Wydanie bieżące

15 listopada 22 (262) / 2014

Agnieszka Wójtowicz-Zając,

MATKA MAKRYNA TO JA! (JACEK DEHNEL: 'MATKA MAKRYNA')

A A A
Najnowsza powieść Jacka Dehnela, „Matka Makryna”, jest poświęcona postaci historycznej, Makrynie Mieczysławskiej, która zrobiła niebywałą karierę w środowisku emigracyjnym w XIX wieku. Makryna, podając się za ksienię bazylianek w Mińsku, opowiadała o strasznym, siedmioletnim męczeństwie, które spotkało unitów w zaborze rosyjskim. Stała się żywą ikoną polskiego cierpienia, świętą męczennicą. Rozmawiali z nią wieszczowie, była na audiencji u papieża, jej makabryczną opowieść przedrukowywano w gazetach i broszurach. Założyła nawet własny klasztor w Rzymie, była w centrum emigracyjnej polityki, w końcu stała się prorokinią i cudotwórczynią. Umarła w zapomnieniu, opuszczona przez sprzymierzeńców, po śmierci zdemaskowana jako oszustka i mistyfikatorka. Dlaczego Europa dała się porwać opowieści Makryny Mieczysławskiej? I kim naprawdę była rzekoma bazylianka?

Aby napisać literacki monolog – a raczej literackie monologi – Makryny Mieczysławskiej, Jacek Dehnel wykonał olbrzymią pracę archiwalną. W odautorskim posłowiu podaje rozmaite źródła, z których korzystał, m.in. broszury, zachowane listy Makryny (z których jeden cytuje w powieści), dokumenty przechowywane w polskich i rzymskich archiwach oraz późniejsze teksty demaskujące Makrynę. Cały materiał faktograficzny został włączony do powieści, a luki autor wypełnił fikcją literacką. Podobną metodę zastosował przy pisaniu swojej wcześniejszej powieści, „Saturna. Czarnych obrazów z życia mężczyzn z rodziny Goya”, obierając jako bohatera zagadkową i zapomnianą postać historyczną, dopisując jej monolog na mocy licentia poetica. Dobór bohaterów „Saturna…” i „Matki Makryny” nie jest przypadkowy, oboje są ofiarami patriarchatu żyjącymi w czasach, kiedy niewypełnianie przypisanej roli albo próba wyzwolenia się z niej groziły społeczną anatemą. Dehnel wydobywa te postaci z niebytu, próbując oddać im głos. Co jest jednak prawdziwym głosem Makryny? Jej opowieść to trzy równoległe narracje, nawzajem się przeplatające, przechodzące jedna w drugą, nakładające się wzajemnie, palimpsestowe.

„Matka Makryna” to monolog-spowiedź, gdzie jego rozmaite części zostały wyróżnione graficznie. Jest więc część poświęcona oficjalnym zeznaniom Makryny jako ksieni bazylianek i świętej na kredyt męczennicy, spisane przez kościelnych urzędników, inną czcionką podano rzeczywiste (w obrębie świata powieściowego) wspomnienia Makryny, czyli Ireny (Iriny Wińczowej), bitej i katowanej żony kapitana w carskiej armii. Te równoległe opowieści zamyka pisemna przedśmiertna spowiedź bohaterki, spinająca obydwie narracje o jej życiu – tę zmyśloną i tę prawdziwą, na kanwie której opowiadała o cierpieniach i prześladowaniach ze strony prawosławnych duchownych. W powieści Dehnela te plany doskonale się przenikają, pokazując, jak powstaje opowieść Makryny. Jej biedna i skromna izba, którą dzieliła z Wińczem, staje się pierwowzorem jej klasztornej celi. Zmarły w dzieciństwie braciszek Aron – umierającym w pałacu Mieczysławskich chorym braciszkiem Alojzkiem. Razy wymierzone przez Wińcza – razami wymierzonymi przez kolejnych popów i archirejów – „muszę opowiadać samą siebie, przetłomaczyć siebie na inną, swoje cierpienia na cierpienia cudze, Wińcza na Semenenkę, chorego braciszka o prostym imieniu na chorego braciszka Alojzka, jeden krzyżyk na drugi krzyżyk, jedną celę na drugą celę. Wszystkiego zaprzeć się muszę, żeby prawdę powiedzieć, żeby prawda została wysłuchana” (s. 195). Ze swoich słabości, które skazują ją na nędzę i poniewierkę („Raz, że wdowa. Dwa, że biedna. Trzy, że stara. Cztery, że baba. Pięć, że… mniejsza o to. Sześć, że brzydka.”, s. 38), czyni największe atuty i staje się ważną figurą na emigracyjnej szachownicy: „raz, że Polka, dwa, że męczona, trzy, że kobita, cztery, że w zakonnej sukni, katolickiej, nawet jeśli w unickiej przy tym… a może raz, że w sukni zakonnej, dwa, że męczona, trzy, że Polka? Wszystko naraz, pospołu, broń idealna, bicz na Moskala z samego cierpienia i świętości ukręcony!” (s. 138). Dehnel doskonale panuje nad materią powieści, umiejętnie nakładając na siebie wątki przypisane do rozmaitych tożsamości narratorki.

W tożsamościach Makryny łatwo się pogubić, gdyż narastają one jedna nad drugą. Najpierw była Jutką, urodzoną w nędzy Żydówką, która po przyjęciu chrztu u sióstr zakonnych przyjęła imię Julia i najęła się do pracy w pałacu bogatych książąt. Potem poznała Wińcza, oficera carskiej armii, wyszła za niego, przyjęła prawosławie i nowe imię, Irina. Osiągnąwszy ten olbrzymi awans społeczny, od nędzy do tańczenia na balach oficerskich, spadła z powrotem na samo dno – mąż alkoholik, katujący ją codziennie, gwałty, nędza, brak pieniędzy, choroby i starość. Po jego śmierci żebrała, została świecką szafarką w klasztorze, gdzie poznała przesiedlone bazylianki, oskarżona o kradzież uciekła od przetrzymującego ją w szopie w ogródku żandarma i, podszywając się pod matką Makrynę, bazyliankę, dotarła pieszo do Poznania, a stamtąd do Francji, Paryża i w końcu Rzymu. Co pozwoliło Julce, Irinie, a w końcu Makrynie przemierzyć tak olbrzymi dystans? Sprytnie ułożona opowieść, którą doskonale wpisała się w potrzeby rozmaitych środowisk emigracyjnych, a także szczególna zdolność obserwacji i dostarczania słuchaczom tego, co ich najbardziej interesowało.

Makryna jest bowiem mistrzynią opowieści. Jej mistrzostwo nie polega jedynie na tym, że umiała swoją historię i swoje cierpienie przełożyć na najbardziej pożądany schemat tamtych czasów. Doskonale też zdawała sobie sprawę z mocy „przekaźnika”. Jednym był ks. Jełowicki, który objeżdżał z Makryną kolejne parafie we Francji i opowiadał jej historię – „Bo jak siedziałam w kościołach ze spuszczonym wzrokiem, jak przesuwałam paciorki różańca, to przecie kątem oka dojrzeć mogłam, jak on na kazalnicy rośnie (…), ja byłam tylko kobita, stara, brzydka, a dla Francuzów nadto niema (…), on – mężczyzna, więc mógł być sobie każdym: i żołnierzem, i drukarzem, i księdzem (…), i głosem, głosem donośnym moją opowieść niósł dalej, niżbym ja potrafiła.” (s. 168). Drugim – drukarnie i prasa, które podawały jej opowieść coraz dalej, opowiadając o kolejnych uzdrowieniach, pomijając tych, których dar Makryny nie wyleczył, ugruntowując jej legendę. Makryna doskonale wyczuła sytuację i umiała, mówiąc językiem PR-u, skutecznie zarządzać swoim wizerunkiem w mediach. Umiała też spełnić oczekiwania słuchaczy – łakomym opowiadała o głodzie, chciwym o rozgrabieniu majątku, rozpustnym o siekaniu rózgami białych ciał młodziutkich mniszek, poetom o ich wielkości, a wszystkim dawała krwawą historię cierpienia. Zamykająca powieść ostateczna, pisemna spowiedź Makryny pokazuje, że narratorka jest postacią ukształtowaną przez książkę, przez pragnienie pisania i czytania, a potem – tworzenia opowieści. Pismo, przymus pisania i tworzenia nowych historii pozwalały jej na tworzenie kolejnych, alternatywnych tożsamości, na przepisanie historii swojego życia, ostatecznie – na opowiedzenie o swoim cierpieniu, o wyrażeniu wszystkich wiążących jej tabu w formie, którą jej ówczesna publiczność mogła i chciała przyjąć. „Matka Makryna” jest powieścią o przymusie i pragnieniu powieści, o opowiadaniu siebie i swoich traum za pomocą fikcji. Jacek Dehnel, który w swoich wcześniejszych powieściach dopisywał, przepisywał, nadpisywał kolejne historie, często rodzinne, zręcznie balansując na granicy fikcji i autobiografizmu, mógłby, za Flaubertem, powiedzieć „matka Makryna to ja!”.

Na koniec warto też podkreślić walory językowe „Matki Makryny”. Poza olbrzymią pracą archiwalną Dehnel dołożył też starań w rekonstrukcji języka. Mowa narratorki jest barwna, pełna archaizmów i regionalizmów, których wykaz autor daje na końcu książki. Kolejną powieścią Jacek Dehnel potwierdza, że tytuł Młodego Ambasadora Polszczyzny nie został mu przyznany na wyrost. Ponadto powieść doskonale się czyta, jest sprawnie napisana, dokładnie przemyślana i ściśle utkana, kolejne wątki przeplatają się, powracają, ukazują w coraz to nowym świetle w kolejnych narracjach. Zaletą „Matki Makryny” jest także dowcipny opis emigrantów widzianych oczami mniemanej bazylianki – portretuje wszystkich wieszczów, Chopina, księcia Czartoryskiego, Towiańskiego i rozmaite stronnictwa, śmieszne w swoim zacietrzewieniu i narodowym cierpiętnictwie. Pokazuje także, jak łatwo wkupić się w ich łaski, wykorzystując narodowe i religijne fantazmaty. „Matka Makryna” to świetna powieść o tworzeniu powieści, mechanizmach dyskursu, opowiadaniu traumy i fantazmatach. Ostatecznie – matka Makryna to każdy z nas.
Jacek Dehnel: „Matka Makryna”. Wydawnictwo W.A.B. Warszawa 2014 [seria: ...archipelagi...].