Wydanie bieżące

15 listopada 22 (262) / 2014

Sabina Strózik,

STREFA SCROTUM I PROFANUM (TOM HICKMAN: 'BOSKIE PRZYRODZENIE. HISTORIA PENISA')

A A A
Wszystko zaczęło się i skończy na penisie. Penis jest kreatorem, stwórcą, przyczyną wszechrzeczy i powodem zagłady, rozpadu – i tym, co niejednokrotnie kończy dyskusje. Taka konstatacja, dość przygnębiająca, nie może nie nasunąć się po lekturze książki Toma Hickmana. Trudno o bardziej koronny dowód na prawdziwość takiej teorii, niż przywołana przez autora zatrważająca historia o wojnie w Wietnamie (tak, penis i wojna mają ze sobą więcej wspólnego, niż chcielibyśmy, żeby miały): „Na jednej z konferencji prasowych, w trakcie której wypytywano prezydenta, dlaczego Ameryka wciąż walczy w Wietnamie, sfrustrowany Johnson wyciągnął swego dzięcioła (było to jedno z jego ulubionych określeń) i rzekł »Dlatego«, uznając prawdopodobnie, że członek powie więcej niż słowa” (s. 99). Zapewne tak jest. Tom Hickman jednak nie szczędził słów bohaterowi swojej książki.

The definitive penis survey

Czy można napisać dwieście dwadzieścia stron o czymś z pozoru tak prostym? Można i to z powodzeniem. Książka jest erudycyjnym popisem dziennikarza, który na każdej stronie dosłownie zasypuje czytelnika wycinkami z historii, anegdotami i danymi. Pomimo lekkości, z jaką książkę się czyta, przy wielu fragmentach należy się skupić, bo nagromadzenie faktów jest tak gęste, że szybko można by się zgubić. Dziedziny, w których autor opisuje miejsce penisa, są niezwykle różnorodne i bogate – medycyna, psychologia, religioznawstwo (zatrważające opisy pomysłowości kościelnych hierarchów w zwalczaniu grzesznych pokus), archeologia, etnologia, historia mody (nawet jeśli zakrywa, to przecież może podkreślać), sztuka. Każdy z przejawów obsesji na punkcie przyrodzenia autor przedstawia niezwykle przenikliwie i rzetelnie. Czasami, co wynika z samej istoty tego typu opracowania, fakty nakładają się na siebie, a to owocuje kilkakrotnymi powtórzeniami treści. Nie zaburza to jednak odbioru całości, lecz sprzyja klarowności. Podziw budzić musi mrówcza praca dziennikarza, który doprawdy dostarczył nam wszystkiego, czego ktokolwiek chciałby się o bohaterze książki dowiedzieć, a bał się zapytać.

Publikacja nie jest jednak wyłącznie zbiorem faktów o anonimowej części ciała połowy ludzkości. Konkretne nazwiska pojawiają się, można by powiedzieć, w nadmiarze. Obecność byłego prezydenta Billa Clitona i Moniki Lewinsky wydaje się wręcz nieodzowna, ale pojawiają się także postaci, które wydawałyby się mieć mniej wspólnego z „aferami rozporkowymi”: Jean Cocteau, Jimi Hendrix, Henri Toulouse-Lautrec, Walt Disney, F. Scott Fitzgerald, Franz Kafka czy Renoir. Niektóre osoby zostają nawet zredukowane do funkcji posiadacza przyrodzenia, jak na przykład Ernest Hemingway, na temat którego autor mocno się wyzłośliwia: „Ernest Hemingway miał tylko trzydzieści osiem lat, kiedy dopadła go impotencja. (…) Niestety dla Hemingwaya, próbującego się leczyć między innymi syntetycznym testosteronem, nic nie pomogło odrestaurować jego strzelby i pod koniec życia mógł się zabawić jedynie metaforą” (s. 163).

Poczucia humoru autorowi najwyraźniej nie brakuje. Czytając, można odnieść wrażenie, iż Hickman chce zmusić czytelnika do gromkich wybuchów śmiechu, co zapewne miało na celu złagodzenie wymowy książki i doprowadzenie do swoistego oswojenia tematu. Trzeba przyznać jednak, że żarty z przyrodzenia należą raczej do rejestru tych najniższych, wtórnych i szybko męczących. Niestety, dziennikarz wydaje się nimi bynajmniej nie nudzić, bawiąc się grami słownymi: „W 1963 roku los brytyjskiego rządu zawisł na genitaliach pewnego ministra” (s. 15), „Ekskochanka byłego brytyjskiego ministra (…) niemal wbiła mu sztylet w krocze (…) komentarzem” (s. 54), „Na scenie i na ekranie (…) penisy z krwi i kości migają jeden po drugim” (s. 111), czy też sięgając po poetycką metaforykę: „wibrator w porównaniu z penisem jest jak księżyc w porównaniu ze słońcem: podobnie wygląda, ale brak mu żaru” (s. 147).

HIStory

Czy książka o penisie jest też książką o mężczyznach? Oczywiście. Wydaje się jednak, że jest także książką o kobietach, choć widać to najlepiej we fragmentach, w których kobiety zostają bądź to przemilczane, bądź też potraktowane jako jednolita grupa. Wśród ciągle powracających tez forsowanych na przestrzeni wieków, iż każde przyrodzenie jest inne, ba!, ma swą osobowość, uwagi autora w odniesieniu do kobiet mogą razić: „Kobiety mawiają czasem nonszalancko, że kiedy widziało się jeden penis, to tak jakby widziało się wszystkie” (s. 16), „Niektórym oskarżeniom winna jest mściwość, ale należy pamiętać, że kobiety zwykle widzą naraz tylko jeden wzwód (…) w dodatku w intensywnych okolicznościach wykluczających szczegółową ocenę” (s.54), „Kobiety po prostu tak myślą; penis może być uważany za coś, co Stwórca nabazgrał w wolnej chwili” (s. 61), „Jako że z natury panie są praktyczne, erekcja jest dla nich tym, czym jest: odruchem części ciała” (s. 64). Razić może także skwitowanie Freudowskiej teorii o kobiecej zazdrości o męskie przyrodzenie i o dostrzeganiu podobieństwa między wężem ogrodowym a penisem: „Nic w takim razie dziwnego, że kobiety lubią podlewać rabatki” (s. 79).

Oczywiście, że ma znaczenie!

Chociaż autor na kartach książki niejednokrotnie przekonuje, że z biologicznego punktu widzenia rozmiar nie ma znaczenia, to zagłębiając się w kolejne przywoływane anegdoty i historyczne fakty, nie można nie odnieść wrażania, że jest dokładnie odwrotnie. Rozmiar ma znaczenie – jest tym, o czym mężczyzna często myśli, czym się chełpi lub czego się wstydzi, czym się kieruje (i przez co jest kierowanym), co niejednokrotnie determinuje jego postawę i pewność siebie. Nie przed kobietami jednak, a przed innymi mężczyznami. Jak przyznaje sam autor: „Podobnie jak kobiety z implantami piersi, ci mężczyźni chcą imponować, częściej jednak innym mężczyznom niż kobietom” (s. 39). Hickman, wspominając „tych” mężczyzn, ma na myśli pacjentów poddających się okrutnym operacjom służącym powiększeniu/wydłużeniu/poszerzeniu prącia, co naraża ich na konsekwencje sięgające nawet niemożności osiągnięcia erekcji. Wydaje się więc, że presja wraz z upływem wieków nie maleje, lecz się zwiększa. I choć autor nie poświęca wiele uwagi dzisiejszym czasom, to w kilku wspomnianych fragmentach możemy odnaleźć przygnębiającą prawdę, że mężczyźni stale muszą sobie nawzajem i sobie samym coś udowadniać. I to jest chyba najsmutniejsza i najważniejsza lekcja, jaką można wyciągnąć z lektury „Boskiego przyrodzenia” – mężczyźni ciągle są pod dyktatem zarówno części swego ciała, jak i społeczeństwa, które nieustannie weryfikuje wartość każdego z nich. Nie na podstawie osiągnięć, ale wręcz odwrotnie – to w przyrodzeniu upatruje się przyczyny powodzenia w życiu zawodowym i prywatnym, jakby rzeczywiście penis mógł być jedynym klejnotem, na który mężczyzna może liczyć, i zarazem symbolem jedynej władzy, jaką może posiąść. Taki stan rzeczy dziwi tym bardziej, iż niektóre badania przeprowadzone wśród przedstawicieli różnych ras pokazują, że wielkość przyrodzenia jest odwrotnie proporcjonalna do inteligencji (s. 31). Mężczyznę i jego przyrodzenie łączy więc typowy love/hate relationship, który umożliwia i uniemożliwia, pcha do przodu i zatrzymuje, pomaga w rozwoju, ale i niweczy postęp. Związek, którego kobiety nigdy prawdopodobnie nie zrozumieją, jednak dzięki tej lekturze mogą sobie chociaż uświadomić jego istnienie.

What would penis do?

Dla kogo została napisana ta książka? Zapytani przeze mnie mężczyźni mówią, że nie przeczytaliby jej, bo wiedzą o temacie wystarczająco dużo z autopsji. Kobiety wskazują, że raczej została napisana dla posiadaczy bohatera tekstu. Pamiętając o tym, że: „Nawet w momencie największego zbliżenia Mars i Wenus są od siebie oddalone o co najmniej dwieście milionów kilometrów” (s. 220), warto może, aby jedni i drudzy z książką się zapoznali. Jeśli zagadka fascynacji penisem nie została rozwiązana, to przynajmniej można zyskać świadomość, że było tak od zawsze. Niestety, jeśli ktoś szuka w książce odpowiedzi na pytania, czemu mężczyźni moją obsesję na punkcie własnych przyrodzeń i jak można lepiej zrozumieć siebie lub swojego partnera – raczej ich tu nie znajdzie. Hickman szeroko opisuje przede wszystkim wielowymiarowe i szokujące konsekwencje takiego stanu rzeczy, a nie jego przyczyny. Być może obsesja bierze się z niezrozumienia swojego ciała, a przynosi rezultaty na przykład w postaci potrzeby wyrysowania koślawego obrazka w każdej odwiedzanej windzie i zerkania do sąsiedniego pisuaru. Niemniej jednak, jak pokazuje filmik amerykańskiego komika Levniego Yilmaza zatytułowany „What would penis do?”, penis ma moc przekonania właściciela, żeby dla półgodzinnej zabawy zrujnował sobie życie. Najwyraźniej mężczyźni także sypiają z wrogiem, wiecznie sabotującym ich decyzje. I choć trudno nie zgodzić się z twierdzeniem: „Mózg mężczyzny to najbardziej seksualny organ” (s. 183), to na pewno nie jest on jedynym organem upominającym się o głos.
Tom Hickman: „Boskie przyrodzenie. Historia penisa”. Przeł. Dobromiła Jankowska. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2014 [seria: Poza serią].