Wydanie bieżące

15 października 20 (260) / 2014

Katarzyna Szkaradnik,

'BY MIASTO NIE PRZESTAŁO ŻYĆ'? (MARCIN MASTALERZ: 'MIASTO 44')

A A A
W ciągu trzech tygodni od premiery o tym filmie powiedziano i napisano bodaj wszystko, co można, a nawet więcej. Liczba recenzji autorstwa zarówno filmoznawców, jak przygodnych widzów, czy wreszcie mniej lub bardziej domorosłych historyków, już od „inauguracyjnego” pokazu na Stadionie Narodowym rosła w postępie geometrycznym. Było to do przewidzenia: powstanie warszawskie należy do kanonu naszych narodowych traum, a jednocześnie kości niezgody – stąd też krytycy burzliwie roztrząsający wartości artystyczne „Miasta 44” często niepostrzeżenie przechodzą do nieśmiertelnych deliberacji nad sensownością samego zrywu. Chciałam manifestacyjnie okazać désintéressement i nie dołączać do tego chóru w żadnym rejestrze, ale – jakkolwiek górnolotnie to zabrzmi – życie napisało własny scenariusz. Ano, scenariusz…

Otrzymawszy w prezencie powieść „Miasto 44”, stworzoną na kanwie scenariusza filmowego przez Marcina Mastalerza, pomyślałam, że mniej fortunnym podarunkiem książkowym była w moim wypadku chyba jedynie saga „Zmierzch”. Zdecydowałam się wyekspediować nabytek w dalszą drogę, do przyjaciółki w stolicy – niechby ostatecznie trafił w ręce jakiegoś pasjonata varsavianów. Popełniłam jednak fatalny błąd: przewertowałam ów śliczny album i odtąd nie dał mi spokoju, coś we mnie protestowało przeciw tej odurzającej estetyzacji. Bo choć na produkcji Jana Komasy nie zostawiono suchej nitki za pokazywanie tylko chłopców i dziewcząt „jak malowanie” (brak defektów urody, zero zarostu po kilku dniach w warunkach gorszych niż polowe etc.), to przynajmniej apollińską aparycję bohaterów kontrapunktuje ona monstrualną grozą wojny (zdaniem wielu, osiągając ekstremum w przeciwnym kierunku).

Tymczasem książka przykuwa wzrok przeszło setką starannie obrobionych fotosów, spośród których najbardziej dotknęły mnie nie obrazy zrujnowanej Warszawy, nawet nie chłopczyk z raną postrzałową w czole, „co ma w nic utkwiony wzrok” (mówiąc frazą z Leśmiana), tylko poster na wyklejce. Powstańcza młodzież w malowniczo (!) podniszczonej fabryce, pogodna, rozluźniona, flirtująca przy patefonie; Beata na obcasach, „Biedronka” w wyzywającej mini. Naturalnie, tego ujęcia nie wyłowimy w kinie, powstało specjalnie na cele promocji. Czy zatem cała książka stanowi zaledwie element biznesu gadżetowego, produkt marketingowy wypuszczony na fali podniecenia filmem i tylko jego uzupełnienie? A może uzupełnienie – w sensie Derridiańskiego suplementu, koniecznego i niespodziewanego zarazem, przede wszystkim zaś kłopotliwego „nadmiaru”?

Żeby skoncentrować się na tych pytaniach, pominę zarys fabuły, wychodząc z założenia, że Czytelnik poznał ją w kontekście produkcji Komasy. Chociaż nie twierdzę, jakoby uprzednie obejrzenie „pierwowzoru” było niezbędne, to zwłaszcza na jego tle dla osoby nieoczekującej dużo po transpozycji scenariusza ani po (współ)autorze powieści – wiceszefie „Newsweeka”, wcześniej zatrudnionym w „Super Expressie” – „Miasto 44” okazać się może interesującym doświadczeniem lekturowym, które doprasza się analizy, i to w kilku planach. Po pierwsze: fabularno-narracyjnym. Bezsprzecznie Mastalerz stawia bohaterów na ziemi, tj. osadza ich powstańcze losy na gruncie przeszłości, w sieci uwikłań historycznych, rodzinnych, nawet klasowych, uwypukla też kontrast między przedwojennymi a wojennymi realiami stolicy. Częściej jednak aniżeli z narratorem wszechwiedzącym mamy tu do czynienia z narracją personalną, a owe przeskoki, wraz z konstruowaniem fabuły poprzez „ostry montaż” scen-slajdów, mogą dla jednych dowodzić niesprawnego pióra autora, dla drugich natomiast oznaczać pomysł na oddanie zarówno dynamiki zdarzeń oraz ich symultaniczności, jak i wspomnianej charakterystyki tła.

Wolno oskarżać „Miasto 44” (w obu wersjach) o trywialność fabuły, nieobecność wyraźnego bohatera i dobrej historii, nadającej całości porządek i sens, lecz może sęk w tym właśnie, że zdarzeniom nie sposób nadać ładu? Nie usprawiedliwiam niekonsekwencji (np. wydaje się, jakby Stefan poznał „Biedronkę” dopiero nad rzeką i pierwotnie niezbyt go pociągała, a z refleksji jego matki wnioskujemy, że zauroczyła go już w warsztacie), jednak da się dostrzec przemyślaną kompozycję, m.in. w paralelnych opisach emocji głównego bohatera związanych z pływaniem przed powstaniem i w trakcie półświadomej ewakuacji przez Wisłę czy w passusie z Baczyńskiego jako klamrze kompozycyjnej (przyjmuję, że Alicja mogła wówczas znać ten utwór). Przy wnikliwej lekturze umotywowana okazuje się nawet pamięć fotograficzna Stefana podczas ostatniej drogi do szpitala, zatem trudno wyrokować, by książka była robiona sobotnim sztychem na niedzielny targ. Chaos materiału ujęty został w rozdziały opatrzone datami oraz tytułami odpowiadającymi kolejnym miejscom akcji – od Woli przez Stare Miasto i Śródmieście po Czerniaków; luźność scen przewidziano zaś chyba jako element sylwiczności: w tekst wplecione są (zbyt?) liczne urywki piosenek, artykułów, komunikatów, a wręcz cały rozdzialik złożony z meldunków, depesz itp. z września 1944 r., pomnażający perspektywy oglądu ostatnich tygodni zrywu.

Z dokumentami wiąże się druga istotna kwestia, tj. drobiazgowość faktograficzna, uderzająca zwłaszcza w przypadku topografii stolicy. Zakładam, że z przesadną nieraz szczegółowością onomastyczną (dowiadujemy się, gdzie Stefan zdobywał baterie, a nawet poznajemy trasy tramwajów, do których bohater nie [!] wsiada) idzie w parze rzetelność, bo kto odważyłby się narazić warszawiakom? Amator tego typu wiadomości będzie usatysfakcjonowany, książka stanowi bowiem rodzaj bedekera po wojennej i przedwojennej stolicy, aczkolwiek niektóre miejsca wydają się za szeroko opisane, podczas gdy inne zawieszone w próżni, jakby autor odwoływał się implicite do obrazu zobaczonego w kinie. Dążenie do wszechstronnego ujęcia tematu ujawnia się w sygnalizowaniu najróżniejszych problemów: za okupacji – tajniaków, folksdojczów, racji żywnościowych, nastrojów; w trakcie powstania – motywu wdzięcznego Niemca, Żydów, berlingowców, sytuacji w różnych dzielnicach, choć rzecz jasna nie pociąga to za sobą wnikliwości. Niekiedy narrator wprost wciela się w historyka, który wyjaśnia m.in. fakty i mity dotyczące exodusu kanałami, to znów popisuje się znajomością kultury i dzieł międzywojnia, lecz tylko niektóre zostały zgrabnie wprowadzone (np.: „dentysta pochylony nad Stefanem niczym Nosferatu nad swą ofiarą” [s. 18-19]). Najczęściej fakty i nazwy otrzymujemy w postaci nachalnie wtłoczonych w fabułę, niemal maniakalnych enumeracji, trafiają się również przydługie i nic niewnoszące opisy (np. meczu piłkarskiego z 1939 r.), które niezainteresowani opuszczą bez żadnej straty.

W tym momencie nasuwa się trzeci plan do rozważenia, mianowicie język. Momentami bywa on toporny, jednak szybko odzyskuje potoczystość, której służy też częste użycie praesens historicum. Pomijając wyliczenia, opisom trudno odmówić plastyczności, a to m.in. dzięki porównaniom, wyświechtanym, ale nieraz całkiem comme il faut, np.: „Przez chwilę mocniej przyciska mokry gałganek do skóry, walcząc z jakąś upartą grudką zaschniętego szlamu, która wrosła w policzek jak rdza w blaszaną rynnę” (s. 216-217). Dyskusyjna jest zawsze granica dobrego smaku w opisie drastyczności, niemniej wydaje się, że Mastalerz – jak na niezawodowego pisarza – zachował względnie poprawne proporcje między oddaniem warszawskiej hekatomby naturalistycznie a groteskowym przeładowaniem okropieństwami. Dialogi brzmią chwilami sztucznie, ale błyśnie też w nich humor i nie są, jak w filmie, sprowadzone do funkcji informacyjnej, gdyż to zadanie przejmuje narrator, choć z gorliwości niejednokrotnie posuwa się w dopowiedzeniach o jeden krok za daleko. Może taka cena dziennikarskiego rzemiosła autora, skutkującego ponadto wtrętami stylu publicystycznego oraz kolokwializmami czy porównaniami nieco zbyt współczesnymi („przetrząsali stosy zdobycznych skarbów jak nerwowi klienci w dzień wyprzedaży” [s. 141], parokrotne „powtarzał(a) jak mantrę”). Generalnie jednak takie zgrzyty są nieliczne i nie rażą potwornie, aczkolwiek ktoś mógłby posądzić mnie o stan językowej anestezji, skoro nawet na przekleństwa patrzę przez palce – na mój gust ich frekwencja jest adekwatna do okoliczności i potrzeby odzwierciedlenia emocji postaci.

Skoro o postaciach mowa, im także w końcu warto się przyjrzeć. In plus trzeba Mastalerzowi poczytać, że dzięki charakterystyce pośredniej (np. wspomnieniu anegdotycznej przygody „Beksy” z początku wojny) otrzymujemy pogłębioną w stosunku do filmu motywację działań bohaterów. Mniej nieoczekiwane staje się dołączenie do konspiracji Stefana, który wszak z początku pragnie nade wszystko spokoju dla siebie i rodziny. Retrospekcje tłumaczą, czemu bohater strzela, jakby urodził się z pistoletem w dłoni, pokazują relacje łączące go z zamordowanym na Pawiaku ojcem oraz to, w jaki sposób z „inteligenckiego paniczyka” przeobraził się w twardego chłopaka z Woli. Co więcej, widzimy, że „Kama” i „Biedronka” rywalizują o Stefana nie tylko ze względu na jego walory fizyczne, że coś sobą reprezentuje – istotnie wydaje się dojrzalszy od kompanów (po załamaniu psychicznym matki przejmuje obowiązki obojga rodziców, troszczy się o brata i o aprowizację, zachowuje dystans wobec hurraoptymizmu konspiratorów etc.). Jeśli na ekranie robi wrażenie „wyłączonego” i bezwolnego, to w powieści jego apatia zostaje trochę lepiej uzasadniona; ogólnie jest wyeksponowany, ponieważ autor uczynił go głównym medium narracyjnym. I wreszcie książka problematyzuje coś, co widzowie uznali za filmowy stereotyp – że Stefan należy do bohaterów z gatunku „zabili go i uciekł”, że kule się go nie imają. Bo oto celowo kreowany jest na urodzonego pod szczęśliwą gwiazdą: „(…) król farciarzy! (…) Nic dziwnego, że (…) kasyno oficerskie umieszczono w dzielnicy niemieckiej, inaczej dawno poszłoby z torbami” (s. 8), tymczasem właśnie jego życie będzie najbardziej zdruzgotane, nic nie zostanie mu oszczędzone, stanie się wrakiem człowieka.

Aczkolwiek perspektywa Stefana dominuje, jako dobry zabieg trzeba określić technikę zmiennych punktów widzenia, obfite wykorzystanie mowy pozornie zależnej i monologów wewnętrznych. Szczególnie dwa fragmenty, w których gehenna powstania przefiltrowana jest przez świadomość małych dzieci tuż przed ich dramatyczną śmiercią, są rozmyślną grą na uczuciach czytelnika (notabene, ojciec dziewczynki popiera zryw, co nieco odsuwa oskarżenia, że – jak można sądzić z filmu – cywilów ukazano jako wrogi powstańcom i dziesiątkowany motłoch). Pewne koncepty „świadomościowe” są wprawdzie tandetne, ale ożywiają narrację (ucieczka ze szpitala z perspektywy gorączkującego Stefana, któremu roi się, że niczym bohaterowie „W pustyni i w puszczy” zostaje uprowadzony i przemierza Afrykę).

Większość postaci sportretowano z „przyzwoitą”, jak na taką literaturę, niejednoznacznością. Mastalerz zarysował ich dylematy i (rzadko wyłącznie wzniosłe) pobudki, ukazał młodzieńczą żarliwość, brak odpowiedzialności oraz naiwne mierzenie sił na zamiary, zakończone zimnym prysznicem (lub raczej ciepłym – deszczem krwi i ludzkich szczątków po eksplozji czołgu pułapki). Widać metamorfozę nieopierzonych powstańców – np. eterycznej „Biedronki”, która wykazuje hart ducha i jest kreowana niemal na drugiego Korczaka, gotowego zostać do końca ze „swoimi” dziećmi – a także zmieniające się nastroje, od entuzjazmu po rozpacz i rozgoryczenie. Zapewne z myślą o nastoletnich czytelnikach portrety psychologiczne zostały nieraz uwspółcześnione, lecz nie zawsze w konsekwencji spłycone (por. cynizm obronny i niestosowne myśli jako metoda oswajania się z grozą dnia codziennego). Szkoda tylko, że niektórzy ważni bohaterowie i wątki biorą się „znikąd” (por. nagły ślub Beaty i „Kobry”), bo można było zamiast tego zredukować część warszawskich „wyliczanek”.

Kluczowe jednak jest pytanie o inną redukcję…

Otóż, last but not least, wszystko rozbija się o wymowę ideową. Komasa zapewnia, że jego film pokazuje historię ludzi i nie chce oceniać powstania, natomiast powieść naszpikowana została mniej lub bardziej jawnymi sądami, np. bliżej nieokreślony narrator komentuje przed „godziną W”: „Takiej zgrai przebierańców Warszawa nie widziała chyba od ostatniego przed wojną balu sylwestrowego” (s. 114). Odautorska instancja pozwala sobie na ironiczne uwagi do cytowanej prasy, a wyznanie Bora-Komorowskiego o chorobie zatok, jakiej nabawił się po wybuchu czołgu pułapki, kwituje z nieukrywanym sarkazmem; nawet rozdział składający się z suchych dokumentów jest opatrzony wymownym tytułem „Stoimy w obliczu zwycięstwa”. Za najbardziej irytujące uważam jednak – choć nie jestem katoliczką – absolutnie zbędne wstawki będące kpiną ze świętych, którzy nie mogli pomóc warszawiakom, i z objawienia (w scenie z procesją przed powstaniem). Nie odgrywają one żadnej roli w rozwoju fabuły czy w charakteryzowaniu postaci, a jedynie dają upust negatywnym emocjom autora.

Na szczęście zazwyczaj sądy – dotyczące powstania i nie tylko – przypisane są bohaterom. Zatem poirytowany Stefan ocenia konspiratorów jako „szczeniaków bawiących się w wojnę” (s. 21) i pozostaje sceptyczny nawet po wstąpieniu w ich szeregi, z kolei Alicja zarzuca dowództwu spisanie rannych na straty. Niekiedy w refleksjach postaci pobrzmiewa wizja oceny przez potomnych („Wariatki udają pielęgniarki, a prawdziwe pielęgniarki są tak zmęczone, że mają w oczach płomień szaleństwa. Zresztą, może wszyscy go mamy? […] Czyż to powstanie nie jest szaleństwem? Czy ktoś po latach nie nazwie tego obłędem?” [s. 175]); czasem obecny stan wiedzy zostaje anachronicznie przyznany nastolatkom Anno Domini 1944 (bo czyż wtedy „Biedronka” mogła z przekonaniem uznawać ZSRR za sprawcę mordu katyńskiego?).

W „Mieście 44” wydrwione są rudymenty mesjanizmu, np. gdy Stefan komentuje w myślach pewien artykuł: „Grunt, żeśmy »z przyrodzenia ludem Chrystusowym«. Aż sprawdzę, jak się będę odlewał” (s. 229), chociaż kiedy indziej (por. wspomnienie Alicji z wakacji we Francji, gdzie nie potrafiła porozumieć się z rówieśnikami) romantyczna martyrologia jawi się mniej jednoznacznie jako przeklęty spadek, jak w przypadku głównego bohatera: „(…) ojca też przecież nikt na siłę nie ciągnął do legionów. Też miał dziewiętnaście lat. Powiedzmy, że taka rodzinna tradycja” (s. 84). W powstaniu spełnia się przeto raz jeszcze polski sen o szpadzie, wiara, że można człowiekowi odebrać wszystko prócz marzeń o wolności; mimo iż większość wolałaby – tak jak „Biedronka” – „razem dalej iść, by Miasto nie przestało żyć” (z piosenki promującej film), tj. wolałaby ucieczkę, przetrwanie i odbudowanie dawnej rzeczywistości.

Dzięki scenariuszowi i powieści tandemu Komasa–Mastalerz Miasto co prawda ożywa, aby zaraz zginąć, lecz jego widmo wciąż nam towarzyszy. Gdy ranny Stefan, świadek egzekucji matki i braciszka, odzyskuje przytomność i słyszy fragment dialogu: „- Dziewczyny! Bo nam się powstanie skończy!”, mówi do siebie: „Nigdy się nie skończy. Nie rozumiecie? Nigdy” (s. 173). Przyszły mi na myśl słowa otwierające artykuł Przemysława Czaplińskiego w tomie „Wojna. Doświadczenie i zapis”: „II wojna światowa trwa nadal. My ją toczymy, a ona toczy nas. Nie ma już armat, czołgów i wojska, ale walka nie ustaje. Obszarem, na którym prowadzone są działania wojenne, jest front symboliczny”. Na tym froncie zajmuje również pozycję „Miasto 44”.

Frapująco brzmi sformułowanie, że wojna nas toczy, a więc drąży i zżera od wewnątrz bądź obrabia jak na kole garncarskim – w każdym razie poddajemy się (de)formacji. Powieść Komasy–Mastalerza stanowi instrument takich zabiegów, wszakże niejednoznaczny: pewne mity dekonstruuje, choć ochoczo konstruuje inne; niby to prosta opowieść dla dzisiejszych rówieśników powstańców, a przecież nie aż tak płytka; niby brutalna i szokująca, a jednak melodramatycznie uładzona; niby odcinająca się od dokumentalności, a raz po raz przywołująca źródła i ferująca wyroki. Niby nie unika stereotypów i wiele przemilcza (np. szabrownictwo), ale rozbija sielski obrazek powstańców, co „na tygrysy mają visy”. Niby stanowi adaptację scenariusza, lecz nie mechaniczną; niby służy głównie promocji (zawiera płytę CD z materiałami z planu oraz drażniące reklamy innych wydawnictw, a nawet serwisu „Rozpisani.pl”), ale dodaje trzeci wymiar do ekranowego obrazu; niby jest wtórna, jednak nieźle dopracowana (pominąwszy parę literówek i nagminny brak przecinków przy wołaczu). Z drugiej strony: niby przynosi wstrząsające i przejmujące odczucia, a przecież przypomina elegancko wydaną książeczkę z obrazkami… I to jest właśnie przestrzeń, w której lokuje się „Miasto 44” – gdzieś pomiędzy „Pamiętnikiem z powstania warszawskiego” a „Pamiętnikiem księżniczki”.
Marcin Mastalerz (na podstawie scenariusza Jana Komasy): „Miasto 44”. Wydawnictwo PWN. Warszawa 2014.