Wydanie bieżące

15 października 20 (260) / 2014

Agnieszka Wójtowicz-Zając,

MISTYKA MACIERZYŃSTWA (SYLWIA SZWED: 'MUNDRA')

A A A
„Mundra” Sylwii Szwed to zbiór dziesięciu rozmów z położnymi. Rozmówczynie to kobiety w różnym wieku – najmłodsza ma 26 lat, najstarsza przyjmowała porody w trakcie II wojny światowej. Dzieli je wiele – to, czego się nauczyły w szkołach bądź na studiach, miejsce pracy, od Polski przez Skandynawię do Tanzanii, podejście do rodzącej, wykonywanego zawodu, wreszcie swoista „filozofia porodu”. Bo choć każda z położnych uważa, że „poród to naturalna sprawa”, inaczej definiują ową „naturalność”, a co za tym idzie – inaczej widzą swoją rolę i rolę rodzącej.

Reporterka oddaje głos położnym – kobietom traktowanym (przynajmniej w Polsce) jako personel pomocniczy, podgrupa pielęgniarek, których warunki pracy i płaca się opłakane, które nie cieszą się społecznym prestiżem, ponieważ z „mundrych” zostały zepchnięte do roli pomocniczek. Często występują też jako czarne charaktery w opowieściach z porodówek – stosujące przemoc, słowną i fizyczną, wobec rodzących, nieczułe, siejące postrach. Poprzez świetnie przeprowadzone wywiady Sylwia Szwed chce pokazać czytelnikom, jakie położne są, co nimi kieruje, dlaczego wybrały ten zawód. Próbuje stworzyć przestrzeń do dialogu między kobietami, położnymi i położnicami, zbudować podwaliny pod wspólne kobiece doświadczenie. Nie bez powodu we wstępie Szwed odwołuje się do tradycyjnych porodów w wiejskich chatach, gdzie babka, mundra, towarzyszyła rodzącej i pomagała jej głównie rytuałami, opierając się na intuicji i doświadczeniu zamiast podręcznikowej wiedzy, a bycie z rodzącą nazywało się „babieniem”.

Czy jednak taki powrót jest możliwy? Co znaczy „rodzić po ludzku” i „rodzić naturalnie”? Tutaj odwołam się do opinii wygłoszonej przez prof. Krystynę Kłosińską w trakcie seminarium poświęconego doświadczeniu porodu w literaturze (gdyż, na chwilę obecną, jest to jedyne dostępne dla mnie doświadczenie porodu): „Rodzić naturalnie, rodzić naturalnie – tyle że MY już nie jesteśmy naturalne. Żyjemy w celofanie, jemy celofan i rodzimy celofanowe dzieci. Z celofanu”. Czym więc miałby być dla nas „poród naturalny”? I czy możliwe (i pożądane) jest „wypuszczanie samicy” (tytuł wywiadu z położną Marią Romanowską), czyli docieranie do pierwotnej, zwierzęcej siły w kobiecie? „Mundra”, a przede wszystkim rozmówczynie, nie dają na to pytanie jednoznacznej odpowiedzi właśnie dzięki temu, że bohaterki książki różnią się między sobą.

Przeprowadzone przez Sylwię Szwed rozmowy wskazują na bardzo istotną sprawę – historia położnictwa opiera się na ruchu wahadła, które wychyla się to w jedną, to w drugą stronę. Jedna strona to poród „tradycyjny”, w izbie, w towarzystwie babki, tytułowej mundrej, której rola jest bardziej rytualna niż medyczna. Druga strona to medykalizacja ciąży i porodu, przeniesienie narodzin z domu do porodówki, niemalże jak w skeczu Monty Pythona, gdzie rodząca ma nic nie robić, gdyż jest niewykwalifikowana, za to na sali jest wiele sprzętu, w tym tajemnicza maszyna, która wydaje dźwięk „ping”. Obecnie, po sukcesach akcji „Rodzić po ludzku”, wydaje się, że wahadło wychyla się w stronę mundrych, sił natury i piękna porodów domowych. Dlaczego jednak ciągle mówi się o porodach, rodzeniu, naturze i medycynie, a tak mało wspomina się o samych rodzących? Obecnie rodząca może wybierać spośród imponującego wachlarza możliwości – od cesarskiego cięcia przez poród ze znieczuleniem, bez znieczulenia, na leżąco, stojąco, w kucki, w wodzie, we własnym domu, w towarzystwie bliskich, z samą położną, wedle uznania. Czy na pewno?

Walka o podmiotowość i szacunek dla rodzącej nie zakończyła się w momencie, kiedy kobiety coraz rzadziej są przymuszane do rodzenia w pozycji leżącej, a swoje nowo narodzone dzieci mogą mieć przy sobie zaraz po porodzie, a nie oglądać co przepisowe trzy godziny w porze karmienia. W obliczu tak wielu opcji rodzenia kobieta jest, jak w brytyjskim skeczu, rzeczywiście niewykwalifikowana. A specjaliści nie kwapią się do udzielania pełnych informacji o wszystkich możliwościach, forsując tę, w której słuszność i w imię dobra rodzącej święcie wierzą. Tylko jedna z rozmówczyń, Katarzyna Oleś, orędowniczka porodów naturalnych, podchodzi do kobiet uczciwie: „Myślę, że takie sytuacje spowodowane są tym, że w Polsce brakuje wsparcia dla kobiet, które by potrzebowały po prostu przegadania problemu (…). Trzeba po prostu powiedzieć: »Kobieto, badania mówią to i to, takie jest ryzyko, tak może się to zakończyć. Masz te dane, siądź i wybierz«. Zaakceptowałabym prawo do cesarskiego cięcia na życzenie, gdyby kobiety dostawały obiektywną wiedzę i wsparcie” (s. 79). I tu właśnie jest problem – kobiety nie otrzymują „obiektywnej wiedzy i wsparcia”, tylko rozmaite wizje porodu, przekazywane im w najlepszej wierze przez położne, lekarzy, inne kobiety. Rodzące są wobec całego tego systemu wiedzy bezbronne, fachowiec – położna bądź lekarz – wie lepiej i to niezależnie od tego, czy forsuje pozycję leżącą z nacięciem krocza, czy poród naturalny. A na dodatek matki muszą zmierzyć się z „konkursem macierzyńskim”. Konkurs macierzyński polega na ciągłej gonitwie o tytuł najlepszej matki, gdzie poród i jego przebieg mają niebagatelne znaczenie.

Zbiór wywiadów dobitnie pokazuje, że rodzenie nie jest sprawą rodzącej, a ciało kobiety nie do końca należy do niej. Poród jest uwikłany w sieć społecznych oczekiwań i norm, wpisuje kobiece ciało w sieć zależności, a tylko niewiele z nich jest związanych z biologią. Opisywane przez położne pacjentki są zależne od swoich partnerów (którzy w kwestii porodu mają czasem więcej do powiedzenia niż ciężarne), lekarzy, położnych, rynku pracy (aby jak najszybciej mogły być na powrót dyspozycyjne), wreszcie kryją się gdzieś za pojęciami „dzietności”, „rozrodczości” i „reprodukcji” – o kontekście religijnym nie wspominając. Nie pomaga im też specyficzny współczesny kult ciała – nie ciała jako takiego, ale ciała idealnego w charakterze obiektu seksualnego. I wahadło wychyla się w drugą stronę – „mistyki macierzyństwa”, kultu narodzin i kobiet jako bogiń płodności w typie neolitycznym. A gdzie w tym wszystkim kobieta jako podmiot?

Sylwia Szwed doskonale przeprowadza wywiady. Pozwala swoim rozmówczyniom mówić o tym, co dla nich istotne, umiejętnie kieruje rozmową, wydobywa ciekawe wątki, do położnych podchodzi empatycznie – pyta je również o ich własne porody, o trudne doświadczenia, niebezpieczeństwo, traumy. Pozwala im otwarcie mówić o porażkach, zniechęceniu, nie unika trudnych tematów, takich jak wypalenie zawodowe czy położne, które nie nadają się do tej pracy. Nie ocenia swoich rozmówczyń, nie próbuje ich rozliczać z podejmowanych decyzji. Jednocześnie zadawane pytania nie są zestandaryzowane – z każdą położną reporterka rozmawia indywidualnie, nie zadaje tych samych pytań, dostosowuje się do rozmówczyni.

„Mundra” Sylwii Szwed to ciekawa propozycja i na pewno istotny głos (a raczej istotne głosy) w dyskusji o macierzyństwie, porodach i rodzeniu w Polsce. Oddając głos niemym dotąd położnym, Sylwia Szwed prowokuje do rozmowy, przyjrzenia się jeszcze raz normom i oczekiwaniom wobec matek, a także pozycji kobiet – tych na słabo opłacanych stanowiskach położnych i tych, które są pod ich opieką. To nie tyle książka o położnych, co o kobietach i kobiecym doświadczeniu oraz jego rozmaitych uwarunkowaniach i ograniczeniach. Cenne jest to, że oddano głos zainteresowanym, zamiast mówić w ich imieniu. Brakuje tylko głosu z drugiej strony – ze strony matek.
Sylwia Szwed: „Mundra”. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2014 [seria: Bez Fikcji O...].