ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 października 20 (260) / 2014

Agnieszka Nęcka, Mariusz Sieniewicz,

CIERPIENIE MA WIELKĄ PRZYSZŁOŚĆ

A A A

Agnieszka Nęcka: Wielu w „Walizkach hipochondryka” będzie chciało widzieć Twoją zakamuflowaną spowiedź. Wszak obdarowałeś Emila Śledziennika, głównego bohatera tej prozy, epizodami z własnej biografii. Ale, co ważne, w przypadku Twojej najnowszej książki mamy jednak do czynienia z umiejętnym balansowaniem na granicy autobiografizmu i zniekształcenia. Funkcjonujesz na rynku literackim, licząc od Twojego książkowego debiutu („Prababka” z 1999 roku), już piętnaście lat. Sporo przez ten czas się wydarzyło. Czy w związku z tym uznałeś, że najwyższa pora na swoisty bilans zysków i strat, także tych dotyczących poglądów na literaturę?


Mariusz Sieniewicz: Nie, raczej nie. Ten bilans zysków i strat nie jest świadomie obmyślonym gestem literackim. On przyszedł od strony realnego życia, konkretnej sytuacji, w jakiej znalazłem się bardziej jako człowiek niż pisarz, który chce coś podsumować. Nasiliło się kilka objawów chorobowych, kilka dolegliwości osiągnęło swą kulminację i wylądowałem w szpitalu. Przestraszony, ogłuszony agonalnymi wizjami, pełen szpitalnych lęków i fobii, uprzedmiotowiony, mało znaczący. Dotychczas należałem do tych, co to niby zdrowi jak byk i nigdy szpitala nie widzieli, a tu taka Golgota. Rachunek „literackich krzywd” pojawił się później. U mnie te sprawy rozstrzygają się w momencie pisania, są domeną odruchu. Mówiąc wprost: Emil Śledziennik został „mianowany pisarzem” w okolicach trzydziestej, czterdziestej strony maszynopisu. Wcześniej jego tożsamość, a już na pewno tożsamość jako porte parole mojej osoby była nieustalona, nieostra. Ale nawet później, przez strony pięćdziesiątą, setną, aż do końca, kopałem się ze swoim autobiografizmem, wciąż kusiło mnie, żeby go właśnie zniekształcać, zamazywać trop, konfabulować. Autobiografizm w dzisiejszej bibliotece znaków, cytatów, jest niemożliwy, staje się czymś w rodzaju jeszcze jednego liftingu własnego życia. Przynajmniej dla mnie.

A.N.: Zgadzam się z Tobą. Poza tym dzięki takiemu rozmyciu autobiografizmu udało Ci się przekuć własne doświadczenie na doznanie powszechne. Co ważne, podobnie jak w poprzednich książkach, tak i tu lawirujesz między realizmem a wizyjnością, między prozą ideową a brakiem zacięcia publicystycznego. W efekcie powstał swoisty raport dotyczący polskiej rzeczywistości, także tej medycznej. Choć, oczywiście, należy pamiętać, że w przypadku opowieści Śledziennika mamy do czynienia nie tyle z odmalowaniem realiów przebywających w szpitalu chorych, ile z wizjami wywoływanymi cierpieniem, strachem przed operacją czy środkami przeciwbólowymi. Tym samym potwierdzasz opinię, według której jesteś „pisarzem zaangażowanym”. Z jednej zatem strony, jak się domyślam, autoterapia, próba akceptacji swojego uprzedmiotowienia i podatności na wywołane chorobą lęki, z drugiej gorzka diagnoza naszej współczesności?


M.S.: Cierpienie ma wielką przyszłość, strach jeszcze większą. I myślę, że to będzie narastać, tworząc nowy fundament naszej kultury, ponieważ zniknął horyzont metafizyczny przemijania... Uff, ale zabrzmiałem bombastycznie... Zgadzam się z twoim rozpoznaniem: doświadczenie jednostkowe ma się uzupełniać szerszą diagnozą. I na odwrót: swoją jednostkową sytuacją Śledziennik tłumaczy dzisiejszą rzeczywistość. W końcu dożyliśmy czasów, gdy świat jest wyłącznie wypadkową mniej lub bardziej kapryśnych ekspresji „ja” i nie ma – jak pisze Thurow – żadnej wielkiej idei, dla której bylibyśmy skłonni do zbiorowych poświęceń. Ale poruszyłaś jeszcze jedną, niezwykle intrygującą rzecz, o której marzę: gdyby tak było można wejść do głów pacjentów i spisać ich upiorne fabularne koszmary senne… Spisać i tworzyć księgę szpitalnych wizji, ketonalnych, morfinowych opowieści, antologię szpitalnej psychodelii. To byłoby cudownie nie do wytrzymania. I nie chodziłoby o epatowanie obrazami, o efekciarską frenezję. Chodziłoby o to, by przekroczyć we własnym doświadczeniu pisarskim sytuację graniczną, gdy ból i cierpienie tracą swą moc jako narzędzia artystyczne. Pisał o tym między innymi di Lampedusa. To tak jakbyśmy wyzbyli się siły przyciągania, jakby przestały obowiązywać prawa ciążenia – w tym wypadku: estetyki.

A.N.: To rzeczywiście pociągająca perspektywa... Wymowa tej powieści jest pesymistyczna. Ale recenzujący „Walizki...” na łamach „Gazety Wyborczej” Darek Nowacki wyraził nadzieję, że owo czarnowidztwo, postrzeganie „doświadczenia życiowego i artystycznego” w kategoriach pomyłki należy odczytywać raczej jako kokieterię. Drastycznie przykry rozrachunek da się także odczytywać jako jedno z oblicz hipochondrii? Nie miałeś nigdy pokusy, by mimo wszystko ulec iluzji dokonania liftingu własnego życia?

M.S.: Pesymizm jest cechą konstytutywną hipochondrii. Czasami wręcz przesuwa się on na pozycje frustracyjnych lamentów i oskarżeń. A pokusę liftingu własnego życia miałem na samym początku mojej literackiej drogi, przy debiutanckiej „Prababce”. Jednak w trakcie pisania zacząłem odczuwać głęboki, odstręczający fałsz tegoż liftingu, to było wstrętne i jakoś małe. Do dzisiaj wzdrygam się na książki, które z mitologizacji czynią iluzję, jeszcze jedną zasłonę życia. Dlatego później, od „Czwartego nieba” poszedłem w kierunku dewastacji wszystkiego, co można nazwać szlachetnym i ocalającym, ale jednak retuszem rzeczywistości. Bardzo bym chciał, żeby rację miał Darek Nowacki. Jednak kokietowanie jest kaprysem silnych narracji, to gest, na jaki mogą pozwolić sobie dominujące d