Wydanie bieżące

1 grudnia 23 (263) / 2014

Anna Zagórska,

RUMUŃSKI ENDY, NIE ZAWSZE HAPPY (BOGUMIŁ LUFT: 'RUMUN GONI ZA HAPPY ENDEM')

A A A
1.

„Rumun goni za happy endem” Bogumiła Lufta to książka wyjątkowa pod kilkoma względami. Warto przyjrzeć się tym miejscom wyjątkowym z bliska. Zaglądanie pod podszewkę, wnikanie do szczelin i przenikanie tekstowych drobin poprzedzić powinna jednak prezentacja nieco bardziej ogólnej natury. „Rumun goni za happy endem” to kolejna książka opublikowana przez wydawnictwo Czarne w ramach coraz bardziej obszernej i poważnie prezentującej się serii Sulina. Każdemu czytelnikowi, który kiedykolwiek miał do czynienia ze wspomnianą serią, nie trzeba jej zapewne ponownie przedstawiać. Sulina to książki zapadające w pamięć, układające się w wyobraźni na stałe, mieszkające trwale w naszej pamięci. Na jednym ze skrzydełek okładki można przeczytać: „W serii SULINA ukazują się książki historyczne i antropologiczne, proza podróżna, reportaże i eseje – szeroko pojęta literatura faktu. Autorzy książek ze serii SULINA przekraczają granice: geograficzne, kulturowe, mentalne, z antropologiczną dociekliwością badają pozornie znane lądy, prowadzą literackie śledztwa, odkrywające przed czytelnikiem nieznane strony fenomenu zwanego Europą”.

Seria Sulina to znak markowy Europy oddawanej słowem, ale oddziaływającej przez to słowo niezwykle głęboko. Historie, które prezentują autorzy, utrwalają się w czytelniku niemalże na zawsze, literę odczuwa się synestezyjnie, zapamiętując prezentowane światy nie tylko poprzez warstwę słowną – poszczególne wyrazy, zdania, akapity – ale wraz z otaczającym nas w momencie lektury światem. Tym lepiej, jeśli to też świat europejski. Najlepiej zaś, jeśli to Europa środkowa, Europa niejednoznaczności, bałaganu, galimatiasu, Europa splątana nie tylko na mapach, ale przede wszystkim w głowach. Daleka od oczywistości i niezachwianego piękna, raczej skłonna oddawać się wątpliwym urokom, trudnej przeszłości, skomplikowanej przestrzeni. Doskonale pamiętam swoje pierwsze spotkanie z serią Sulina w połowie roku 2006. Odbywało się ono pomiędzy dokuczliwą wilgocią wczesnego polskiego lata w Beskidzie Śląskim a nieznośnym upałem w zaniedbanych Gorcach. Lekturze towarzyszył ciężki plecak turystyczny oraz przeciągające się oczekiwanie na wyniki egzaminów maturalnych. I już chyba na zawsze Sulina będzie dla mnie symbolem takich wspomnień i takiej właśnie Europy – urokliwej, choć i wiecznie uciążliwej, do tego zaś nieustannie wyczekującej i ufundowanej na niepewności. Książka Bogumiła Lufta doskonale wpisuje się w dwa wymienione tu doświadczenia czy założenia – to wydawnicze, streszczone i skondensowane na okładce, oraz to osobiste, które lekturę wikła w świat pozalekturowy. „Rumun goni za happy endem” zwraca czytelniczą uwagę w stronę Europy zaniedbanej, pozornie nieatrakcyjnej, mało oczywistej, dalekiej od nudy dostatku i pomyślności. To historia, która dowartościowuje europejskie krańce, oświetla zaciemnione przestrzenie.

2.

Pora przejść do tych wyjątkowości, które wyróżniają książkę Lufta. Pierwszym pionkiem znaczącym metaforyczną planszę nie-zwykłości i szczególności jest już sam temat. Rumuni i Mołdawianie z nadwiślańskiej perspektywy nie stanowią interesującego materiału na jakąkolwiek książkę. No, może poza jakąś ksenofobiczną, odrażająco niepoprawną broszurką powielającą stereotypy o pochodzeniu narodowym osób żebrzących na polskich ulicach. Bogumił Luft w książce „Rumun goni za happy endem” nie tylko zrywa z krzywdzącymi obiegowymi opiniami, jakie w Polsce zarezerwowaliśmy dla mieszkańców Bukaresztu i okolic, lecz również uświadamia, jak wiele takie stereotypy zaciemniają, niszczą i niwelują, a następnie ile siły, przekonania i prawdziwej fascynacji potrzeba, by te zniszczenia nie tylko przezwyciężyć, ale i odsłonić zasypane pod gruzami stereotypów uroki. Warto zwrócić uwagę, że Mołdawianie, którzy także znaleźli swoje miejsce w opowieści Lufta, z polskiego punktu widzenia stanowią jeszcze bardziej tajemniczą i niezrozumiałą grupę. Mogliby stać się synonimem zapomnienia, metaforą europejskiej ignorancji. Bogumił Luft, z całym swoim doświadczeniem, ale i wdziękiem, wydobywa jednych i drugich z mroków niepamięci, odsłania ich dylematy, potyczki, opisuje codzienne życie, może i skąpane w zwykłości czy szarzyźnie codziennego znoju, ale nie mniej urzekające od wielkich spraw Berlina, Paryża czy innego Londynu. Kończąc książkę „Rumun goni za happy endem” autor podsumowuje:„Ta książka nie jest obiektywna, bo ja po prostu lubię Rumunów. A także ich besarabskich pobratymców, niezależnie od tego, czy uważają się za Rumunów, czy nie. Nie znaczy to, że nie jest to książka prawdziwa, bo przyjazne uczucia otwierają oczy skuteczniej niż zimny obiektywizm, ubabrany podświadomie w stereotypy, które są formą prawdy dotkniętą ciężkim kalectwem” (s. 283).

To niezwykle ważne podsumowanie. Zdaje się funkcjonować niczym motto całej książki, podobnie jak następujące po nim zdanie: „Rumunów lubię przede wszystkim dlatego, że wciąż rzadko kto ich lubi. Ale lubię ich również z wielu innych powodów” (s. 283).

3.

Owa sympatia, żartobliwie ujęta przez autora w karby przewrotności, jest jednak całkiem serio i na poważnie. I również świadczy o wyjątkowości książki Lufta. Nie zaciemnia i nie zniekształca, czego mógłby się spodziewać czytelnik. Raczej uwrażliwia, odkrywa fascynujące, a zarazem – z polskiej perspektywy – tajemnicze (bo nieznane, odpychane i sprowadzone do stereotypu) zasoby kultury. Sympatia każe zwrócić uwagę także na problemy, dylematy, konflikty i nieporozumienia, od których Luft nie ucieka, których nie marginalizuje w imię jakieś wyidealizowanej, źle pojętej – bo ślepej – sympatii. Rzetelnie odkrywa karty skomplikowanej tożsamości Mołdawian, w której pierwiastki rumuńskości walczą z „filorosyjskimi ciągotami” (s. 37), nie mówiąc już o całym kalejdoskopie rozmaitych mniejszości narodowych, w mniejszym lub większym stopniu zrusyfikowanych (Ukraińcy, Białorusini, Polacy). Skomplikowanych meandrów mołdawskiej tożsamości i równie mglistych rozróżnień dookreślających język, jakim posługują się mieszkańcy tego kraju, nie sposób streścić w kilku zdaniach opisu. Tego, w jaki sposób inkrustuje się tamtejszy język zwrotami czy idiomami rosyjskimi, także nie sposób oddać jedną frazą. Byłoby to również sporym uproszczeniem, nawet niesprawiedliwością wymierzoną w stronę autora, który ze skrupulatnością i dociekliwością odkrywa przed czytelnikami powszechnie nieznane i niezwykle interesujące kwestie związane ze statusem języka używanego w Mołdawii. Jednym słowem: to trzeba przeczytać! Jako zachętę warto przytoczyć fragment szkicu „Wielcy Językoznawcy”, jednego z tekstów otwierających omawianą książkę: „Niektóre zwroty z języka rosyjskiego bywają w Republice Mołdawii tłumaczone żywcem na rumuński i powszechnie używane, choć w języku rumuńskim nie istnieją. (…) Jednak twierdzenie, że w związku z tym nie jest to już język rumuński, tylko mołdawski, to jawna kpina z rzeczywistości” (s. 37-38).

4.

Wybór tematu – trudnego, skomplikowanego, z polskiego punktu widzenia niejednokrotnie nawet nieatrakcyjnego – oraz odautorska sympatia skierowana w stronę krajobrazów, ludzi i ich mentalności, to nie jedyne wyróżniki, które każą zwrócić baczną uwagę na książkę Lufta. Miarą wyjątkowości tej publikacji jest bowiem sama postać autora. Oto przed czytelnikiem otwiera się nie wyłącznie frapujące zróżnicowanie omawianych w „Rumunie…” problemów, ale i bogactwo biografii autora, Bogumiła Lufta. „Rumun goni za happy endem” to książka napisana nie tylko przez dziennikarza, publicystę, redaktora czy komentatora politycznego, wydawcę (we wszystkie te role Luft zdążył się już wcielić), nie tylko przez człowieka związanego zawodowo z mediami wszelkich rodzajów (prasa, radio, telewizja) i rozmaitymi dziennikarskimi gatunkami, ale również przez wieloletniego ambasadora RP w Rumunii (1993-1999) i w Republice Mołdawii (2010-2012). Nie można zapomnieć o tych ostatnich doświadczeniach Bogumiła Lufta. Co więcej, lektura omawianej książki nie pozwala o tym zapomnieć. Podwójność roli dziennikarza-ambasadora może wywoływać u odbiorców pewien dysonans. Nie ma jednak w tym życiowym dualizmie, w tych szczególnych biograficznych wyzwaniach żadnego fałszywego tonu. Wydaje się nawet, że dziennikarstwo-ambasadorstwo tylko pomogło autorowi. Przydało książce „Rumun goni za happy endem” wiele, wzbogaciło ją o unikatową perspektywę. Oto bowiem poznajemy Mołdawię i Rumunię za pośrednictwem doskonałości języka wieloletniego dziennikarza, który to język – dzięki poza dziennikarskiemu doświadczeniu – opisuje zdarzenia trudno dostępne lub nawet zupełnie niedostępne reportom. Znajdziemy tu odniesienia do zupełnie nieformalnych rozmów pomiędzy wysokimi urzędnikami, które są odbiciem ich prywatnych sądów, sympatii, poczucia humoru. Bogumił Luft dzięki swojej ambasadorskiej i dziennikarskiej przeszłości miał możliwość uczestnictwa w wielu wyjątkowych wydarzeniach, prowadzenia nietuzinkowych rozmów. „Rumun goni za happy endem” stanowi odbicie tego niezwykłego życiowego doświadczenia.

5.

Nie jest to jednak wyłącznie książka poświęcona najnowszym dziejom rumuńskiego narodu, obserwowanym przez autora z bliska, z ambasadorskiej – a wcześniej dziennikarskiej –perspektywy. Bogumił Luft sięga również w przeszłość, by naświetlić czytelnikowi niekończące się skomplikowanie relacji, które próbuje przedstawić. Szkice, w których pojawiają się te historyczne retrospekcje, dziejowe mini-wykłady początkowo zdają się nieco wytrącać czytelnika z rytmu lekturowego opartego o współczesne dylematy, wciąż aktualne polityczne spory, społeczne animozje. Bez nich jednak książka i sam odbiorca wiele by stracili. Na szczególną uwagę zasługuje choćby tekst „Dlaczego tata jest smutny” – niezwykle sprawnie napisana historia, która rozpoczyna się frazą na długo zapadającą w pamięć: „W piątek 18 maja 2001 roku na bukaresztańskim lotnisku Otopeni ląduje samolot, którym wraca do ojczyzny były król Rumunii Michał, zwany powszechnie w kraju Michałem Pierwszym. Wbrew wszelkiej logice, bo nawet najbardziej zajadli rojaliści stracili już nadzieję, że przydarzy się jeszcze kiedyś jakiś Michał Drugi” (s. 158).

Te słowa trudno wymazać, trudno usunąć z wyobraźni sugestywny obraz, jaki odmalowują. Imaginacyjny krajobraz już na długo pozostanie naznaczony wizerunkiem pełnego przygnębienia siedemdziesięciodziewięcioletniego wówczas Michała I nazywającego pałacowe salony, na które został wprowadzony po latach, „dość smutnym miejscem”. „Dlaczego tata jest smutny” to przejmująca opowieść-zwierciadło, która poprzez historię jednostki (nieprzeciętnej, szczególnej, ale wciąż jednostki) ukazuje dramat całego narodu. Warto wnikliwie przeczytać wspomniany szkic, który odkrywa przed nami barwne – choć przykre – dzieje rumuńskiego monarchy, ale i dobitnie zaświadcza o pokiereszowanej historii narodu.

6.

Równie przejmująca jest historia Ioany Arnăutoiu przedstawiona w szkicu zatytułowanym „Z motyką na Słońce Karpat”. Tragiczny – a przy tym niewiarygodny, niemalże niemożliwy – los tej kobiety, urodzonej w jaskini jako córka ukrywających się antykomunistycznych partyzantów, następnie oddanej do sierocińca i wychowywanej w rodzinie adopcyjnej, mógłby być ilustracją dramatycznych dziejów całego narodu. Luft przedstawia ogrom absurdu i przewyższający go ogrom okrucieństwa czasów dyktatury Ceauşescu poprzez przypomnienie postaci takich jak Arnăutoiu czy Ana Blandiana, autorka przemyconego w książce dla dzieci pamfletu przeciwko rumuńskiemu dyktatorowi, ale również przez przywołanie wizyty w Muzeum Historycznym w Bukareszcie, które odwiedził wraz z Erazmem Ciołkiem w 1991 r. Streszczanie tej opowieści teraz pozbawione jest oczywiście logiki – wyrwanie historii z jej kontekstu to wyrwanie w potencjalnych czytelniczych wrażeniach odbiorczych nieodwracalnej dziury – warto tylko nadmienić, że wśród eksponatów oglądanych przez Lufta znalazły się „podobizny Ceauşescu i jego Małżonki na ceramice w kształcie monumentalnych waz greckich, olbrzymie arrasy z portretami panującej pary […] malowidła, na których dyktator niczym Bóg Ojciec spogląda dobrotliwie na rumuńskie pola i fabryki” (s. 193). Śmieszność miesza się tu z tragizmem, ironia z grozą, szyderstwo z okrucieństwem.

7.

Wyjątkowe są również rodzinne związku Lufta z Rumunią. Osobisty wątek wciąż wije się w nitkach osnowy rzetelnego i całkiem obiektywnego (przy uznaniu wspomnianej wyżej sympatii) tonu. Wciąż jest to jednak opowieść inkrustowana intymnością, prywatnością, choć w sposób niezwykle wyważony, dyskretny, nienarzucający się. Ot, od czasu do czasu opowieść o skomplikowanych losach współczesnej Rumunii wzbogaci się o wzmiankę o własnym dziecku, o przywołanie jakiejś zwyczajnej, rodzinnej sytuacji. Zaintrygowany tym wątkiem czytelnik dociera w końcu do fragmentu opatrzonego dość tajemniczym tytułem „Fundamenty odporne na trzęsienia ziemi”. Szkic rozpoczyna cytat z listu, jaki we wrześniu 1937 roku wysłała nastoletnia wówczas Maria Błażewska do swojej rumuńskiej koleżanki, którą poznała jakiś czas wcześniej na obozie harcerskim. I właśnie ta niepozorna epistolograficzna znajomość dwóch siedemnastolatek, zagęszczona następnie okrucieństwem drugiej wojny światowej, a potem spiętrzona i zmierzwiona tragicznymi powojennymi losami, stanowi odległe źródło osobistych powiązań Bogumiła Lufta nie tyle z całą Rumunią, co jedną jej mieszkanką. Zainteresowanych dalszym ciągiem tej nietuzinkowej, prywatnej historii wpisanej w polityczny galimatias XX wieku należy teraz odesłać do jak najszybszej lektury.
Bogumił Luft: „Rumun goni za happy endem”. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2014 [seria: Sulina].