Wydanie bieżące

15 listopada 22 (262) / 2014

Bartosz Marzec,

WHEN THEY KICK AT YOUR FRONT DOOR... (KLUB JIMMY'EGO)

A A A
Schemat narracyjny, zgodnie z którym charyzmatyczna jednostka zostaje skonfrontowana z wrogo nastawioną władzą, to jeden z najsilniej zakorzenionych motywów w kulturze europejskiej. Literatura i film wielokrotnie czerpały z życiorysów Sokratesa, Giordana Bruna czy Osipa Mandelsztama. Wzorzec ten jest dość stały: pycha, tępa ignorancja czy lęk przed „buntem wzniecanym słowem poety” staje się powodem prześladowań jednostki, mającej odwagę głosić potrzebę zmiany normy społecznej, moralnej lub naukowego paradygmatu. Znamy wiele różnych wariantów tej historii, czy warto zatem eksplorować ją ponownie? Ken Loach uznał, że ów problem jest wciąż aktualny i postanowił opowiedzieć o nim przez pryzmat postaci Jimmy’ego Graltona – jedynego obywatela Irlandii w dziejach tego kraju, którego władze wygnały z ojczyzny.

Gralton urodził się w ubogiej, wielodzietnej rodzinie. W latach 1919-1921 walczył w wojnie o niepodległość Irlandii. Następnie emigrował do Stanów Zjednoczonych. O tym okresie jego życia wiemy niewiele. Loach wraz ze swoim wieloletnim współpracownikiem Paulem Lavertym przed rozpoczęciem zdjęć przeprowadził solidne studia nad dziejami Graltona. Jak przyznaje Laverty w wywiadzie udzielonym „Gazecie Wyborczej”, poszukiwanie informacji na temat życia osobistego Irlandczyka nie przyniosło znaczących rezultatów. Film zresztą z założenia nie miał być biografią Graltona, a historią opartą na jego życiorysie. Możemy się domyślać, że w czasie dziesięcioletniej emigracji bohater z jednej strony poznawał kulturę amerykańskich klubów rozbrzmiewających jazzem, a z drugiej imał się wszelkich prac i doznał skutków kryzysu gospodarczego. Taki oto ambiwalentny, zbudowany z czarno-białych archiwaliów obraz ówczesnych Stanów Zjednoczonych otwiera „Klub Jimmy’ego”.

Głównego bohatera filmu poznajemy zaś, gdy wraca do ojczyzny, aby zaopiekować się swoją matką. Scena ta przedstawia się doprawdy imponująco. Statyczne oko kamery w panoramicznym ujęciu pokazuje piękno irlandzkiego krajobrazu. Nad skąpanymi w jasnej zieleni pagórkami unosi się dżdżyste powietrze o barwie bladego turkusu. Między wzniesieniami wije się kręta droga, po której nieśpiesznie przesuwa się dorożka. W następnym ujęciu roztrzęsiona kamera filmuje plecy postaci siedzących na wozie. Dzięki temu zabiegowi powstaje wrażenie, że patrzymy na świat oczami bohaterów lub podróżujemy wraz z nimi. Loach dobitnie potwierdza tu, że nadal nie brak mu wyczucia kinowej formy.

Dominujące w filmie barwy – blady błękit i soczysta zieleń – w części scen zostały podkreślone kostiumami o bardziej nasyconych odcieniach. Z kolei w scenach tańca, w których dominuje intensywne żółte światło, postaci przywdziewają stroje w kolorach beżu i brązu. Doprawdy trudno oderwać wzrok od efektów pracy operatora Robbiego Ryana i kostiumografki Eimer Ni Mhaoldomhnaigh. Warto też zauważyć, że pod względem estetyki „Klub Jimmy’ego” wyróżnia się w filmografii Loacha. Większość historii opowiadanych przez Brytyjczyka rozgrywa się bowiem w stylistyce szarego realizmu robotniczych przedmieść. Jednym z nielicznych wyjątków jest nagrodzony Złotą Palmą „Wiatr buszujący w jęczmieniu”, opowieść o wojnie narodowowyzwoleńczej, jaką Irlandczycy prowadzili z Brytyjczykami w latach 1919-1921. „Klub Jimmy’ego” może być poniekąd traktowany jako kontynuacja tego filmu. W jednej ze scen bohaterka konstatuje bowiem, że od czasu wyjazdu Graltona – weterana konfliktu przedstawionego w „Wietrze...” – nic się nie zmieniło, a lokalną społecznością wciąż rządzą ziemiaństwo i Kościół.

Starsi mieszkańcy wioski witają głównego bohatera niezwykle ciepło, a w oczach młodzieży okazuje się postacią niemal kultową. Wszystko to za sprawą tytułowego klubu, zamkniętego jeszcze przed wyjazdem Graltona. Było to miejsce, które do pewnego stopnia mogło budzić skojarzenia z domem kultury sportretowanym w dokumencie Kazimierza Karabasza „Gdzie diabeł mówi dobranoc”. Mieszkańcy wsi spotykali się w klubie, aby pobierać nauki śpiewu, tańca, literatury, rysunku, boksu czy sztuki stolarskiej. W realiach społecznych, zdominowanych przez Kościół strzegący purytańskiej moralności, było to miejsce nieskrępowanej swobody. O znaczeniu klubu dowiadujemy się, gdy główny bohater, przeglądając wycinki prasowe, przypomina sobie stare czasy (podobny zabieg Loach zastosował wcześniej w filmie „Ziemia i wolność”). I choć Gralton zastrzegł, że chce uniknąć kłopotów i nie zorganizuje ponownie klubu, to pod wpływem wspomnień postanawia zmienić swoją decyzję.

Wraz z tym postanowieniem rodzi się konflikt narracyjny, na którym Loach opiera swój film. Jak zwykle w fabułach Brytyjczyka, mamy do czynienia z konfrontacją dwóch wrogich obozów. W „Klubie Jimmy’ego” są to z jednej strony Gralton, komunista o humanistycznych zapatrywaniach i jego towarzysze, a z drugiej – faszyści oraz tradycjonaliści pod przywództwem miejscowego księdza. Konserwatywne poglądy duchownego mogą dziś budzić uśmiech politowania, jak jednak zapewnia Laverty w cytowanym wywiadzie, w latach 30. stanowisko Kościoła w sprawach obyczajowych przypominało to przedstawione w „Klubie Jimmy’ego”. Loach sprawnie kontrastuje oba obozy, choćby w zmontowanej równolegle scenie, w której zderza paternalistyczny ton księdza przemawiającego w zimnej świątyni z obrazem tańca i muzyki rozbrzmiewających w skąpanej w ciepłym świetle klubowej sali. Sympatia Loacha wyraźnie znajduje się po stronie Graltona, sam reżyser zresztą nigdy nie ukrywał swojego stanowiska w kwestiach społeczno-politycznych.

Od początku swojej kariery autor „Whisky dla aniołów” stawał po stronie słabych, zagubionych i pokrzywdzonych. Był jednym z głównych przedstawicieli brytyjskiego kina społecznego, nurtu, do którego wciąż nawiązują młodsi filmowcy, choćby Stephen Daldry w popularnym obrazie zatytułowanym „Billy Elliot”. Loach ujmował się za poszkodowanymi przez niesprawiedliwą opiekę socjalną („Biedroneczko, biedroneczko”), błądzącymi nastolatkami o gołębich sercach („Słodka szesnastka”) czy imigrantami wykorzystywanymi przez nieuczciwych pracodawców („Chleb i róże”). Brytyjczyk zdaje się jednym z nielicznych reżyserów wierzących w to, że kino może zmieniać świat na bardziej sprawiedliwy. Z tej perspektywy można by wręcz zaryzykować stwierdzenie, że Loach jest moralistą – swoistym Sokratesem wśród sofistów pomijających znaczenie cnoty, o której opowiadał nauczyciel Platona i Ksenofonta. „Klub Jimmy’ego”, mimo braku szczęśliwego zakończenia, wpisuje się w ideową, krzepiącą wizję solidarności. Jeżeli wierzyć plotkom, ma to być ostatni film Brytyjczyka. Gdyby te pogłoski okazały się prawdziwe, należałoby stwierdzić, że Loach kończy swą reżyserską karierę w bardzo dobrym stylu.
„Klub Jimmy’ego” („Jimmy’s Hall”). Reżyseria: Ken Loach. Scenariusz: Paul Laverty. Obsada: Barry Ward, Jim Norton, Andrew Scott i in. Gatunek: dramat. Produkcja: Francja / Irlandia / Wielka Brytania 2014, 109 min.