Wydanie bieżące

1 grudnia 23 (263) / 2014

Agnieszka Taborska, Sara Nowicka,

ZAWSZE JESTEM ZA WIELOZNACZNOŚCIĄ!

A A A
Sara Nowicka: Pani najnowsza książka, „Licho i inni”, to kolejna pozycja dla dzieci w Pani dorobku. Czy dla młodszych czytelników pisze Pani inaczej niż dla dorosłych? Bardziej popuszcza Pani wodze wyobraźni czy, wręcz przeciwnie, stara się Pani stworzyć spójny, zrozumiały świat?

Agnieszka Taborska: Dla dzieci piszę prawie tak, jak dla dorosłych. Choć oczywiście, w sposób naturalny, unikam pewnym tematów. Czasem – niezbyt często – zastępuję słowo bardziej skomplikowane trochę prostszym. Kiedy wydałam pierwszą książkę – „Szalony zegar” z pięknymi ilustracjami Antoniego Boratyńskiego – znajoma poetka powiedziała mi, że „chowam się” w dziecięcej literaturze. Chodziło jej chyba o to, że przedkładam wyobraźnię nad opis rzeczywistości, a dziecięcy czytelnik nie domaga się racjonalnego wytłumaczenia, na przykład, że był to sen, czy wizja powstała w głowie szaleńca. Dziecko ma daleko bardziej elastyczne pole wyobraźni niż uformowany przez szkoły dorosły. Ale moje „dziecięce” książki są czytane też przez dorosłych, którzy dostrzegają w nich inne niż dzieci treści. Tak bywa w przypadku literatury, która młodego czytelnika nie traktuje w sposób infantylny. „Alicja w krainie czarów” jest najlepszym przykładem takiego podejścia. Potencjalna wielopoziomowość lektury, drugie (i trzecie) dna stanowią – moim zdaniem – duże atuty. Zawsze jestem za wieloznacznością!

S.N.: Czy przed rozpoczęciem prac nad pisaniem książek dla dzieci próbowała Pani zbadać, co obecnie czytają dzieci, co lubią, czy chce im Pani pokazać świat własnej wyobraźni? Dochodzą do Pani informacje, jak Pani książki są odbierane przez najmłodszych?

A.T.: Nigdy nie próbowałam badać gustów ani dziecięcych, ani dorosłych czytelników. Pisanie książek zgodnie z tym, co pisarzowi gra w duszy, bez myślenia o finansowym i medialnym sukcesie, to wspaniała forma wolności. Znajomi twierdzą, że moje bajki ich dzieciom się podobają. Czy jednak rzeczywiście tak jest, czy też mówią to z uprzejmości – nie mam pojęcia.

S.N.: Choć mówiła Pani, że nie lubi książek dydaktycznych, to jednak z „Licha i innych” czytelnicy mogą się sporo dowiedzieć, m.in. o polskim folklorze, poznać słowiańskie baśnie i legendy, odkryć piękne, zapomniane słowa. Uważa Pani, że poznanie tradycji jest potrzebne młodym ludziom? Czy świat dawnych wyobrażeń nadal może być dla nich interesujący?

A.T.: Sądząc z przyjęcia, z jakim książka się spotyka, to trafiła w czytelnicze zapotrzebowanie. Staroświecki, fantastyczny świat wielu osobom okazuje się dziwnie bliski. Ja się oczywiście całym tym tradycyjnym bagażem bawię. Tak jak postmoderniści bawią się literackimi konwencjami. Robert Coover, jeden z najwybitniejszych żyjących amerykańskich pisarzy postmodernistycznych, snuje nowe opowieści przy użyciu motywów zaczerpniętych z klasycznych bajek. W jego jakże nowoczesnych książkach pełno jest dzielnych rycerzy, złych wiedźm i dobrych wróżek, zaklętych w ropuchy pięknych królewiczów, królewien uwięzionych w wieżach lub uśpionych kęsem zatrutego jabłka. Starałam się mitologię słowiańską potraktować podobnie. Narracja z wieloma odniesieniami, snuta z przymrużeniem oka i świadomością, że z dawnych cegiełek buduje się coś nowego, jest dla współczesnego czytelnika intrygująca. Chciałam też „odczynić” klisze. Stare kobiety są u mnie dowcipne i mądre; nie wszystkie panny cechuje uroda, a panów odwaga – bywa odwrotnie. „Licho” składa się z dwóch części. Pierwsza zawiera zmyślone, lecz oparte na istniejących baśniach, przeniesione we współczesność opowieści o boginkach, utopiach, olbrzymach, dziwożonach, niebożętach, itd. Już same te słowa rozpalają wyobraźnię! Druga część poświęcona jest fikcyjnym genealogiom elementów ludowych strojów: kierpców, parzenicy, pasów łowickich, koniakowskich koronek... Cała książka to trochę pastisz, trochę hołd dla czaru i poezji polskiego folkloru i krajobrazu widzianego przez romantyczno-magiczne okulary, takie, jakie włożył Witold Pruszkowski, malując w 1877 roku tajemnicze „Rusałki”.

S.N.: Jest Pani znana przede wszystkim jako wielbicielka i popularyzatorka surrealizmu. Od dawna wiemy, że folklor jest romantyczny, ale czy może być również surrealistyczny?

A.T.: Folklor – tak jak żywoty świętych – jest przede wszystkim surrealistyczny! Poprzedni ustrój – z wszechobecną Cepelią i ciągłymi występami zespołów ludowych w telewizji – skutecznie go mojemu pokoleniowi obrzydził, odarł z poezji i tajemniczości. Pani szczęśliwie już tego nie pamięta. A przecież związane z folklorem opowieści rodziły się w letnie noce przy pełni księżyca albo w zimie przy ogniu. Wtedy można uwierzyć we wszystko, surrealizm nie ma granic!

S.N.: Niektórzy odbiorcy „Sennego żywota Leonory de la Cruz” uwierzyli w pani mistyfikację i odczytali wymyśloną historię nieistniejącej nigdy świętej jako prawdziwą hagiografię. W „Lichu i innych” wymyśla Pani opowieści dotyczące powstania tradycyjnych przedmiotów, np. góralskich kierpców, do którego przyczyniły się zwykłe myszki. Nie martwi się Pani, że część odbiorców znów może wziąć te fragmenty na serio? Oczywiście nie jako prawdziwe historie powstania strojów i rzeczy, tylko jako fragmenty pochodzące z dawnych legend, a nie wymyślone przez Panią.

A.T.: Nic złego się nie stanie, polne myszki będą miały przynajmniej chwilę sławy. Ale dzięki konfuzji, która – być może – tu i ówdzie nastąpi, baśnie, folklor, cały ten odchodzący świat zostanie odkurzony, „odzyskany”, dostrzeżony na nowo.

S.N.: W jednej z rozmów wprowadziła Pani podział na dwa rodzaje książek dla dzieci. Pierwszy wywodzi się od „Kubusia Puchatka” i jest skierowany do czytelników charakteryzujących się bardziej „realistycznym” rodzajem wyobraźni. Druga grupa, reprezentowana przez „Alicję w krainie czarów”, pobudza odbiorców wrażliwych na bardziej absurdalny, surrealistyczny sposób kreowania świata. Czy poza „Alicjąwspomina Pani jeszcze inne książki z dzieciństwa, które szczególnie rozwinęły Pani wyobraźnię? Albo ilustracje, które pamięta Pani do dziś?

A.T.: „Mary Poppins". "Babcia na jabłoni”. Literatura skandynawska: „Dzieci z Bullerbyn”, „Karlsson z dachu” i, przede wszystkim, cudownie pozbawiona jakiegokolwiek moralizatorstwa „Fizia Pończoszanka” Astrid Lindgren, potem niepotrzebnie przemianowana na mniej wyrazistą „Pippi” (miałam nawet psa, którego nazwałam Fizia); „Muminki” Tove Jansson, a szczególnie „Zima Muminków” i „Opowiadania z Doliny Muminków”. Historie „Filifionki, która wierzyła w katastrofy” czy „Paszczaka, który kochał ciszę” często przypominają mi się w różnych sytuacjach. Wciąż spotykam nieśmiałych Paszczaków, i złośliwe małe Mi, i niekochane Buki. Wielkie wrażenie zrobiła na mnie zilustrowana przez autora przewrotna bajeczka Thackeraya „Pierścień i róża”. Choć i rysunki Marka Rudnickiego z PIW-owskiego wydania, które świetnie pamiętam z dzieciństwa, nadal przyprawiają mnie o dreszczyk emocji. W idealnych przypadkach tekst działa równie silnie jak ilustracje. Tak jest w „Alicji w krainie Czarów”, „Muminkach”, „Pierścieniu i róży”. Ilustracje Szancera do „Dziadka do orzechów” Hoffmanna i „O krasnoludkach i o sierotce Marysi" Konopnickiej do dziś wydają mi się pełne niezwykłej magii. Bajka Konopnickiej przysłużyła się do powstania rozdziału o niebożętach w „Lichu i innych”. „Dziadek do orzechów” – jak zresztą i inne opowieści Hoffmanna – to majstersztyk uncanny (dziwności, niesamowitości). Przez długi czas nie uznawałam żadnych innych ilustracji do „Alicji” prócz klasyków Johna Tenniela. Ostatnio jestem mniej zasadnicza. Zachwyciłam się opracowaniem Franciszki Themerson „Alicji po drugiej stronie lustra”. Kupiłam wydanie z rysunkami Tove Jansson. Mimo że Kapelusznik wygląda na nich wypisz wymaluj jak Włóczykij z „Muminków”, to i tak z tekstem Lewisa Carrolla świetnie współgrają.

S.N.: Chętnie odwołuje się Pani do „polityki archipelagów” stworzonej przez Rolanda Topora. Według niej na całym świecie istnieją grupy ludzi obdarzonych szczególnym rodzajem wrażliwości, którzy, często w bardzo przypadkowy sposób, wpadają na siebie lub swoją twórczość. Czy autor ilustracji do „Licha i innych”, profesor Lech Majewski, przynależy do Pani „archipelagu”? Jak doszło do Państwa współpracy?

A.T.: Mieszkamy na tej samej wyspie. Poznaliśmy się na wystawie plakatów innego jej mieszkańca, Andrzeja Klimowskiego. Dokładnie w dniu wernisażu (znów zbieg okoliczności!) ukazał się mój zbiór opowiadań „Nie tak jak w raju”, zilustrowany wspaniałymi linorytami Andrzeja. I gdy tak z Lechem gawędziliśmy, stojąc pod plakatami i ściskając w dłoniach jeszcze pachnący drukarnią tomik, zrodził się pomysł wspólnej książki. A że gotowe „Licho” czekało właśnie na ilustratora, więc znakomicie się złożyło. Lech Majewski jest oczywiście dużo więcej niż ilustratorem. Każdą stronę zaprojektował w inny, bardzo oryginalny sposób. Łącząc tradycję z nowoczesnością, stworzył intrygujące pendant do tekstu. Teraz książka mówi dwoma głosami, które ani się nie przekrzykują, ani nie brzmią obok siebie, tylko tworzą duet – intrygujący, poetycki, często zabawny.

S.N.: Na koniec chciałabym powrócić do tematów surrealistycznych. Czytając biografie takich artystów, jak wspomniany Roland Topor czy Leonora Carrington, można odnieść wrażenie, że surrealista to osoba, która nigdy nie dorasta. Czy według Pani twórczość nadrealistyczna lub badanie tego kierunku może być sposobem na zachowanie w sobie wrażliwości dziecka?

A.T.: I Roland Topor, i Leonora Carrington dorośli skuteczniej niż wielu nam współczesnych. Ich pokolenie nie mogło sobie na niedorosłość pozwolić. Wojenna trauma nie opuszczała ich do końca życia, na różne sposoby przejawiając się w ich twórczości. Obydwoje należeli do najbardziej pracowitych osób, jakie znałam – to też raczej cecha dorosłych, choć trudno „dorosłość” jednoznacznie zdefiniować. Oczywiście nadrealiści nawoływali do powrotu do dzieciństwa, czasu nieskażonej wrażliwości otwierającej drzwi do prawdziwej sztuki, zamknięte dla spętanych rutyną dorosłych. Temu celowi służyły rozmaite gry, pisanie i malowanie automatyczne, itd. Ale co innego ideologia, a co innego biografie artystów.

S.N.: Mówiąc o wrażliwości dziecka miałam na myśli umiejętność tych autorów do uciekania w świat wyobraźni, która jest przede wszystkim specjalnością najmłodszych. Choć Topor i Carrington poruszają w swoich dziełach wiele trudnych tematów, takich jak: samotność, śmierć, cierpienie, starość czy brak porozumienia, to dla czytelnika, i, jak przypuszczam, dla samych twórców, te wyobrażone światy są rodzajem schronienia przed rzeczywistością. Poza tym dorosłość wiążemy także z przestrzeganiem zasad i konwenansów. Surrealiści buntowali się przeciwko normom i dobrym manierom, zarówno w poważny, jak i w lekki sposób, by przywołać przykład Carrington, która potrafiła w eleganckiej restauracji wysmarować sobie stopy musztardą. Kreowanie zabawnych i absurdalnych sytuacji czy gra z konwencjami i etykietą są dalekie od uporządkowanego świata dorosłych.

A.T.: Surrealiści mówią o ważnych problemach inaczej niż realiści: poprzez metaforę, a nie dokumentalne zdjęcie. Ale to nie znaczy, że się z rzeczywistości wypisują. Wręcz przeciwnie. Ja bym raczej powiedziała, że takie osoby, jak Carrington czy Topor nie tyle „nie dorosły”, ile dorosły bardziej niż inni. Widząc, do jakiego skostnienia „dorosłość” prowadzi, postanowiły wypowiedzieć jej wojnę. Choćby za pomocą musztardy!

Fot. Grażyna Makara.