Wydanie bieżące

15 października 20 (260) / 2014

Andrzej Ciszewski,

ZAMASKOWANA IDEA (V JAK VENDETTA)

A A A
Wyobraźmy sobie alternatywną wizję Wielkiej Brytanii. Globalna wojna nuklearna, anomalie pogodowe, zamieszki, powszechna destabilizacja prowadząca do aktów niekontrolowanej przemocy – wszystkie te czynniki powodują, że tylko zdecydowane działanie może ocalić dawne imperium trawione płomieniem anarchii. Do władzy dochodzą zatem zjednoczone środowiska faszystowskie oraz ugrupowania z kręgu skrajnej prawicy, które dzięki wsparciu wciąż istniejących korporacji wprowadzają porządek (nie tylko) na ulicach Londynu. Mundurowe służby „Nordyckiego ognia” po uporaniu się z bieżącymi problemami koncentrują się na oczyszczaniu Albionu z wszelkich elementów (mniejszości etnicznych, religijnych, seksualnych czy politycznych oponentów) niepasujących do wizji nowego wspaniałego świata. Miejscem owej czystki staje się obóz przesiedleńczy Larkhill – przedsionek piekła na ziemi, w którym więźniowie poddawani są nieludzkim eksperymentom.

System, mogący liczyć na poparcie mocno zdeprawowanego kleru, jest, rzecz jasna, prężnie działającym reżymem totalitarnym – na czele z wszechwiedzącym Wielkim Bratem – funkcjonującym na zasadzie żywego organizmu. Resort Oka zajmuje się permanentną inwigilacją obywateli, Uszy wnikliwie „wsłuchują się” w społeczne nastroje, Nos wywęszy każdego wichrzyciela, Palce bezbłędnie dokręcą śrubę, zaś Usta, za pomocą dobiegającego z megafonów oraz radioodbiorników charyzmatycznego głosu Fatum, tłoczą do głów Brytyjczyków propagandowe frazesy.

Racjonowanie towarów spożywczych, strefy kwarantanny, policyjne obławy rozbijające siatki terrorystyczne – wbrew pozorom, naprawdę źle się dzieje w państwie angielskim. Przekonuje się o tym również pracująca w fabryce broni Evey Hammond, którą głodowe zarobki motywują do próby sprzedania jej szesnastoletniego ciała przypadkowemu mężczyźnie szukającemu uciechy w okolicach Westminster. Pech sprawia, że wieczorny wypad 5 listopada 1997 roku (w rocznicę słynnego spisku prochowego – nieudanego zamachu na życie króla Jakuba I) o mały włos nie kończy się dla bohaterki tragicznie, wszak adresatem jej nieporadnych awansów zostaje tajniak z obyczajówki, który wraz z kolegami zamierza przykładnie ukarać dziewczynę, bynajmniej nie za pomocą mandatu. I wtedy pojawia się On – tajemniczy osobnik w kapeluszu i pelerynie skrywającej zestaw sztyletów oraz różnych innych bojowych gadżetów. Przybierający uśmiechniętą podobiznę Guya Fawkesa (unieśmiertelnionego przez historię współorganizatora niedoszłego skrytobójstwa) złoczyńca bezwzględnie rozprawia się z funkcjonariuszami, obficie cytując przy tym fragmenty szekspirowskiego „Makbeta”. Roztrzęsiona Evey szybko przekonuje się, że to zaledwie początek atrakcji czekających na nią (nie tylko) tej nocy – potężna eksplozja obracająca w niwecz budynki parlamentu jest jedynie uwerturą do nihilistycznego opus magnum przygotowanego przez enigmatycznego buntownika pozostawiającego za sobą symbol V.

Powstająca w latach 1981-1988 „V jak Vendetta” była, obok słynnego „Marvelmana”, jedną z pierwszych znaczących serii, które Alan Moore stworzył na początku swojej spektakularnej kariery, nawet jeśli – patrząc z perspektywy czasu – legendarny scenarzysta nie wypowiada się zbyt pochlebnie o wczesnych odcinkach cyklu (początkowo drukowanego na łamach brytyjskiego magazynu „Warrior”) i piętnuje ich fabularną naiwność oraz dramaturgiczną niezdarność. Co ciekawe, mimo takiej samokrytyki, autor nie zdecydował się na wprowadzenie poprawek do klasycznej dziś historii (ukazującej się pod szyldem DC w formacie zeszytowym, potem zaś jako powieść graficzna). I słusznie, bo lektura tego komiksu – którego wszystkie rozdziały rozpoczynają się od litery V – wciąż dostarcza niezapomnianych wrażeń. Współtwórca „Strażników” wzorcowo buduje dramaturgię opowieści, pomysłowo rozpisując sceny akcji, pełniące podrzędną funkcję względem błyskotliwych dialogów oraz odwołującego się do emocji czytelnika montażu kadrów (z których wiele świetnie sobie radzi bez słownego komentarza).

Przy okazji Moore udowodnił, że pogłoski o jego erudycji nigdy nie były przesadzone. Aluzje do „Nowego wspaniałego świata” Aldousa Huxleya, „Roku 1984” George’a Orwella, „451 stopni Fahrenheita” Raya Bradbury’ego czy „Chłopców z Brazylii” Iry Levina idą tutaj w parze z recytacją fragmentów „Pieśni” Katullusa, „Henryka VIII” Szekspira, poematu „Jeruzalem” Williama Blake’a czy tekstu piosenki „Sympathy for the Devil” z repertuaru The Rolling Stones. Nieco starszy czytelnik, szczególnie ten obeznany z hitami brytyjskiej telewizji, odnajdzie również nawiązania do kultowego serialu „The Prisoner”, opery mydlanej „EastEnders” czy kinowych dreszczowców pokroju „Odrażający doktor Phibes” Roberta Fuesta oraz „Krwawy teatr” Douglasa Hickoksa z urokliwymi kreacjami Vincenta Price’a. Co najważniejsze, takie zestawienie tworzy prawdziwą mieszankę wybuchową, szczęśliwie daleką od patosu czy pretensjonalności.

Alan Moore, dla którego stan (artystycznej) anarchii nie jest tylko pustym frazesem, przekonująco ukazuje jakość egzystencji w autorytarnym państwie policyjnym, swoją siłę upatrującym w konsolidacji mas, gdzie nie ma miejsca na wolność, swobodę, ba, podmiotowość jednostki. Rozpisując narrację na wielu bohaterów (znajdujących się po przeciwnych stronach barykady lub – w skrajnych przypadkach – siedzących na niej okrakiem), scenarzysta „Ligii Niezwykłych Dżentelmenów” pozwala każdemu z nich na przedstawienie swoich racji, analizując przy okazji zasady działania mechanizmów władzy i medialnej propagandy, ostrożnie snując prognozy co do społeczno-politycznych zjawisk mogących realnie zaistnieć w Wielkiej Brytanii doby lat 80. ubiegłego wieku.

Punktem styczności losów poszczególnych postaci staje się zamaskowany V – unikalne połączenie Upiora z Opery, Robin Hooda oraz okrutnego Pana Puncha z uświęconego wiekową tradycją spektaklu lalkowego. Jego tajna kryjówka (zwana Galerią Cieni) jest ostatnim bastionem minionego świata, miejscem, w którym biblioteczka pełna książek, sala projekcyjna czy szafa grająca współtworzą mikrokosmos kultury ocalonej przed zapomnieniem. Przyjmując pod swój dach Evey, V staje się jej mentorem, duchowym przewodnikiem, oprawcą i zbawicielem, w końcu – zwierciadłem, w którym bohaterka dostrzega prawdę, także o sobie samej. W ujęciu Moore’a ambiwalentny mściciel jawi się także jako balansujący na granicy poczytalności trickster zarzucający „rozwiązłość” Temidzie, oświecony mistrz ceremonii cierpliwie układający kolejne kostki domina, burzyciel przygotowujący grunt dla nowego porządku oraz krwawiące, choć pozbawione (jednego) oblicza ucieleśnienie rewolucyjnej idei.

Sukces komiksu nie byłby pełny bez utrzymanych w przygaszonej tonacji prac Davida Lloyda. Akcentowana rola detalu (podobnie jak w innych pracach Moore’a, warto uważnie studiować przestrzeń kadrów w poszukiwaniu różnych „smaczków”) oraz rewelacyjne stylizacje (prolog do drugiej części albumu zatytułowany „Ten okrutny kabaret” narysowany jest w postaci partytury) to przykładowe elementy stanowiące o wysokim poziomie estetycznym tego komiksowego wodewilu. Ukazujące się nakładem wydawnictwa Egmont Polska jednotomowe wznowienie „V jak Vendetta” zasługuje na uwagę nie tylko za sprawą solidnego poziomu edytorskiego, ale także z uwagi na obecność fantastycznych bonusów. Wszak obok galerii niepublikowanych prac Lloyda w albumie znajdziemy datowany na rok 1983 artykuł, w którym Moore zwięźle, lecz treściwie opowiada o genezie serii, oraz dwa krótkie komiksy (wydrukowane onegdaj we wspominanym już magazynie „Warrior”), w zamyśle mające stanowić interludia do głównych opowieści. Mówiąc krótko: klasyk pełną gębą – nieważne, że zamaskowaną.
Alan Moore, David Lloyd: „V jak Vendetta” („V For Vendetta”). Tłumaczenie: Jacek Drewnowski. Wydawnictwo Egmont Polska. Warszawa 2014.