Wydanie bieżące

1 grudnia 23 (263) / 2014

Michał Paweł Urbaniak,

ROZLUŹNIĆ BRATERSKĄ WIĘŹ (MICHAEL CUNNINGHAM: 'KRÓLOWA ŚNIEGU')

A A A
Michael Cunningham niewątpliwie należy do najciekawszych współczesnych pisarzy amerykańskich. W swoich wielopłaszczyznowych powieściach często przekształca uznane arcydzieła literatury, nadając im całkiem nowy charakter. Tak było w przypadku nagrodzonych prestiżowym Pulitzerem „Godzin” – w tej książce Cunningham podjął literacki dialog z „Panią Dalloway” Virginii Woolf. „Wyjątkowe czasy” to tryptyk powieściowy zanurzony w poezji Walta Whitmana. Z kolei „Nim zapadnie noc” stanowił współczesną wersję „Śmierci w Wenecji” Thomasa Manna. Gustaw Aschenbach zmienia się tu w Petera Harrisa – właściciela nowojorskiej galerii, który nieoczekiwanie zakochuje się w swoim młodziutkim szwagrze. W najnowszej książce amerykańskiego prozaika ponownie mamy do czynienia z wyrafinowanym literackim nawiązaniem. „Królowa Śniegu” – jak wskazuje tytuł – opiera się na jednej z najsłynniejszych baśni Hansa Christiana Andersena.

U duńskiego prozaika okruch czarodziejskiego lustra wpada do oka i serca Kaja. Odtąd chłopiec widzi rzeczywistość w określony sposób – wszystko staje się małe i brzydkie. Sam Kaj również się zmienia – robi się nieprzystępny, złośliwy, nieprzyjazny dla tych, którzy go kochają. Wkrótce zostaje porwany przez Królową Śniegu i uwięziony w jej pałacu. Zaniepokojona zniknięciem ukochanego przyjaciela Gerda wyrusza na poszukiwania. Po długiej wędrówce i wielu przygodach uwalnia Kaja. Tak można w skrócie przedstawić Andersenowski pierwowzór. A jak ta historia wygląda w powieści Cunninghama?

Mikroskopijny kryształek lodu wpada do oka Tylera Meeksa, czterdziestokilkuletniego niespełnionego muzyka, który mieszka w zagraconym mieszkaniu w nowojorskim Bushwick (dzielnica Brooklynu) z młodszym bratem Barrettem i umierającą na raka narzeczoną Beth. Bohater w ramach prezentu ślubnego chce stworzyć wyjątkową piosenkę dla swojej przyszłej żony (ten utwór ma stanowić nieupiększony krzyk miłości, zawierać w sobie zarówno błaganie, jak i gniew przeciwko bezlitosnemu przemijaniu). Tyler jest nieudacznikiem, wydaje się kimś przegranym. Choroba narzeczonej staje się swoistą tarczą chroniącą go przed oskarżeniami świata. Sprawia, że może on sobie przypisać jakieś zasługi („Opieka nad Beth jest jego karierą. […] Tyler nigdy by się do tego nie przyznał, nawet przed samym sobą, ale dzięki temu, że dogląda Beth – pociesza ją, karmi, pilnuje przyjmowania leków, wykłóca się z lekarzami – coś w życiu osiągnął. Oto coś, co potrafi robić, i potrafi robić to dobrze, podczas gdy muzyka krąży wokół niego, wabi go, poza zasięgiem”). Wydaje się, że to choroba Beth, a także zażywane potajemnie narkotyki, dodają Tylerowi siły twórczej. Co ciekawe, mężczyzna zaakceptował także lodową drobinę w sobie, która wzbogaca jego spojrzenie na świat (daje temu wyraz w tekście piosenki: „Niech się nie stapia okruch w moim sercu”) i wcale nie chce się jej pozbyć.

Barrett Meeks, brat Tylera i rodzinny Kandyd, również czuje się przegrany. Właściwie i on nie osiągnął niczego szczególnego (wcześniej miał wiele pomysłów na życie, ale żaden z nich się nie sprawdził). We własnych oczach staje się dobijającym do czterdziestki żałosnym „żołnierzem miłości” (poszukiwania odpowiedniego partnera i długotrwałego związku nie przynoszą zadowalających rezultatów), który pozbawiony środków do życia, pomieszkuje kątem u brata i jego przyszłej żony. Pewnej nocy zdruzgotany po kolejnym zawodzie miłosnym Barrett dostrzega niezwykłe zjawisko. Oto na niebie nad Central Parkiem jaśnieje coś na kształt zorzy polarnej, „Blade morskie światło, przejrzyste pasmo welonu na wysokości gwiazd”. Pod wpływem tej swoistej epifanii Barrett zaczyna się zastanawiać nad sobą i swoim życiem oraz naturą przypadku i przeznaczenia. Czy światło było tylko przywidzeniem? A może to Bóg chciał mu w ten sposób coś przekazać? Czy chodzi tu o zapowiedź wielkich zmian? Zdezorientowany Barrett zwraca się w kierunku religii. Swoim niezwykłym doświadczeniem nie dzieli się z bratem. To początek braterskiego rozłamu, który znajdzie swój finał na ostatnich stronach powieści.

Michael Cunningham jak zwykle dosyć swobodnie przekształca literacką materię pierwowzoru. Andersenowska baśń stanowi tutaj punkt wyjścia dla ukazania skomplikowanych współczesnych relacji międzyludzkich. Tak jak w poprzednich książkach amerykańskiego pisarza (na przykład w „Domu na krańcu świata”, „Nim zapadnie noc” czy w „Godzinach”) i tu mamy do czynienia ze swoistym wielokątem, figurą, na której wierzchołkach znajdują się zarówno żywi jak i zmarli. Bohaterowie „Królowej Śniegu” są uwikłani w najróżniejsze układy. Silny braterski związek Barretta i Tylera ma w sobie coś z wzajemnej homoseksualnej fascynacji. Dla Beth jeden z braci Meeksów jest mężem ślubnym, a drugi – „zastępczym” (podobny motyw znalazł się w „Domu na krańcu świata”). Liz Campton – przyjaciółka tej trójki – w pewnym momencie wchodzi w rolę zarezerwowaną dla Beth i zostaje kochanką Tylera. Warto też wspomnieć o dwudziestoośmioletnim Andrew, który jest zarazem partnerem Liz i swoistą obsesją, obiektem niezrealizowanego pożądania Barretta. Cunningham – jak zwykle – patrzy na swoich bohaterów jakby przez autorską lupę i przedstawia ich z psychologiczną maestrią. Zwłaszcza portrety braci Meeksów to prawdziwy majstersztyk. Autor „Z ciała i z duszy” potrafi w krótkich, ale wyrazistych scenach pokazać napięcie, emocje oraz konflikty wewnętrzne, jakie stają się udziałem głównych bohaterów powieści.

Trzeba przyjrzeć się bliżej tej relacji, gdyż związki między braćmi (albo quasi-braćmi) to ważny i powtarzalny motyw w twórczości Cunninghama. Dla przypomnienia – Bobby Morrow na początku „Domu na krańcu świata” traci starszego brata Carltona, który wprowadzał go w świat. Kilka lat później sam odegra rolę przewodnika wobec swego szkolnego przyjaciela, a potem kochanka Jonathana Glovera. Wkrótce straciwszy wszystkich krewnych, zamieszka u Gloverów na prawach drugiego syna. Po latach Bobby i Jonathan stworzą własny dom. Z kolei Peter Harris – bohater „Nim zapadnie noc” – ciągle ma w pamięci fascynującego zmarłego brata. Jego odbicie widzi w swoim szwagrze. Mniej spektakularny, acz znaczący motyw braterski pojawia się także w „Z ciała i z duszy”, gdy Will Stassos uświadamia sobie swój homoseksualizm: „wypowiedział swoje nowe imię, po cichu, sam do siebie, z czułością i zaskoczeniem, jak gdyby zwracał się do brata, którego właściwie nie znał i nie widział od lat i który nagle powrócił” (Michael Cunningham: „Z ciała i z duszy”. Przeł. Maja Charkiewicz. Poznań 2004). Braterskie związki u amerykańskiego pisarza zawsze niosą w sobie pewną niejednoznaczność, opierają się na bliskości, zrozumieniu i fascynacji (często również erotycznej). Nie inaczej jest w „Królowej Śniegu”.

Barrett i Tyler są sobie całkowicie oddani. Ich bliskość ma w sobie coś żarliwego, absolutnego („Dysponują jakąś pierwotną wiedzą o sobie nawzajem […]. Jeden drugiemu nigdy nie wydaje się tajemniczy, nawet jeśli są tajemnicą dla wszystkich innych”). Bardzo znaczące są zaślubiny, których zagubieni bohaterowie dokonali po śmierci matki („Nie jesteśmy już rodzeństwem, jesteśmy towarzyszami, rozbitkami ze statku kosmicznego, dwuosobową załogą wędrującą po graniach i szczelinach planety zamieszkanej być może tylko przez nas”). To właśnie matka kazała synom pilnować się nawzajem i tym samym obarczyła ich ogromną odpowiedzialnością. Można stwierdzić, że na pewnym etapie życia bracia zaczynają funkcjonować w hermetycznym mikroświecie (znaczące, że pod pewnymi względami Barrett wydaje się Tylerowi bliższy niż narzeczona). Niebezpieczna dla łączącej ich więzi staje się Beth, która pokonuje chorobę. Nagłe ozdrowienie umierającej bohaterki zmienia sytuację w domu, inaczej rozkłada siły w tym układzie (jako żona Beth ma większe prawa do Tylera niż Barrett). W rezultacie starszy z braci czuje się zagubiony, a młodszy zagrożony. A jednak silna więź rozluźnia się niezależnie od obecności kobiety między mężczyznami. Bo „Królowa śniegu” to właściwie powieść o uwolnieniu samego siebie z braterskiej zależności. Tyler mówi do Barretta: „Potrzebujesz czegoś własnego, prawda? (…) Czegoś, co nie ma nic wspólnego ze mną”. To on, który dotychczas – zgodnie z matczynym nakazem niczym Bóg „miał oko” (jakże to znacząco brzmi w zestawieniu z początkową wizją na niebie!) na młodszego brata, ostatecznie pozwala mu odejść, daje metaforyczne błogosławieństwo. Barrett być może ułoży sobie życie z nowopoznanym mężczyzną, a i sam Tyler pewnie znajdzie swoją drogę.

Ciekawa w kontekście tej relacji jest postać Beth. To bohaterka nakreślona bardzo cienką kreską, ulotna „utrzymywana na orbicie przez coraz większą siłę grawitacji własnej strefy cienia”. Funkcjonuje między dwoma światami, jest jakby „półwidzialna”. W powieści pojawia się sugestia, że miała zastąpić braciom utraconą matkę. To, co początkowo wydaje się absurdalne, nabiera sensu, jeśli zwróci się uwagę na to, że mamy tu do czynienia ze swoistym powtórzeniem rodzinnej historii. Pani Meeks uzależnia synów od siebie nawzajem (po jej odejściu następuje swoiste „ślubowanie”). Śmierć Beth – za którą być może w pewnym stopniu odpowiedzialni są Tyler i Barrett – to właściwie zwieńczenie procesu braterskiego rozłączania. Bohaterowie mogą zacząć samodzielne życie.

„Królowa Śniegu” oczywiście została oparta na klasycznej baśni Andersena i to jest główny literacki trop. Jednak warto zauważyć, że w najnowszej książce Cunninghama znajdziemy wiele motywów znanych z „Domu na krańcu świata”. Silny związek emocjonalny łączy zarówno Jonathana i Bobby'ego (niby-rodzeństwo), jak i braci Meeksów. W obu przypadkach między braćmi stoi kobieta, z którą mieszkają, funkcjonując w quasi-małżeństwie. Obie – Beth i Clare (przyjaciółka Jonathana, kochanka Bobby'ego) – zostawiają braci – pierwsza umiera, druga odchodzi. A jednak w „Domu na krańcu świata” Jonathan i Bobby trwają w swoistej symbiozie po rozpadzie rodziny – inaczej niż Barrett i Tyler, którzy opuszczają „pole bezszelestnego tlenu stworzone z połączonych molekuł ich obu”.

W swoich książkach Michael Cunningham zazwyczaj bazuje na powszechnie znanych utworach, co zawsze jest nieco ryzykownym zabiegiem. Jednak amerykański pisarz wychodzi z tych literackich potyczek zwycięsko. Traktuje pierwowzory z szacunkiem, ale jednocześnie nie zapomina o swojej pisarskiej autonomii. W rezultacie powstają opowieści świeże, zachwycające swoją złożonością i literackim rozmachem. Zdecydowanie warto sięgnąć po „Królową Śniegu” Michaela Cunninghama – i odkryć znaną baśń Andersena w zupełnie nowej odsłonie.
Michael Cunningham: „Królowa Śniegu”. Przeł. Jerzy Kozłowski. Dom Wydawniczy Rebis Poznań 2014.