie zaczęła to być czysta literatura, bo te historie zaczęły się przekształcać pod wpływem języka. Bo taki język jest możliwy tylko w procesie twórczym. Nie dałoby się mówić w sposób, w jaki ta książka jest zbudowana. Jedyną całościową historią, która dała się skleić z luźnych motywów, jest ta wiążąca głównego bohatera z Oną. Dodać trzeba jeszcze lejtmotiv z uciekającą dziewczyną, i to wszystko. A reszta to rzecz zebrana i przerobiona. Właściwie wtedy nie do końca wiedziałem, jeszcze w jakim celu. To było świadectwo historii, jakich lubiliśmy słuchać. Wynikało to z czystej przyjemności, że im się to podobało, a ja chciałem to opowiedzieć. Z tym, że to cały czas było obarczone naszymi problemami, więc może dlatego to jest tak uciążliwe w lekturze. Dużo jest w „Warszawskich...” ciężkich historii, które są osadzone w napięciach osób, które je opowiadały.
Chociaż im się to podobało, bo to było zamienione w anegdoty, w których znajdowali wiele z siebie.

J.P.: Wielu recenzentów ochrzciło „Wersety” powieścią klubową. Odciąłeś się od tego stwierdzeniem, że to jest romans. Przy innej okazji wyznałeś, że napisałeś „Warszawskie...”, aby przełamać strach przed chodzeniem do gejowskich klubów. W końcu nazwałeś swoje dzieło „antygejowskim romansem klubowym”. Podtrzymujesz to?

M.S.: Nie! (śmiech). Nie podobało mi się to kategoryzowanie. To był taki happening w jednym z wywiadów [dla „Arte” – przyp. J. P.], przyjąłem w nim konwencję zabawy... Gdzieś jeszcze napisałem, że jest to „psychosocjologiczny neopunkowy horror noir”, ale to już były żarty z osób, z którymi rozmawiałem (śmiech). Trudno jest gadać przez cały czas na poziomie: „Jakbyś w trzech zdaniach określił swoją książkę?”

A co do tego romansu... Jeżeli coś mnie śmieszy, to zwykle ma w sobie coś neurotycznego. W ogóle śmiech ma w sobie wiele z neurozy. Posiada też funkcję kompensacyjną, oswajającą. Powiedziałem, że bałem się klubów gejowskich, bo trochę mnie przerażał bezmiar monotonii i głupoty, które tam znajdowałem. Fascynowali mnie ludzie, którzy byli moimi znajomymi, nieraz lepszymi, nieraz gorszymi, ale gdy byłem w środku, już nie wiedziałem, o co chodzi! Nie ciągnęło mnie tam. Wydawało mi się to głupie i śmieszne. Przerażało mnie, jak bardzo ludzie, których lubiłem i szanowałem, strasznie się w to zatapiali. Niektórzy tam ginęli, przeżywali drugi okres dojrzewania. Byli śmieszni i może ja też byłem śmieszny, dlatego że tam wpadałem. Ale bardzo rzadko bywałem na tego rodzaju imprezkach.

A jak ktoś napisał, że powieść jest powieścią klubową, postanowiłem się pobawić i wystrzeliłem, że to jest romans. Ale przecież tak samo jak nie jest to romans, tak samo nie jest to powieść klubowa. A może bardziej to pierwsze niż drugie. Ale to są niewielkie różnice.

J.P.: A jak było z odbiorem „Wersetów”? Obnażasz w niej całą prawdę o lansującej się Warszawie...

M.S.: Pisząc „Warszawskie....”, nie czułem się w ogóle predestynowany do tego, żeby kogokolwiek oceniać. Tym bardziej, że książka mówi o miejscach, w których bywali nie tylko moi znajomi, ale również ja kilkakrotnie bywałem. Chodziłem tam, żeby szydzić i naśmiewać się? Nie! Fascynowało mnie to, że ludzie, którzy są naprawdę spoko, inteligentni, normalni, czasami wyglądali tak głupio. Ja sam pewnie też wyglądałem głupio sam przed sobą, tak bardzo jednostronnie ich opisując. I dlatego zacząłem przeginać, żeby sparodiować głównego bohatera, który według Kazimiery Szczuki zieje nienawiścią, ma lęki kastracyjne, kompleks Edypa i mnóstwo innych rzeczy. A według Justyny Jaworskiej jest neokonserwatystą. Nawet podejrzewała, że ja też jestem neokonserwatystą. Ale ja nie zaliczam się do nich.

J.P.: To z kogo się „nabijasz”? Z lanserów czy z siebie?

M.S.: Patrzenie na lanserów z perspektywy głównego bohatera jest zakamuflowaną pułapką, bo nabijam się trochę z siebie samego w tej książce. Może w sposób nie dla każdego rozpoznawalny, ale na pewno jest to pastisz moich własnych lęków.

Ta powieść jest mocno ironiczna z tego powodu, że trudno w niej znaleźć punkt widzenia, który uznałbym za ostatecznie wiążący i rozstrzygający. A to dlatego, że nie mam zaufania do poglądów. Dużo pewniej czuję się, kiedy parodiuję bohatera. Nie mógłbym stanąć za nim z wykrzyknikiem i w ostatnim rozdziale napisać, że główny bohater odszedł w stronę zachodzącego słońca i wszyscy patrzyli na jego plecy czy coś takiego.

J.P.: Dlaczego Twoje postaci nie mają imion, tylko takie dziwolągi jak Chłopak z Głową do Wycierania albo Symetryczna Koleżanka Zen od Zażegnywania Konfliktów...?

M.S.: To jest powieść klubowa (śmiech). Cała zabawa polegała na tym, żeby w niej latały pacynki, którymi mogę się pobawić, a nie prawdziwi ludzie. Chciałem pokazać teatrzyk, a nie odzwierciedlać rzeczywistości. To nie „Lalka”, nie opowiadam realistycznej historii. Te dziwne „imiona” powstały z napięcia, za pomocą którego chcę wyśmiać to, co się naokoło dzieje, a nie z jakiegoś diagnozowania. Oczywiście pierwowzorami niektórych postaci są moi znajomi, a raczej rzeczy, które im się przydarzyły i warte były opisania. Resztę postaci wymyśliłem. One się miksują i w sumie nie wiadomo, które są prawdziwe, a które nie. Ale też nie chodziło o to, żeby pisać o znajomych, bo oni nie są wyjątkowi. Sztuka polegała na tym, aby zejść niżej, do „id”, do głębszego absurdu, groteski, przesady, kontrastu, która rodzi się z powierzchownego oglądu rzeczywistości.

J.P.: Czym się inspirowałeś?

M.S.: Podczas pisania „Wersetów” inspirowałem się nie tylko literaturą. Jak się ogląda filmy Terry’ego Gilliama, to widzi się też postacie, które przyjmują pozy kabaretowe, a tak naprawdę on filmuje wielką literaturę, ale daleką od rzeczywistości.

A gdy jest się na teatrze Kantora, to widzi się tak naprawdę nie wiadomo co (śmiech). To nie jest porównanie, to jest pewna analogia, którą warto mieć w pamięci, kiedy się czyta „Wersety”, bo to nie jest oczywiste skojarzenie, jeśli idzie o literaturę.

J.P.: Witkacy też był ważny?

M.S.: Jego prozę zacząłem czytać po napisaniu książki, więc nie była dla mnie wielką inspiracją. Na upartego można by było coś tam znaleźć, ale jest to nieistotne, dlatego że nie czytałem najważniejszych książek Witkacego prozą. Tak się po prostu zdarzyło. Nie jestem jakoś z tego dumny, ale tak było. Nie zaliczam się do fanatycznych wielbicieli Witkacego.
Dużo bardziej podobają mi się jego dramaty, które znałem przed napisaniem „Wersetów”. Wydają mi się niesamowite.

J.P.: A co z Gombrowiczem?

M.S.: Miał na mnie większy wpływ, bo jego twórczość lubiłem wcześniej. Ale podczas pisania powieści to były inspiracje na zasadzie „antydrogowskazu”, kiedy łapałem się na tym, że zaczynam brzmieć jak Gombrowicz. Zdawało mi się nieraz, że niektóre moje fragmenty są w jego stylu, dlatego musiałem coś nowego wymyślać.

Ale to jest taki polski defekt, że jak się pojawi jakaś ciekawa, debiutancka powieść, to zawsze przywołuje się te dwa nazwiska. Dlaczego pisarze, którzy są bardziej obecni w „Warszawskich...”, czyli Vian i Bourroughs, nie przychodzili recenzentom tak często do głowy? Przecież oni mieli na moją twórczość wielki wpływ, zwłaszcza jeśli chodzi o styl, sposób pisania, chaotyczność, żywiołowość.

Nie ma zbyt wielu książek, które można by było wrzucić do jednego worka z Witkacym i Gombrowiczem, i jak zdarza się choćby najmniejsza okazja ku temu, to się tak robi (śmiech). Na pewno nie czuję się trzecim wierzchołkiem tego trójkąta.

J.P.: Chciałem zapytać o drugą część „Wersetów”. Czy rozważałeś jakieś inne jej zakończenie...

M.S.: W drugiej części ta książka się zatrzymuje i robi się trochę trudniejsza w lekturze. Zamknąłem wszystko na scenie, w jednym miejscu, aby jeszcze bardziej podkręcić atmosferę niezrozumiałości między głównym bohaterem i Oną. Oboje wysyłają sobie setki kalamburów i obijają się o siebie.

Ta część jest w całości wymyślona. Pierwsza została zmiksowana z rzeczy wziętych z rzeczywistości i fikcyjnych. Chodziło o teledysk, o film. Zależało mi na tym, aby czytelnicy śmiali się, żeby poczuli ten nerw nieprzyjaznej, „lynchowskiej” rzeczywistości. W drugiej części miało nastąpić rozwiązanie sytuacji między tymi dwoma postaciami. Wyszedł prawie happy end (śmiech)...

J.P.: Wielu czytelników miało nadzieję, że główny bohater dogoni Oną i że uda im się...

M.S.: No niestety, byłem strasznie wtedy przewrotny. Już miałem prawie gotowe to dobre zakończenie, ale niestety nie udało się (śmiech).

J.P.: Tylko, że pomyślne zakończenie byłoby trochę dziwne, mając na uwadze, co działo się między tymi bohaterami wcześniej...

M.S.: Byłoby dziwne, rzeczywiście. Teraz nie wiem, jak bym to zakończył. Pozbierałem różne chaotyczne „sznurki” z pierwszej części i chciałem jakoś rozwiązać wszystkie wątki, dlatego powieść robi się pod koniec bardziej spójna. Może to i dobrze, że nie ma dobrego zakończenia, może powstanie sequel! (śmiech) .

J.P.: Masz w swoim dorobku kilka amatorskich filmów. Powiedz mi, czy Twoja powieść to dobry materiał na scenariusz?

M.S.: Wszystko jest dobrym materiałem, jeżeli znajdzie się dobry reżyser. Nie wiem, czy ta książka jest dobrym materiałem na film. Raczej powstałaby z niej świetna audycja radiowa w stylu „beatnikowskim”. Być może dałoby się z tej powieści zrobić również sztukę teatralną. Tylko że wielką trudność sprawiłoby obejście sfery językowej i narracji pierwszoosobowej. To zawsze jest niesceniczny i niefilmowy zabieg, ale kilku świetnym reżyserom udało się zrobić świetne filmy, nie tracąc siły narracji książki. W „Wersetach” bardzo dużo się dzieje, jest sporo efektów niemalże filmowych. Jeżeli ktoś umiałby uwzględnić to, że ta książka jest w całości osadzona w języku i zdołałby przekształcić go w dobry scenariusz, nie tracąc jego siły i żywiołowości, to mogłaby powstać świetna ekranizacja. Pisząc „Warszawskie...” widziałem film, więc jeśli komuś udałoby się odtworzyć ten sam film, to na pewno byłbym zadowolony.

J.P.: Jeden z recenzentów posądził Cię o to, że zatytułowałeś powieść „Warszawskie wersety”, aby tak jak Salman Rushdie wywołać skandal i zostać wyklętym...

M.S.: Całkowicie błędne odczytanie, chociaż możliwe. Przywołałeś tekst Dariusza Nowackiego z „Gazety Wyborczej”. W sumie jest to bardzo pozytywna recenzja, poza tym jednym zdaniem, które mnie w ogóle nie dotknęło, bo nie chciałem zostać Salmanem Rushdie polskiej literatury (śmiech). Nowacki przyczepił się do tego tytułu, który jest tak samo przewrotny jak cała książka. Gdyby ją rozliczać z każdego szczegółu, to trzeba byłoby zapisać mnóstwo grubych ksiąg oskarżycielskich.

Tytuł jest prowokacyjny, ponieważ ta powieść bardzo dużo szumu robi wokół siebie, ponieważ obrazuje taką, a nie inną rzeczywistość. Ale to napięcie rozładowałem jednozdaniowym rebusem, który główny bohater prezentuje na końcu książki. „Warszawskie wersety” to muszą być puste wersety, przesadnie aspirujące do jakiegoś skandalu, ale ta powieść nie miała być skandalem.

Ona opisuje kilku moich znajomych i kilka wymyślonych przeze mnie postaci oraz kilka zdarzeń, które mi się przytrafiły. Zauważyłem, że wokół mnie ludzie intensywnie odbierali różne głupie i nieważne rzeczy, które im się przydarzały. Te błahe historie urastały do miana psychoz, neuroz, a ważne rzeczy były pomijane. Dlatego napisałem książkę o tych nieważnych rzeczach, które miały być warszawskimi wersetami i miały zrobić wokół siebie dużo zamętu. Każdy chyba czytając tę książkę i widząc tytuł „Warszawskie wersety”, uśmiechał się ironicznie. Ta powieść chce i aspiruje, żeby być prowokacją, ale nią nie jest. Nie rozumiem tych pretensji pod moim adresem.

J.P.: Niektórych razić może ostry język, którym posługuje się bohater. Wulgaryzmów jest pełno nie tylko w dialogach, ale też w narracji. Takich określeń jak „spedalone wróbelki elemelki” jest sporo. Nie miałeś ochoty wyrzucić bardziej dosadnych kawałków?

M.S.: Było kilka żenadnych fragmentów, które wyrzuciłem. Natomiast język sam się taki stworzył. Język opisuje głównego bohatera, którym trochę jestem ja. Trochę jest on bliższy mojemu punktowi widzenia jako osoby podchodzącej krytycznie do otaczającej rzeczywistości, ale jest sparodiowany. Zarówno jego agresja życiowa, jak i agresja językowa są właśnie takie. On jest nonszalancki, dlatego nie mogłem zastanawiać się za długo, jak nonszalancko, powierzchownie i agresywnie opisze to, co widzi, albo to, co mu się przydarza. Książka chaotyczna tworząca całkowicie chaotyczną rzeczywistość nie może mieć super konstrukcji. Wybrałem zupełnie inną taktykę tworzenia tej powieści.

J.P.: Twój bohater istnieje w „Wersetach” poprzez język...

M.S.: Tak, bo to jest proza mówiona. Zauważ, że główny bohater ciągle mówi. To nie jest strumień świadomości w takim sensie, że nie emituje chaosu naszych myśli, tylko opowiada historię, w której jednocześnie uczestniczy. Jest dużo książek, które w ten sam sposób się rozkręcają, na przykład „Trainspotting”, która jest tylko bardziej osadzona społecznie. Ta powieść tak samo traktuje język połączony z głównym bohaterem. Trochę odbiór tej książki spłaszczył film, który sprawił, że widzimy głównego bohatera mówiącego historię, a w powieści to nie jest takie jednoznaczne. To jest po prostu ciągła opowieść głównego bohatera.

J.P.: Sporo w „Wersetach” jest teatru okropności: dzieciaki maltretowane przez nauczycieli, sąsiedzi spadający ze schodów, pielęgniarka biegająca ze strzykawą. Skąd to wziąłeś?

M.S.: Rzeczywistość, która otacza bohatera, była tylko trochę nieprzyjemna, a stała się bardzo nieprzyjemna, żeby stać się bardziej zabawna. Dzięki temu jest bardziej zjadliwa. Zresztą mi się wydaje, że główny bohater jest na granicy szaleństwa. Nie wiem do końca, dlaczego, raczej na zasadzie, że jest elementem tej rzeczywistości, która jest na granicy szaleństwa. Gdzieś tu jest proces dialektyczny, ja go jeszcze nie rozpracowałem. Nie wiem, czy się jeszcze będę tym zajmował (śmiech).

Właśnie w tym miejscu wychodzi inspiracja, którą uważałem po napisaniu tej książki za najważniejszą, a mianowicie „Alicja w Krainie Czarów”. To jest również strasznie sztuczne i bardzo śmieszne dzieło, a do tego jest książką dla dzieci, co jest w ogóle jakimś niesamowitym połączeniem. Byłem zafascynowany „Alicją...”, zanim zacząłem pisać powieść, wgryzłem się w nią na maksa. Potem to zauroczenie gdzieś zupełnie zniknęło, przestałem o niej myśleć.

J.P.: Dlaczego akurat „Alicja...”?

M.S.: Jest teraz taka książka „Kraina traw” [Mitcha Cullina – przyp. J.P.], właśnie Terry Gilliam zrobił na jej podstawie film. To też jest powieść o małej dziewczynce. Jest jeszcze bardziej Alicją, bo ona z nią jawnie gra. Ale jest też tak samo brutalna, nieznośna, okropna, przez to śmieszna, a jednocześnie psychodeliczna, neurotyczna, szalona jak moja książka. I to chyba pokazuje, że to szukanie „Alicji w krainie Czarów”, to jest coś takiego, co się w literaturze co pewien czas powtarza i nawet nie wymaga szerszego wyjaśnienia. Co jakiś czas pisze się jakąś dziwną „Alicję w Krainie Czarów” i „Kraina traw” jest taką powieścią.

J.P.: W „Warszawskich wersetach” jest dużo absurdalnego humoru. Co Cię śmieszy?

M.S.: Śmieszy mnie to, czego się boję, albo co mnie strasznie dziwi. Najbardziej śmieszą mnie historie, w których wychodzę na głupka strasznego, kiedy nie wyglądam fajnie. Żart mam najmocniej wycelowany w samego siebie.

J.P.: Pracujesz teraz nad zbiorem opowiadań?

M.S.: Napisałem kilka opowiadań, może z tego wyjdzie kiedyś zbiór. A może jakieś opowiadanie się rozrośnie. Nie planuję teraz wydania drugiej książki. Myślę, że to dobrze, bo nie planowałem wydania pierwszej i się wydała, więc teraz warto zastosować podobny sposób myślenia. Zobaczymy, co z tego wyjdzie.

J.P.: Dziękuję za rozmowę.
Warszawa, Traffic, 28 wrzesnia 2006.