Wydanie bieżące

15 listopada 22 (262) / 2014

Jarosław Czechowicz,

NA OBCEJ ZIEMI (EWA WINNICKA: 'ANGOLE')

A A A
Ewa Winnicka z uwagą i empatią penetruje polską falę emigracyjną na Wyspy Brytyjskie. Cztery lata temu mieliśmy okazję przeczytać „Londyńczyków” – paradokumentalną opowieść o losach Polaków, którzy setkami tysięcy emigrowali do Wielkiej Brytanii w latach 1939-1947. Tamte opowieści były pasjonujące, choć nierówne. Dzisiaj Winnicka przygląda się kolejnej fali emigracji, dla której uzasadnieniem nie jest ani wojna, ani wielka polityka. Zarobkowi najeźdźcy pozornie tylko zmieniają oblicze kraju, do którego się udają. Reportaż otwierają słowa brytyjskich dziennikarzy, którzy opisując skalę polskiej emigracji, zadają wyraźnie brzmiące pytania retoryczne. „Jak wygląda nasz kraj po tym najeździe? Co z niego zostaje?”. Jakkolwiek rozpatrywać fenomen milionowych wręcz migracji Polaków na Wyspy, nie ma w nim niczego innego niż w migracjach cudzoziemców, także tych z byłych kolonii brytyjskich, którzy z jednej strony malowniczo, z drugiej zaś problematycznie zbudowali wielokulturowy obraz społeczeństwa, dla jakiego wchłanianie kolejnych wędrowców z innych krajów nie powinno być wielkim problemem.

„Angole” opisują jednak wyraźnie problem braku dostosowania się do nowych warunków. Można by przekornie stwierdzić, parafrazując Johna Fitzgeralda Kennedy'ego – nie pytaj, co Anglia może zrobić dla ciebie, lecz zapytaj, co ty możesz zrobić dla Anglii. Są w tym reportażu opisani tacy, co wzięli sprawy w swe odpowiedzialne ręce. Dorobili się, żyją w symbiozie z Brytyjczykami, są być może mimo wszystko gdzieś obok nich, ale funkcjonują na dobrych warunkach lokacyjnych, z szansą na przekroczenie magicznych granic klasowych, które tworzą społeczeństwo hermetycznie zamknięte w obrębie pochodzenia, znajomości i codziennego trybu życia. Mamy jednak także opowieści tych, którym nie wyszło. Z różnych powodów. Nie mieli siły charakteru wspomnianych wyżej. Brakło im przebojowości. Nie potrafili odnaleźć się wśród obcych. Przede wszystkim jednak – powielali błędy i upokorzenia przywiezione z Polski jako stygmatyzujący ich balast. Przy tym nie dali rady wyjść poza życiowe patologie, obecne przecież pod każdą szerokością geograficzną. Winnicka przytacza opowieści tych, którzy nie wzięli sobie do serca słów, jakie kieruje do przyszłych emigrantów jedna z jej rozmówczyń. A mówi o rzeczach prostych, lecz zapominanych. „Jeśli w Polsce nie układa się z pracą i rodziną, w innym kraju ułoży się znacznie gorzej”.

Przegrani, rozczarowani, smutni i rozgoryczeni. Ci, co szukali na Wyspach szczęścia i musieli wracać z podkulonym ogonem. Ci, dla których zabrakło godnego lokum, umowy o pracę, ubezpieczenia zdrowotnego. Ci, co weszli w kolizję z prawem i poznali codzienność brytyjskiego więziennictwa. Nie wiem, dlaczego ich historie przykuwają większą uwagę. Może dlatego, iż dominują. Winnicka zdaje się ostrożnie portretować biografie zwycięzców i usatysfakcjonowanych. Tych, dla których prosta emigracja zarobkowa stała się trampoliną do nowego życia. W kraju, do którego się zgrabnie dostosowali. Okupione to było równie wielkimi wyrzeczeniami, co ponoszone przez tych rozczarowanych, ale ich waga nie jest przedstawiona identycznie. Autorka podąża śladami głównie tych, dla których pobyt w Wielkiej Brytanii z różnych względów jest lub był problematyczny. Pewnie dzięki takiemu zabiegowi ostrzeże wszystkich, co planują dołączyć do „hordy” kolonizatorów nowego wieku. Może chodzi przede wszystkim o pokazanie wad i słabości polskości, bo stan duchowy typowego Polaka wśród Angoli nabiera wyraźniejszych konturów. Hermetyczne społeczeństwo, które latami żyło w strachu i wciąż pielęgnuje w sobie zawiść oraz kompleksy, może tylko obrzucać błotem świat ludzi, jacy prezentują zupełnie inny stan ducha. Ludzi, którzy zbudowali kraj dający wiele możliwości różnym rozbitkom z całego świata. Angole bronią się przed wielością i różnorodnością, jakiej jest u nich już... zbyt wiele. Polacy jadą tam przede wszystkim z oczekiwaniami i zwykle z konkretnym, oderwanym od wyspiarskiego kontekstu i realiów, planem do zrealizowania w jak najszybszym tempie i bez możliwie żadnych komplikacji. To duży błąd, o czym wielu się przekonuje.

Brakuje mi trochę w „Angolach” portretowania środka. Winnicka, czuła na detale, eksponuje często kontrasty. Wystarczy spojrzeć na sposób portretowania angielskiej edukacji. Jeden z bohaterów wspomina naukę w elitarnej szkole, gdzie hermetycznie zamknięci przed światem młodzi ludzi pielęgnują w sobie przekonanie o własnej wyjątkowości, oszczędni w słowach i gestach, trzymający emocje na wodzy, ksenofobiczni i atakujący wszystko to, co inne. Obok portretu edukacji młodzieży, jaka w sposób fasadowy umacnia ich w poczuciu bycia niezwykłymi, zarysowane są szkoły z drugiego bieguna. To placówki powszechnie uznane za trudne, kształcące młodych z patologicznych środowisk. Otrzymujemy kolejną barwną opowieść o tym, ile zła niesie w sobie codzienność szkoły o co najmniej kiepskiej opinii. Z każdej relacji wyłania się podobny problem brytyjskiej edukacji – kształcenie oparte na wzmacnianiu wiary w wyjątkowość pochodzenia i środowiska. Elitarnie kształceni Brytyjczycy nie widzą świata tak, jak winni go widzieć dawni imperatorzy – dla nich jest on mocno zawężony do tego, czym sami są i co im wmówiono przez lata. Podobnie, choć na nieco innej płaszczyźnie, odbierają rzeczywistość ci z patologicznych rodzin czy placówek. Oni mają swoje małe rewiry i w nich są panami. To przecież skrajności edukacyjne równie wielkie, jak pokazywanie polskiego biznesmena zbliżającego się do niedostępnej brytyjskiej higher class obok wiecznie pijanego bezdomnego, któremu nie chce się o nic starać i który już na starcie przygodę z Anglią rozpoczyna na ulicy, jakiej nie opuścił nigdy, bo mu się nie chciało.

Sam reportaż powstawał metodą domina. Kolejni rozmówcy polecali Winnickiej swoich znajomych, a ona dokonywała selekcji, dobierając historie wedle sobie znanego klucza. Niektóre są bardzo wstrząsające, jak opowieść sprzątaczki, która pozwoliła sobie na walkę z sieciowym hotelem Hilton. Wiele historii służy temu, by odzwierciedlić odbieranie inności przez emigrantów przyglądających się tym sferom życia Brytyjczyków, z jakimi z racji zawodu są powiązani. Będzie tak chociażby w opowieści polskiej lekarki o brytyjskim systemie opieki zdrowotnej. Spec od reklamy, który stoi przy taśmie segregującej śmierci, opowie o tym, co Angole wyrzucają i jak w praktyce wygląda polityka segregacji odpadów. Pracownica socjalna przedstawi relację z codzienności hospicjów. Budowniczy opowie o kulisach powstawania stadionu Wembley. Każdy rozmówca ma swą wyraźną historię i te emigracyjne kontury Winnicka doskonale uwypukla. W nich jest i zachwyt nad życiem w wielokulturowym społeczeństwie, i lęk przed codziennie oswajaną innością, i gniew pomieszany ze złością, gdy Angole potrafią wykończyć swoją specyficzną metodą passive aggressive, dla której ekspresyjni Polacy nie znaleźliby na co dzień siły i determinacji.

Sporo jest o brytyjskim dystansie. Emigranci narzekają... że Angole nie narzekają! Nie do pojęcia jest dla nich standard niemówienia o emocjach, nawet tych najbardziej skrajnych. Wyraźnie zarysowana jest wypracowana przez laty mocna poprawność polityczna; ona pozwala trzymać na wodzy te uprzedzenia, jakim np. Polacy poddają się bardzo łatwo. Rozmówcy Winnickiej są zgodni w jednym – trudno zbliżyć się do Angoli, bo oni sami wymuszają dystans, przy którym czują się bezpieczni. To między innymi przez to najbardziej nawet pracowici i sumienni polscy emigranci nadal pozostaną dla Brytyjczyków przyjezdnymi Polakami – nawet wtedy, gdy uda się tym przyjezdnym zdobyć brytyjskie obywatelstwo.

Podoba mi się w tym reportażu sposób prowadzenia nas przez historie trudnej walki z niedostosowaniem i wrażeniem niedopasowania się. Pęknięcia i rysy w wysłuchiwanych historiach pojawiają się często nie tam, gdzie moglibyśmy się tego spodziewać. Winnicka portretuje emigrantów z uwagą, ale cały czas stawia na kontekst i tło. Widzimy codzienność życia opowiadających, ale nie zawsze rozumiemy ich decyzje o pozostaniu na Wyspach lub też o powrocie. „Angole” boleśnie obnażają i polskie, i angielskie stygmaty. Problemy wynikają głównie z niemożności przenikania się obu grup narodowościowych. Ale to nie tylko to. Opowieści z tego reportażu, bezwzględnie prawdziwe i wyraziste, wywołują często sprzeczne emocje w czytelniku. Ta książka mniej skupia się na motywacjach, a bardziej na tym, co się dzieje i co mogłoby się wydarzyć. Stąd też „Londyńczyków”, lekturę przecież napisaną w sposób nierówny, odbieram z dużo większą ostrością i wyraźniej niż „Angoli”. Z pewnością będzie to książka, o której wiele się powie, bo sama w sobie prowokuje do różnych dyskusji. Obawiam się jednak, że nie znalazłem w tych opowieściach o emigracji – dla mnie samego będącej czymś odległym i niewyobrażalnym – rysu lub motywu, które mogłyby mnie zaskoczyć. Historie Winnickiej, jakkolwiek pasjonujące, boleśnie dotykające i przejmujące, nie stanowią jakiejś nowej treści. Inspiracji do nowych przemyśleń. Może dostarczyliby ich ci ze sfery „środka” ze swoimi nudnymi historiami o dopasowaniu i umiejętnym odnalezieniu się na ojczyźnie, gdzie wiodą szczęśliwe, lecz mało spektakularne życie. Może gdyby Winnicka nie postawiła na kontrastowość, znalazłoby się w tym reportażu coś, co do tej pory nie zostało przemyślane i nie przychodziło nawet na myśl. Może.
Ewa Winnicka: „Angole. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2014 [seria: Reportaż].