Wydanie bieżące

15 listopada 22 (262) / 2014

Agnieszka Wójtowicz-Zając,

KONGRES KOBIET PRZY PIASKOWNICY (AGNIESZKA GRAFF: 'MATKA FEMINISTKA')

A A A
Felietony, które złożyły się na „Matkę feministkę” Agnieszki Graff, w większości były publikowane wcześniej w rozmaitych czasopismach, między innymi w „Wysokich Obcasach” i „Dziecku”, ale też wygłaszane w formie przemówień na kolejnych Kongresach Kobiet. Zbiór ten przyciągnął swego czasu sporą uwagę – pojawiało się wiele głosów i komentarzy na jego temat, nie tylko w środowiskach feministycznych. I dobrze, bo o taki efekt autorce chodziło: powrócić do dyskusji o macierzyństwie, roli państwa, wspólnocie i solidarności. Choć Graff nie wygłasza w swojej książce nowych tez, co zresztą sama podkreśla, pozwala zwrócić uwagę na problemy, jakie polski feminizm, zwłaszcza w wydaniu Kongresu Kobiet (choć nie tylko), zupełnie pominął, zostawiając rodziców – przede wszystkim matki – z wyborem jednej z dwóch możliwych ścieżek. Pierwszą z nich jest, lansowane przez Kongres Kobiet, zostanie „superwoman”, której macierzyństwo nie przeszkadza w robieniu oszałamiającej kariery na dowolnie wybranym polu, drugą z kolei macierzyństwo jako naturalne powołanie, powiązane ze specyficzną „godnością kobiety”, głoszoną przez środowiska prawicowe i Kościół katolicki. W opinii Graff ta druga narracja wygrywa, co jest porażką nie tylko polskich feministek, ale całej lewicy.

„Matka feministka” ogniskuje się wokół kilku głównych tematów. Pierwszy to słaba obecność macierzyństwa w dyskusjach feministycznych w Polsce. Oczywiście, nie jest tak, co podkreśla sama autorka, że temat ten jest nieobecny w ogóle i pomijany, jednakże został zepchnięty na dalszy plan, a sama Sylwia Chutnik i jej Fundacja MaMa, zdaniem Graff, problemu nie załatwia. Stąd postulat „umatczynienia” Polski i polskiego feminizmu, zwrócenia się ku problemom matek i niesprowadzania ich wyłącznie do problemu godzenia ról matki i pracowniczki. Agnieszka Graff sytuuje się w kontrze do głoszonych przez przedstawicielki Kongresu Kobiet poglądów, że „matka to nie zawód”. Jak sama pisze: „(…) Kongres Kobiet – nasz Kongres, przecież go współtworzymy (…) – staje się Kongresem Superkobiet. (…) Superwoman są ambitne, pewne siebie, kompetentne. Odnoszę też wrażenie, że potrzebują mało snu. Wszystko wokół nich jest super. Mają super-pracę, super-nianie oraz super-opiekuńczych, wrażliwych mężów, często uprawiających wolne zawody, więc ich super-dzieci nie miewają raczej choroby sierocej. Co ja na to? Super! Pogratulować! A gratulując zauważyć, że to super-życie nieco odbiega od średniej krajowej. Może warto, by Kongres Kobiet nieco intensywniej zajął się potrzebami tych z nas, które nie są super, mają dzieci i też chciałyby się utrzymać na rynku pracy” (s. 228-230). Cenne jest to, że aktywna członkini i współtwórczyni Kongresu zauważa niebezpieczeństwa, jakie niesie ze sobą przymierze feminizmu i neoliberalizmu. Przede wszystkim traci się z pola widzenia te kobiety, które nie mogą lub nie chcą zrezygnować z macierzyństwa – albo nie stać ich na takie udogodnienia jak opiekunka, prywatne przedszkole i pomoc domowa (że jest ich w Polsce zdecydowana większość, zapomniała chyba prof. Magdalena Środa, udzielając Agnieszce Kublik opublikowanego w „Magazynie Świątecznym” wywiadu „Nauczycielka”). „Matka feministka” upomina się o te kobiety, które nie odnajdują się w narracji Kongresu, a o których prawa powinien on walczyć. W świetle wszechobecnej dominacji języka ekonomii kapitalistycznej (nawet w relacjach z dziećmi), gdzie rodzice zamienili się w konsumentów, otrzeźwiający głos felietonistki jest niezwykle potrzebny.

Agnieszka Graff zwraca także uwagę na problem urlopów rodzicielskich (które w Polsce funkcjonują jako macierzyńskie) i podziału obowiązków między oboje rodziców. Kładzie nacisk na dowartościowanie ojcostwa i stworzenie możliwości powstania bliskiej relacji ojca z dzieckiem (między innymi przez urlopy rodzicielskie, gdzie część urlopu przypadałaby ojcu – felieton „Czekając na anioły”). Autorka zabawnie komentuje, że „w Polsce obowiązuje anachroniczne wyobrażenie o tym, co naturalne: mama siedzi w jaskini i niańczy młode. Tata poluje i to go zwalnia z rodzicielskich obowiązków. Jak chce zajrzeć do jaskini, to może. Ale nie musi. Nic nie straci, jeśli zdecyduje, że nie chce. Nie musi chcieć – wszak poluje. Za to jaskiniowa mama jest w jaskini zawsze obecna. Odpowie natychmiast na każde kwilenie jaskiniątka. Ma czas. Jaskiniowe kobiety nie polują. My jednak nie żyjemy w jaskiniach. Większość współczesnych matek polować – czyli pracować zawodowo – i chce, i musi” (s. 243). Zwraca się także do sfrustrowanych ojców, pomstujących na „babski spisek”, w wyniku którego opiekę nad dziećmi po rozwodzie niejako „z automatu” przekazuje się matce. Graff próbuje przyciągnąć ich do swojej idei i spojrzenia na problem z perspektywy pokutujących w społeczeństwie wyobrażeń na temat rodziny. Podobnie pisze o zajmowaniu się dziećmi: „Małym dzieckiem zająć się potrafi każdy, niezależnie od płci. Każdy potrafi tulić, przewijać, karmić” (s. 162). Apeluje o nowe ojcostwo i wyszydza piosenki oraz książeczki dla dzieci, gdzie chłopcy jeżdżą na motorach, dziewczynki robią porządki, a ojcowie czasami pomagają mamie i zabierają dzieci na lody. Agnieszka Graff zjeżdża z feminizmem tam, gdzie ten rzadko zagląda – pod zjeżdżalnię („Feminizm spod zjeżdżalni” to tytuł jednego z rozdziałów). Myślę, że na tym polega największa zaleta „Matki feministki” – umożliwia spotkanie myśli feministycznej z matkami, które inaczej mogłyby nie wiedzieć, że są feministkami i że ten ruch ma im coś do zaoferowania. Za taką „sferę spotkań” matek z feminizmem uważam zwłaszcza felietony, które pierwotnie ukazały się w „Dziecku”.

Ciekawe i niezwykle dowcipne są obserwacje Graff-matki dotyczące zabawek i płci kulturowej. W tekście „Pudelki i koparki” autorka zwraca uwagę, że „naturalne”, dziecięce wybory zabawek nie tyle stanowią wyraz raz na zawsze ustalonych potrzeb i wrażliwości obu płci, lecz są starannie „programowane” już od najmłodszych lat, zarówno przez śpioszki, jak i życzliwe spostrzeżenia innych („»Dziewczynka? Ojej, jaka śliczna, a jakie długie ma te rzęsy! Jaka łągodniusia i jak zalotnie patrzy«. »Chłopczyk? Od razu wiedziałam! Jaki duży! Widać, że urwis«. Oba opisy (…) dotyczyły pary bliźniąt. (…) Dzieci są prawie nie do rozróżnienia” (s. 121)). Pisze także o książeczkach dla dzieci: „Jak coś jest rodzaju żeńskiego (myszka, betoniarka), to małe jest, słabe i głupiutkie. A jak męskiego (zajączek, traktor), to skacze i wyrusza na wędrówkę” (s. 154) – domagając się od tych opowieści więcej różnorodności. Graff wspomina również o książce, która wprowadza ową różnorodność, a wywołała wiele kontrowersji – „Z Tango jest nas troje”, o jaju przygarniętym przed jednopłciową parę pingwinów. Podkreśla wagę takich opowieści w kształtowaniu u dziecka tolerancji – dla Stasia, syna autorki, najbardziej frapujące nie jest to, że Tango ma dwóch ojców, a to, jak jajo pęka i wykluwa się pisklątko. Felietonistka opisuje także zgorszenie, jakie wywoływał jej syn w trakcie spacerów, kiedy opiekował się maskotką wożoną w wózeczku. Doświadczenia Graff jako matki pokazują dobitnie, że to, co w środowisku akademickim uchodzi za oczywistość, niekoniecznie tak samo jest traktowane „pod zjeżdżalnią”. To kolejne cenne spotkanie rozmaitych płaszczyzn w „Matce feministce”.

Felietony o feminizmie i macierzyństwie (czy szerzej – rodzicielstwie) są pisane z osobistej perspektywy autorki, która jest zdeklarowaną feministką, intelektualistką mieszkającą w wielkim mieście. Choć często przypomina, że feminizm powinien zająć się matkami w gorszej sytuacji społecznej, czasami zapomina, że sama zalicza się do tych bardziej uprzywilejowanych (nawet jeśli na urlopie musiała reperować budżet „chałturami” w postaci felietonów). Rozterki: „Iść czy nie iść na wychowawczy? Wracać do pracy, czy dać mu/jej jeszcze kilka miesięcy z mamą?” (s. 116) to na pewno „realne dylematy”, ale – dylematy matek, które mogą w ogóle rozważać dłuższy urlop. Graff pisze też o klubach malucha, gdzie dostępne są zajęcia „przed-przedszkolne” w cenie „dwóch kaw” („To my, przedszkolaki – felieton (raczej) apolityczny”). Narzeka też na brak dań odpowiednich dla dzieci w menu pewnej knajpki. To są, nie bagatelizując, problemy matek uprzywilejowanych, bo dość majętnych. Na szczęście Graff nie ogranicza się do własnej perspektywy i dostrzega trudności dotyczące wszystkich – jak te związane z infrastrukturą miejską, skutecznie uniemożliwiającą poruszanie się po mieście z wózkiem. W ironicznym i gniewnym felietonie „Komisja do spraw niewychodzenia” przedstawia szereg problemów i barier, na jakie natrafia osoba z wózkiem albo po prostu z małym dzieckiem. Pisze także o oddziałach dziecięcych w szpitalach i pozycji pokornego petenta, lekceważonego przez personel, jaką automatycznie przybiera rodzic chorego dziecka („Pilnuj, mama, tę kroplówkę!”). Autorka zwraca uwagę na piętrzące się przed rodzicami trudności w kraju, w którym ponoć „rodzina jest najważniejsza” i podlega specjalnej trosce rządu i społeczeństwa.

Niekwestionowaną zaletą „Matki feministki” okazuje się dowcip. Agnieszka Graff ze swadą i poczuciem humoru opisuje codzienne sytuacje, jest baczną obserwatorką wszystkiego, co dzieje się wokół, przykłada teorię feministyczną do praktyki życiowej. Wiele w jej felietonach czułości, więzi z dzieckiem, towarzyszenia mu w rozwoju. Nie jest to jednak czułostkowy pean na temat macierzyństwa. Graff pisze także o trudnych momentach, zmęczeniu i znużeniu, o tym, że czytanie dziecku to wspaniała zabawa przez pierwsze 15 minut – a potem to już niekoniecznie. Zwłaszcza tekst „»Bachor«, czyli odtrutka” przełamuje konwencję cudownego doświadczenia macierzyństwa i niekończącej się euforii bycia z „maluszkiem”. Felietony doskonale się czyta, są niekiedy zabawne, wzruszające, ale też pełne frustracji i gniewu. Kiedy trzeba – rzeczowe, obudowane przypisami i odwołaniami do konkretnych badań i statystyk. Rzetelność Agnieszki Graff jest, poza dowcipem i walorami literackimi, jedną z największych zalet tej książki. Na końcu zbioru znajduje się dość obszerna bibliografia, zawierająca wcześniejsze teksty dotyczące macierzyństwa oraz wykaz miejsc pierwodruku felietonów składających się na „Matkę feministkę”. Trzeba także zaznaczyć, że książka jest świetnie wydana, a zamieszczone w niej fotografie doskonale uzupełniają się z tekstami. Całość jest bardzo spójna i przyjemna dla oka.

Za niekwestionowany walor „Matki feministki” należy uznać nie jej nowatorstwo, ale stwarzaną przez nią możliwość dialogu i spotkania. Kongres Kobiet i rozmowy przy piaskownicy, ojcowie i matki, rodzice i rząd – książka łączy ze sobą rozmaite grupy społeczne, wskazując im wspólne interesy, o które trzeba i należy walczyć. Agnieszka Graff przywraca macierzyństwo jako feministyczny temat i praktykę, nawet jeśli nigdy nie przestało ono być feministycznym zagadnieniem w sferze teorii. I choć „Matka feministka” nie jest wolna od pewnych ograniczeń, które są cechą wszystkich osobistych doświadczeń, to jest z pewnością pozycją ciekawą dla wielu osób. To bardzo ważne, że Agnieszka Graff ma szansę trafić do innych odbiorców, niż grono czytelników i czytelniczek wcześniejszych jej książek oraz propozycji Krytyki Politycznej.
LITERATURA:    
„Nauczycielka” – rozmowa Agnieszki Kublik z prof. Magdaleną Środą, http://wyborcza.pl/magazyn/1,133154,14102072,Nauczycielka.html

Agnieszka Graff: „Matka feministka”. Wydawnictwo Krytyki Politycznej. Warszawa 2014.