Wydanie bieżące

15 listopada 22 (262) / 2014

Magdalena Kempna-Pieniążek,

WYDANIA DVD: DIABELSKA PRZEŁĘCZ

A A A
Jest rok 1993. Kelnerka Pam Hobbs pozwala swojemu synowi na zabawę z kolegami. Chłopcy jadą na rowerach w odludne miejsce zwane Diabelską Przełęczą. Żaden z nich nie wraca do domu. Wkrótce okazuje się, że zostali brutalnie zamordowani. Okrutna zbrodnia spotyka się z gwałtowną reakcją społeczną, wyrażającą się poprzez pragnienie natychmiastowego ukarania sprawców… albo kogokolwiek, kto wydaje się dostatecznie podejrzany.

Twórcy filmu opowiadają o wydarzeniach, które rzeczywiście miały miejsce, o czym zresztą nieustannie widzom przypominają. Quasi-dokumentalne wtręty sugerują, iż powstaniu dzieła patronuje idea (przynajmniej częściowej) rekonstrukcji procesu trzech posądzonych o zbrodnię nastolatków. Uważniejszy wgląd w strukturę „Diabelskiej Przełęczy” ujawnia jednak, iż jest to film z wyraziście zarysowaną i w kinie głównego nurtu nieustannie modną tezą: ostatecznie bowiem nie o zbrodnię tu chodzi (choć ta jest potworna), lecz o współczesny wariant mechanizmu kozła ofiarnego, którego wskazuje (odpowiednio sterowana) opinia publiczna, osądzają (jeszcze przed wyrokiem) media, a poddaje karze (zwyrodniały) system (niedoskonałego) prawa. W celu umożliwienia odbiorcy niby to obiektywnego wglądu w ów mechanizm twórcy wprowadzają na scenę postać mediatora – prywatnego detektywa Rona Laxa, który podejmuje się niewdzięcznej roli wsparcia obrońców oskarżonych nastolatków. Szczególny status bohatera, który – mimo iż jest zaangażowany w sprawę – w trakcie procesu może pełnić rolę tylko jednego z obserwatorów, ma dystansować widza do przedstawionych wydarzeń. Słowem: utożsamiamy się nie z żądnym krwi tłumem miejscowych, lecz z pełnym wysokich ideałów „człowiekiem z zewnątrz”.

Jako dramat sądowy „Diabelska Przełęcz” spełnia się całkiem dobrze. To film sprawnie nakręcony i zagrany, na swój sposób emocjonujący, urzekający dopracowaną oprawą wizualną. Podstawowy problem, jaki pojawia się podczas jego oglądania, dotyczy porządku innego niż realizacyjny. Najłatwiej wyrazić go za pomocą formuły: „Jaka jest zawartość filmu Atoma Egoyana w filmie Atoma Egoyana?”. Kanadyjski reżyser ma już co prawda na koncie dzieła zbliżające się do kina komercyjnego (vide: „Podróż Felicji”), tym razem jednak otarł się o granicę utraty własnej autorskiej tożsamości. Nie oznacza to, że „Diabelska Przełęcz” jest filmem słabym; raczej że jest filmem mało „egoyanowskim”.

Skłonna byłabym przypuszczać, że odpowiedź na pytanie o to, dlaczego tak się dzieje, ma przynajmniej częściowy związek z pojawiającym się wśród producentów logiem wytwórni braci Weinsteinów, którzy należą do grona filmowców nadających kształt i skalę współczesnym mainstreamowym realizacjom. Być może także status pary głównych aktorów: Colina Firtha i Reese Whiterspoon jest obecnie zbyt komercyjny, by zgodzili się oni wystąpić w realizacji znacząco wykraczającej poza ich pooscarowe emploi. O ile zatem w innym filmie Egoyana, intrygującym „Gdzie leży prawda?”, Firth kreował niejednoznaczną postać telewizyjnego celebryty skrywającego w równej mierze swój homoseksualizm co udział w zbrodni na pewnej młodej kobiecie, o tyle w „Diabelskiej Przełęczy” jest już dokładnie tym, kim widzi go współczesny tzw. statystyczny widz: dystyngowanym dżentelmenem o wrażliwej duszy. Nie jemu zresztą przypadają tu w udziale pierwsze skrzypce, lecz Whiterspoon, wyjątkowo przekonującej w kreacji matki, która doświadcza niewyobrażalnego cierpienia, a mimo to jako (wydawałoby się) jedyna ze swojego otoczenia zdobywa się na tę szczyptę dystansu, której potrzeba, by zauważyć jawne nadużycia prowadzących sprawę policjantów i prawników. Koncentracja twórców na postaci Pam momentami dość mocno przechyla szalę gatunkowości na stronę melodramatu: miłość bohaterki do syna jest absolutyzowana i ponad miarę idealizowana za sprawą dość ckliwych zabiegów typu slow motion. Dobrze chociaż, że twórcy nie posunęli się na tyle daleko, by kazać bohaterce – skądinąd głęboko wierzącej – roztrząsać dylematów w stylu: „Jak dobry Bóg mógł na coś takiego pozwolić?”.

W monografii poświęconej twórczości Egoyana Krzysztof Loska twierdzi, że dwa tematy są dla reżysera „Likwidatora” nadrzędne: media i tożsamość. Drugi w „Diabelskiej Przełęczy” w zasadzie nie występuje (no chyba że za jego manifestację uznać wewnętrzną przemianę Pam), pierwszy jednak jest dość mocno obecny i widać, że twórca chętnie poświęciłby mu więcej uwagi. Proces trzech nastolatków zostaje tutaj zakorzeniony w licznych medialnych dyspozytywach, przede wszystkim kamerach telewizyjnych i policyjnych, ale także na przykład w kasetach wideo zawierających nagrania zeznań świadków. Media pełnią tutaj rozmaite funkcje: relacjonują i manipulują, odzwierciedlają rzeczywistość i zarazem ją zakłamują, wspierają pamięć, choć niekoniecznie wszystkie przywoływane przez nie wspomnienia są prawdziwe. Sposób, w jaki reżyser akcentuje ten wątek, z pewnością stanowi charakterystyczny znak jego twórczości. Szkoda tylko, że jest to bodaj jedyny tak egoyanowsko rozegrany motyw.

„Diabelska Przełęcz” nie jest filmem dla każdego. Choć jego twórcy wielu szczegółów widzom oszczędzają, to fakty, które ukazują, są na tyle drastyczne, iż co wrażliwsze osoby (zwłaszcza młode matki) mogą mieć po projekcji poważne problemy ze snem. Mimo swoich mainstreamowych cech nie jest to bowiem dzieło z pozytywnym przesłaniem o zawsze triumfującej sprawiedliwości. Wręcz przeciwnie: za mocne wrażenie, jakie „Diabelska Przełęcz” wywiera, w dużej mierze odpowiada motyw wszechogarniającego zła, którego nie da się pokonać we wszystkich jego (jakże licznych) postaciach.
„Diabelska Przełęcz” („Devil’s Knot”). Reżyseria: Atom Egoyan. Scenariusz: Paul Harris Boardman, Scott Derrickson. Obsada: Reese Whiterspoon, Colin Firth, Elias Koteas i in. Gatunek: dramat. Produkcja: USA 2013, 114 min. Dystrybucja: Monolith Video.