Wydanie bieżące

15 października 20 (260) / 2014

Angelika Łuszcz,

CHORY Z UROJENIA (MARIUSZ SIENIEWICZ: 'WALIZKI HIPOCHONDRYKA')

A A A

  1. W eseju „O chorowaniu” Virginia Woolf notowała: „Kiedy się weźmie pod uwagę, jak powszechnym stanem jest choroba, jak potężne zmiany duchowe niesie z sobą, jak zdumiewające, wraz z przyćmieniem świateł zdrowia, otwierają się przed nami krainy, dotąd nieodkryte […] kiedy się to wszystko weźmie pod uwagę, naprawę dziwi, że choroba nie zajęła wraz z miłością, orężem i zazdrością miejsca pośród głównych tematów literatury”. Te inicjujące esej zdania, spisane w 1935 roku przez doświadczoną chorobą autorkę, z powodzeniem może odeprzeć Mariusz Sieniewicz: w swojej najnowszej powieści „Walizki hipochondryka” pisarz sumiennie wypełnia przykazanie Woolf, czyniąc bohaterem powieści osobę, której zdrowotne dolegliwości towarzyszą nieprzerwanie od lat dziecięcych: „Niedomagałem, odkąd sięgam pamięcią, i odkąd pamiętam, zawsze towarzyszyła mi niewzruszona pewność, że tylko choroby trzymają mnie przy życiu. A to grypa, a to niedobór wapnia, ospa, różyczka, angina. Nadwzroczność, skolioza, mrowienie w palcach, pulsujący ból w skroniach. Przepuklina okołopępkowa, kacze objawy płaskostopia, cholersterol, nerwica, problemy z nerkami [...]”.

  2. Emil Śledziennik, etatowy hipochondryk, u którego lekarze diagnozują kamicę pęcherzyka żółciowego, przekroczywszy czterdziesty rok życia, trafia do szpitala. Oczekiwanie na zabieg kolonoskopii, przebywanie na diecie obfitującej w wodę mineralną i glukozę, poranny obchód lekarskiego orszaku, zapowiadany stukającymi chodakami, pielęgniarki uzupełniające karty pacjentów, rozgrzeszający i przychodzący z ostatnim namaszczeniem ksiądz – to codziennie ta sama, powtarzająca się historia, ponura rzeczywistość, którą Śledziennik próbuje urozmaicić wędrówkami po śmierdzących szpitalnych korytarzach, nad którymi unosi się woń kartoflanki i „zleżały” pot. Wtapiając się tłum pacjentów, czyni znak krzyża „w imię tramalu, i morfiny, i ketonalu świętego”, spisuje kronikę szpitalną, odpamiętuje czasy minionego arkadyjskiego dzieciństwa, dorastania wśród pól „obsianych koniczyną i owsem”. Wygrzebując z walizek swoją przeszłość („Warto mieć jak najwięcej bagaży, nawet pozornie nieistotne wspomnienie może się przydać, bo nie wiadomo, ile potrwa podróż”), wspomina schyłkowe lata PRL-u, szkicuje obraz polskiego społeczeństwa, rozprawiając przy tym o sprawach najbardziej frapujących: bierze na warsztat fanatyzm religijny (wyznania Hakawatiego, przerywane kolejną zdrowaśką i opowieściami związanymi z katastrofą smoleńską), ekspansywny i homofobiczny „patriotyzm”, handlarzy prochami (Henryk Buczek, oddziałowy „Ampuła” sprzedający lekarstwa bez recepty), portale społecznościowe („Z rozkoszą animowego podglądacza wpatrywałem się w najbzdurniejsze informacje, zamieszczone na tzw. »ścianach« przez wirtualnych znajomych”). Sieniewicz robi to w sposób dobrze znany, jak zwykle mistrzowski; strumień narracji, jej płynność, nie pozwalają czytelnikowi oderwać się od lektury.

  3. Emila Śledziennika – w sensie ścisłym – podtrzymuje przy życiu ukochana kobieta, dla której „wyrzekłby się najmniejszej nawet choroby”. W przesadnie upoetyzowanych, wręcz kiczowych wyznaniach kierowanych do Galaktycznego Piecyka, przyjmujących formę miłosnego listu, bohater wyznaje: „Cudowna kapłanko, której uśmiech potrafi rozproszyć piekło mojej udręki”, albo: „Jaśniejąca lateranko, która rozpraszasz egipskie ciemności mojej hipochondrii”. Śledziennik to także sfrustrowany pisarz, w każdej chwili gotowy „pojechać na drugi koniec Polski za trzysta brutto i zwrot kosztów podróży”. Usłyszawszy diagnozę, ucina sobie krótką pogawędkę z Dyrektorem Oddziału Chirurgicznego, Piotrem Stratusem. Ten życzliwy lekarz za biurkiem z wypełnią po brzegi szklanką whisky i równie pełną niedopałków popielniczką, od dawna niegoszczący na szpitalnym pokładzie pisarza, sprawia wrażenie nad wyraz zadowolonego z obecności pacjenta, proponuje mu nawet tzw. jedynkę, by ten w zaciszu czterech ścian mógł tworzyć literaturę. Czy Emil Śledziennik jest porte-parole pisarza? Takie przypuszczenie wydaje się do pewnego stopnia słuszne, choć jak przyznawał autor „Rebelii” w rozmowie z Agatą Passent i Filipem Łobodzińskim, w przypadku literatury trudno o chirurgicznie precyzyjne cięcie, skutecznie oddzielające tkankę fikcji i biografii: „Dzisiejsza literatura ocieka tanim ekshibicjonizmem. Bohater mojej powieści staje się więc na pewnym etapie kreacją. Ale wydaje mi się, że te światy przenikają się tutaj i samemu trudno mi wskazać, gdzie kończy się autobiografizm, a gdzie zaczyna kreacja”.

  4. Czytelnicy twórczości Sieniewicza w najnowszej książce opublikowanej przez Wydawnictwo Znak znajdą z pewnością to wszystko, co dobrze pamiętają z jego poprzednich powieści. Będzie to zmetaforyzowany i gęsty, pełen intertekstualnych odniesień język, będzie to także bohater z właściwymi mu bolączkami współczesnego człowieka (vide: Emilia ze „Spowiedzi Śpiącej Królewny”). Autor dający o sobie znać literackiemu światu już od piętnastu lat, autor wielokrotnie nagradzany, również i tym razem potwierdza – zaproponowaną niegdyś przez Dariusza Nowackiego – tezę o pisarzu „wyzwolonej wyobraźni”. Bystry obserwator rzeczywistości, z właściwą sobie dawką groteski i humoru, rozprawia o ludzkich lękach i słabościach. To pisarz, którego trzeba komplementować.


Mariusz Sieniewicz: „Walizki hipochondryka”. Wydawnictwo Znak. Kraków 2014.