ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 października 20 (260) / 2014

Magdalena Piotrowska-Grot,

NIESKOŃCZONOŚĆ KONANIA - KONANIE NIESKOŃCZONOŚCI (TERRY EAGLETON: 'KULTURA A ŚMIERĆ BOGA')

A A A
Bóg umarł? Dziś na nikim to stwierdzenie nie robi już właściwie większego wrażenia. Jakie może ono właściwie rodzić wątpliwości świata ponowoczesnego, w którego rozmytych strukturach nie tak łatwo wywołać większy chaos, niż ten, który już w nim panuje. Śmierć Boga ­– dla jednych mrzonka filozofów, dla innych oczywistość, nie budzi teoretycznie większych kontrowersji.

Nie jest zresztą i nigdy nie była to śmierć nagła, Bóg był powoli i stopniowo uśmiercany przez człowieka i pielęgnowaną przez niego ideę rozumu i wolnej woli (oraz wszystkich wynikających z tego ideologii, poglądów antropocentrycznych itp.). Proces ten, który opisuje w swojej najnowszej książce Terry Eagleton, laicyzacja, czy inaczej dojrzewanie do ateizmu, trwa właściwie od oświecenia i nie jest jedynie jedną ze światopoglądowych rewolucji, wynikających z II wojny światowej, choć oczywiście wydarzenia wieku XX nie są w tym względzie nieistotne.

Rozum oświecony?

Książka „Kultura a śmierć Boga” Terry’ego Eagletona może wydawać się kolejnym rozważaniem na temat popularnych w bibliografii filozofa zagadnień ateizmu i sekularyzacji, przewijających się w wielu jego tekstach („Święty terror”, „Iluzje postmodernizmu”), jednak tym razem czytelnik zostaje przeprowadzony przez rdzeń procesów, które doprowadziły do obecnego kształtu nowoczesnej kultury. Procesów, ponieważ jednym z najważniejszych zagadnień, poza wieloma wątkami pobocznymi (nieuniknionymi przy złożoności zagadnienia), jest kwestia długotrwałości zmian światopoglądowych i politycznych, jakie doprowadziły do stopniowej sekularyzacji europejskiego ustroju, ponowoczesnego upłynnienia granic i powstania nurtu/postawy nazywanej ateizmem.

Według autora eseju wszystko, z czym zmaga się społeczeństwo w myśleniu o religii, ma swoje źródła w epoce Oświecenia. Był to według Eagletona i przywoływanych przez niego myślicieli czas prywatyzacji sfery religijnej, wiary w rozum i, w pewnym sensie, budowania nowego rozumienia moralności, opierania jej na granicach ludzkiego ciała, granicach wyznaczanych przez ratio, realistycznym patrzeniu na codzienne funkcjonowanie jednostki ludzkiej (z upływem czasu i wkraczaniem we współczesność granice owej moralności oczywiście były rozszerzane, tolerujemy coraz więcej i lepiej rozumiemy, ale stan tej, przynajmniej teoretycznej, wolności i tolerancji właśnie w Oświeceniu ma swój początek). Przy wszystkich tych informacjach brytyjski filozof notuje jednak jeszcze jedno ważne spostrzeżenie na temat zmian, jakie zaszły w epoce rozumu – nie była to epoka ani specjalnie świecka, ani też antyreligijna. Uwaga rozpoczynająca pierwszy rozdział jest czymś w rodzaju myśli przewodniej, można ją odnieść nie tylko do Oświecenia, ale także do, ponoć zsekularyzowanej, a przede wszystkim pozornie ateistycznej, współczesności: „Społeczeństwo staje się świeckie nie wtedy, gdy w ogóle wyzbywa się religii, lecz wtedy, gdy ona niespecjalnie je porusza” (s. 11). Trudno więc właściwie w ogóle takie społeczeństwo wskazać i zdaje się, że przekornie to właśnie chce unaocznić Eagleton w swojej książce.

Wracając jednak do epoki Oświecenia, to okazuje się, że zaskakująco wiele jej „zawdzięczamy”. Nie ma znaczenia sam fakt, iż jest to czas, kiedy człowiek zaczyna polegać na własnym, empirycznym postrzeganiu świata, najważniejsze bowiem są tego konsekwencje. Najistotniejsza z nich, o czym pisze odważnie autor eseju, polega na zniesieniu idei rozumu takiego, o jakim rozważania snuli Arystoteles czy Platon, oraz zastąpienia owej projektowanej idei czynem, w okresie tym króluje bowiem empiryzm, ludzkie, ograniczone i podatne na manipulację postrzeganie świata. Przytaczając myśli wielu oświeceniowych filozofów, Eagleton pokazuje zupełnie nową odsłonę XVIII-wiecznej walki intelektualistów – nie prowadzą oni rozgrywek z religią samą w sobie, ale z wpływem kapłaństwa na sprawy państwowe, dążąc do odsunięcie Kościoła od władzy politycznej. Sama zaś religijność, w pewien sposób pozwalająca ówczesnemu społeczeństwu na zachowanie spójności, stanowiła moralny drogowskaz i w pewien sposób stawała się wzorcem do budowania nowego rodzaju instytucji. W omawianej książce autor bowiem bardzo wyraźnie oddziela religię zinstytucjonalizowaną od wiary, co oczywiście akurat w przypadku tego filozofa zupełnie nie zdziwi czytelników, ale udowadnia też, że owa separacja dwóch związanych, a jednak antynomicznych w gruncie rzeczy (przede wszystkim zaś w książkach Eagletona) pojęć, nastąpiła znacznie wcześniej, niż wydawać by się mogło współczesności. Jesteśmy więc w pewnym sensie spadkobiercami Oświecenia, choć obecny sposób rozumienia wiary i jej miejsca w życiu człowieka zdaje się być tak odległy od tego sprzed trzystu lat. Ów wniosek o uwikłaniu w historię i ciągłości procesu, głęboko osadzony w europejskiej tradycji, jest zaskakujący w kontekście światopoglądu artykułowanego w esejach brytyjskiego neomarksisty. Oczywiście łatwo umknie on takim „oskarżeniom”, zmieniając oblicze tej tradycji, przeformułowując ją, wykazując błędy w dotychczasowym jej postrzeganiu.

Omawiana książka porusza bardzo delikatne kwestie, tematy istotne, ale często pomijane w celu uniknięcia niekończących się, nierozwiązywalnych sporów, w związku z czym mogłaby uchodzić za dość kontrowersyjną w niektórych czytelniczych kręgach, jednak w kontekście rozważań o postmodernizmie, postsekularyzmie czy nowych rozpoznaniach ideologii romantyków stanowi dopełnienie, uzupełnienie, chociaż raczej brakuje jej rewolucyjności, o jakiej wspominają niektóre recenzje.

Kulturalna polityka?

Biorąc pod uwagę stan ponowoczesnej kultury, postsekularne poszukiwania nowej formuły duchowości, a nawet, aby zawęzić ów krąg zainteresowań, przyglądając się jedynie wcześniejszym książkom Eagletona, trudno byłoby zdiagnozować śmierć Boga. Nie da się jednak ukryć, iż jest on stale zastępowany przez liczne inne systemy i wartości – inne niż chrześcijańska religie, ideologie, stowarzyszenia – przede wszystkim zaś przez politykę. Politykę, do której dostęp zaczynają mieć w XVIII czy XIX wieku coraz szersze rzesze ludzi i przedstawiciele różnych klas, wreszcie zaś ustrój w większości państw kontynentalnej Europy przekształcony zostaje w demokrację, a system klasowy powoli, przynajmniej oficjalnie, zniesiono. Co najciekawsze, dla polityków wcale nie jest odpowiedni stan, w którym ludzie odcinają się od religii, w ramach kościelnych instytucji zdecydowanie łatwiej ich kontrolować. Rozważania o religii i polityce przechodzą więc automatycznie do kwestii wolności jednostki. Z tego obrazu burzliwych przemian wyłania się człowiek, który tkwi w potrzebie wiary, priorytetów, drogowskazów, do jakich mógłby się odnosić w swoim codziennym funkcjonowaniu. Kiedy zaczęło przeszkadzać mu zwierzchnictwo surowych kapłanów i ich surowego Boga, teologiczne nakazy, nie tyle wyzwolił się spod tego wpływu, co zaczął podlegać kolejnym: polityka właśnie, filozofia, ideologia, wreszcie kultura, wszystkie te systemy zastępowały religię czy inaczej stanowiły nową odmianę religii. To, co najbardziej przerażające w upadku Boga, to uzależnienie od Stwórcy samego człowieka, bez względu na to, czy chodzi o człowieka w ogóle, czy o człowieka w jego słabej, tchórzliwej formie (Nietzsche), myśl o tym stawała się paraliżująca i opóźniała proces oddzielenia człowieka od Boga. Religia jako instytucja zawiodła, przestała być godna zaufania, kultura zaś nie jest w pełni gotowa do przejęcia roli religii, jak ma bowiem w jakikolwiek sposób jednoczyć społeczeństwo, będąc tworem tak niejednorodnym. Zdaje się jednak, że jest ostatnią przestrzenią chroniącą przed całkowitą anarchią. Ten wniosek stanowi zdecydowanie radykalny punkt rozmyślań autora, ale za wszystkim tym kryje się (jak pisze Eagleton, analizując pisma Arnolda) bardzo prosty wniosek – „Kultura pozostaje więc w służbie religii, a ta w służbie polityki” (s. 136). Układy społeczne aż do czasów modernizmu, a może i po dzień dzisiejszy, pozostają więc takie same, nieco inaczej jedynie rozłożone są akcenty.

Przedstawiając kolejne warstwy społecznego funkcjonowania, autor eseju próbuje przede wszystkim pokazać czytelnikowi, że na ateizm, na wyzbycie się Boga gotowy jest dopiero postmodernizm, a to zaś związane jest ze stanem, w którym człowiek nie odczuwa żalu na myśl o tym, że wraz z religijnością utraci własną tożsamość, samodzielnie bowiem odkreśla swą podmiotowość, właśnie poprzez rezygnację z potrzeby tego dookreślenia: „Ponieważ człowiek nie jest już widziany głównie jako aktor czy stwórca, nie grozi mu pomylenie go z Bytem Najwyższym. Dojrzał na koniec, ale dopiero za cenę rezygnacji ze swojej tożsamości. Nie można uznać, że się samookreśla, a to właśnie oznacza wolność dla Kanta, Hegla i im podobnych” (s. 187).

To bardzo przemyślany wniosek, wysnuty z wielu lektur, rozważań i obserwacji, jednocześnie wyzwalający i zasmucający, jak cała właściwie ponowoczesność, wolna od więzów tradycji, ale też niewsparta na żadnych twardych podstawach, których w pewnych tylko przebłyskach wyraźnie jej brakuje (choć oczywiście potrzeba ta nie dotyczy wszystkich na nią skazanych). Wśród owych koniecznych do przetrwania społeczeństwa i jednostki stałych elementów długo kryła się także potrzeba wiary, oparcia i bezpieczeństwa, jakie daje system religijny.

Chaos i kryzys?

Główne pytanie, jakie zadać może sobie czytelnik po lekturze eseju „Kultura a śmierć Boga”, dotyczy kondycji postmodernistycznej, później ponowoczesnej kultury. Sfery pozostawionej w pewnym sensie w zawieszeniu – zrzucono na nią ogromną odpowiedzialność zastąpienia ładu i systemu, bez zamieniana jej w system. Kultura ma jednoczyć, ale pozostawać niedookreślona i wolna, a przede wszystkim nie ograniczać wolności jednostki, nie nakazywać człowiekowi wpisywania się w ramy i formy. Człowiek ma pozostać zwolniony z obowiązku dookreślania swojej tożsamości, bez względu na to, jak bardzo czuje się zagubiony, ponieważ według autora omawianej książki człowiek musi zrozumieć, że ta potrzeba jest swego rodzaju reliktem przeszłości, wygodnym, ale też umniejszającym znaczenie jednostki, przyzwyczajeniem.

Ateizm nie jest więc dominującym tematem rozważań, jednocześnie zaś wszystkie poruszane wątki zdają sie być wokół niego skupione. Co najciekawsze, trudno właściwie byłoby wskazać jego czystą formę, to postawa, do której cały czas społeczeństwo europejskie zdaje się dążyć (w Stanach Zjednoczonych sytuacja światopoglądowa prezentuje się inaczej). Ostentacyjne zastępowanie Boga – Wielkiego Nieobecnego, przerabianie kościołów na kluby, deklaracje ateizmu, pozbawione odpowiedniego rozumienia tego terminu, odrzucanie (nie bez powodu oczywiście) niemal wszystkich kolejnych systemów, upłynnienie granic redefiniowanie moralności – wszystko to, pod kątem neoliberalizmu i swobody, ma wiele dobrych stron, ale przyszło nam zapłacić za to cenę, na którą zdecydowanie nie byliśmy przygotowani. Ostatecznie Terry Eagleton wskazuje, że społeczeństwo nie potrafi już wierzyć w Boga, ale też nie jest w stanie do końca z niego zrezygnować.

Nie sposób oprzeć się więc wrażeniu, że każde niemal słowo eseju Eagletona, ale też cały prezentowany w jego książkach system, podszyty jest ową ironią: człowiek ponowoczesny znalazł się w potrzasku zwanym wolnością – choć może wrażenie to wywołuje jedynie radykalność opisu, tego bowiem, jak i sarkastycznych uwag o stanie społeczeństwa w pisarstwie Brytyjczyka nie brakuje. Wynika to prawdopodobnie z nieco chaotycznego sposobu pisania, ogromnej wiedzy i erudycji autora – wielość odniesień i przemieszanie ideologii sprawiają, że niewprawiony czytelnik zagubi się w gąszczu informacji, a u tradycjonalisty, przyzwyczajonego do pewnego schematycznego myślenia o społeczeństwie, religii i ateizmie, ładzie i anarchii, „Kultura a śmierć Boga” wywoła sprzeciw i oburzenie. Książka Eagletona wymaga rozważnego czytelnika, znającego język filozofa i zdystansowanego wobec własnych słabości oraz wobec szeroko pojętej tradycji. Esej ten pokazuje znany świat od zupełnie innej strony, unaoczniając, w jak liczne sprzeczności uwikłany jest człowiek późnej nowoczesności, jak wiele jeszcze pytań pozostawił bez odpowiedzi. Choć nie zostało to wyrażone przez autora wprost, na marginesie lektury pojawia się jeszcze jeden wniosek: wyraźnie widać, że jednostka czy społeczeństwo wyszukuje winnych stanu, w którym się znajduje. Zwykle tych samych, bez względu na to, jaki to aktualnie stan.
Terry Eagleton: „Kultura a śmierć Boga”. Przeł. Bogdan Baran. Wydawnictwo Aletheia. Warszawa 2014.