Wydanie bieżące

1 grudnia 23 (263) / 2014

Maja Baczyńska, Maciek Dobrowolski,

RYZYKO ZAWODOWE

A A A
Maja Baczyńska: Muzyka. Wielkie marzenie od zawsze?

Maciek Dobrowolski: Mój związek z muzyką w młodości był dość osobliwy. Towarzyszyła mi od zawsze - pochodzę z muzykalnej rodziny, mój dziadek był pianistą i skrzypkiem, a mój tata w ostatniej chwili zrezygnował z dyrygentury na rzecz prawa. Z tego względu w dzieciństwie często towarzyszyła mi ciekawa muzyka - klasyczna, jazz, czy rock progresywny. Jednak dopiero będąc nastolatkiem, po zapoznaniu się z pierwszymi ścieżkami dźwiękowymi, uznałem że chciałbym zajmować się muzyką profesjonalnie. Był to zarazem początek mojej edukacji muzycznej “na poważnie”. Od razu wiedziałem też, że chcę komponować do filmów, co sprawiło, że całą moją edukację (w dużej mierze samodzielną) starałem się temu podporządkować. Myślę, że pomimo zajęć z fortepianu, gitary oraz wielu przeczytanych książek, to proces komponowania uczy mnie o muzyce najwięcej.

M.B.: Pięknie powiedziane. A czy trudno się przebić w branży filmowej?

M.D.: Myślę, że dość trudno - wymaga to nie tylko determinacji i ciężkiej pracy (jak zresztą wszelka aktywność związana z muzyką), ale po prostu szczęścia, zwłaszcza przy angażu do pierwszego filmu pełnometrażowego. Do mnie los się uśmiechnął, gdyż zadebiutowałem z międzynarodowym pełnym metrażem bardzo wcześnie, bo w wieku dwudziestu czterech lat, a moja muzyka została nad wyraz ciepło przyjęta przez recenzentów. Niestety film był pokazany zaledwie parę razy w Katarze. Mimo to, nie udało mi się zrobić filmu pełnometrażowego w Polsce, choć bardzo bym chciał. Ta branża w dużej mierze opiera się na kontaktach osobistych. Dopiero niedawno zrozumiałem jak ważne jest jeżdżenie na festiwale i poznawanie ludzi. Przykładowo w czasie festiwalu w Cannes spotkałem Pawła Orwata, z którym teraz mam przyjemność pracować.

M.B.: Na pewno masz swoich ulubionych kompozytorów muzyki filmowej.

M.D.: Oczywiście. Poza legendami gatunku - mam tu na myśli Jerrego Goldsmitha i Bernarda Herrmanna - już od dawna jednym z moich ulubieńców pozostaje Hans Zimmer, który piszę muzykę relatywnie prostą, ale niezwykle chwytliwą i inteligentną, doskonale współdziałającą z obrazem. Zimmer, podobnie zresztą jak Goldsmith oraz Herrmann, jest dla mnie inspiracją również pod względem etyki oraz stylu pracy. Paradoksalnie, wydaje mi się, że jest to kompozytor niedoceniany, znacznie bardziej wysublimowany niż wielu się wydaje. Niezwykle cenię również Elliota Goldenthala, Thomasa Newmana, Christophera Younga, Jamesa Hornera oraz Beara McCreary, a ostatnio także ścieżki elektroniczne Jona Hopkinsa, Trenta Reznora i Atticusa Rossa. Jak widać lista jest długa, ale cały urok muzyki filmowej polega właśnie na jej niesamowitej różnorodności.

M.B.: Byłeś finalistą Transatlantyk Film Music Competition. Czy udział w tego rodzaju konkursie wymaga od kompozytora wiele pracy? Jak wyglądały Twoje przygotowania?

M.D.: Dość „zwyczajnie”, chociaż w moim przypadku pisanie muzyki na konkursy jest znacznie bardziej chaotycznym i spontanicznym procesem niż praca przy filmie, kiedy przede wszystkim staram się najpierw bardzo dokładnie przeanalizować materiał. Komponowanie ścieżek na konkursy ma swoją specyfikę - na pewno możesz pisać co tylko przyjdzie ci do głowy, robić wszystko po swojemu, ale z drugiej strony brakuje trochę spottingu i kontaktu z reżyserem. Trudno jest również przestać cały czas myśleć o tym jak muzykę odbierze jury. Odnośnie samego konkursu kompozytorskiego, zorganizowanego w ramach Transatlantyku, oba fragmenty filmowe, do których mieliśmy napisać utwory to, z perspektywy kompozytora, ciekawe i satysfakcjonujące historie. A festiwal uważam za ewenement. Wydaje mi się, że każda osoba zainteresowana muzyką filmową (choć oczywiście nie tylko!) powinna chociaż raz się na nim pojawić, bo poza ciekawymi warsztatami, projekcjami oraz konkursami, można świetnie poznać środowisko kompozytorskie, porozmawiać o pracy oraz trochę się zintegrować, co biorąc pod uwagę fakt, iż kompozytorzy większość czasu spędzają zamknięci w studiu, wydaje mi się niezwykle ważne.

M.B.: Ledwie zakończył się Transatlantyk, a już przyszła wiadomość o II nagrodzie na Festiwalu Muzyki Filmowe w Krakowie.

M.D.: Tak, jestem niezmiernie szczęśliwy z tego powodu! Na Festiwalu Muzyki Filmowej w Krakowie jestem już stałym bywalcem i zawsze marzyłem o zdobyciu nagrody w Young Talent Award FMF, zwłaszcza że jest to jeden z najbardziej prestiżowych istniejących konkursów dla kompozytorów (zresztą wraz z Transatlantykiem). Docenienie mojej muzyki przez jury, w którego skład wchodzą tak znane osobistości jak Garry Schyman (kompozytor ścieżki dźwiękowej do serii gier „Bioshock”), Daniel Carlin (dyrektor prestiżowej katedry Scoring for Motion Pictures & Television na USC), czy Robert Piaskowski (dyrektor artystyczny festiwalu), dodało mi skrzydeł. Włożyłem bardzo dużo pracy w mój utwór konkursowy, a poza przygotowaniem partytury na orkiestrę, napisałem również (z pomocą przyjaciela Pawła Stroińskiego) teksty łacińskie dla chóru, które pomagają w narracji (często z przymrużeniem oka!). Pisanie tego utworu to była świetna zabawa!

M.B.: Z których projektów, jesteś szczególnie dumny?

M.D.: Trudno to jednoznacznie ocenić. Oczywiście jestem zadowolony z wielu starszych projektów, jak chociażby „Clockwise”, czy „The Winde”, ale dość szybko moje własne prace mi się nudzą. W tej chwili chyba najbardziej jestem podekscytowany ścieżką dźwiękową do pilota serialu w reżyserii Pawła Orwata, nad którym mam przyjemność aktualnie pracować.

MB: Muzyka do gier to chałtura czy wyzwanie? Gdzie możesz sobie na więcej pozwolić?

M.D.: Z grami komputerowymi miałem dość specyficzny kontakt. Jeden z projektów przy których miałem okazję pracować został zawieszony, a przy innych pisałem muzykę do wersji demo czy trailerów. Jedyny projekt, który zrobiłem od początku do końca to zupełnie szalona gra zręcznościowa „Catdammit!”. Myślę jednak, że podobnie jak w branży filmowej, wszystko zależy od projektu. Zdarzają się gry, które pozwalają kompozytorom rozwinąć skrzydła, pisać muzykę mądrą i pełną emocji, bo same takie są. Tego typu projekty wydają mi się najbardziej interesujące. To, na ile można sobie pozwolić na oryginalność, chyba zawsze zależy od relacji z producentem, bądź reżyserem oraz od charakteru produkcji.

M.B.: Wydaje się, że muzyka do gier długo była traktowana po macoszemu. Tymczasem grono jej fanów wciąż rośnie, a przy nowych produkcjach pracują coraz to głośniejsze nazwiska.

M.D.: Ja też mam takie wrażenie, zwłaszcza że ścieżki do gier zaczęli pisać tacy “giganci muzyki filmowej” jak Brian Tyler czy John Debney. Nie śledzę jednak muzycznych nowości ze świata gier aż z taką uwagą, bo bardziej interesują mnie produkcje filmowe i telewizyjne.

M.B.: Jaki masz wymarzony projekt na przyszłość?

M.D.: Prawdopodobnie projekt nawiązujący do stylistyki noir; a być może film science-fiction, lub gra podobna do „Heavy Rain” (nota bene posiadająca jedną z najlepszych ścieżek dźwiękowych do gier, jakie słyszałem).

M.B.: Co z rynku zachodniego moglibyśmy przenieść na grunt Polski?

M.D.: Nie miałbym nic przeciwko powstaniu w Polsce paru, czerpiących wzorce z Hollywood, dużych studiów zajmujących się kompozycją i produkcją muzyki do gier i filmów. Jestem wielkim fanem pracy zespołowej - dzielenia się pomysłami i technikami. Takie twórcze środowisko bardzo sprzyja pisaniu ciekawej muzyki oraz przeciwdziała rutynie. Tego typu studia oferują również możliwość terminowania dla początkujących kompozytorów, którzy mogą zacząć od asystentury i powoli piąć się po szczeblach kariery, przy okazji ucząc się od doświadczonych kolegów. W Polsce nie ma za bardzo na to szans.

MB: Muszę zapytać. Dla wielu ludzi muzyka to hobby, Ty jednak związałeś z muzyką swoje życie zawodowe. W takim razie… jakie masz hobby?

M.D.: Większość moich hobby w jakimś stopniu zahacza o muzykę (jak np. książki poświęcone teorii muzyki, które z nie wiadomych mi przyczyn uwielbiam czytać). Ostatnio czytam trochę podręczników o reżyserii oraz montażu, bardzo lubię również oglądać filmy Hitchcocka oraz niektóre współczesne seriale. Mogę także wymienić gry planszowe oraz fabularne gry RPG (na które niestety mam coraz mniej czasu), szeroko pojętą fantastykę oraz kuchnię azjatycką. W pewnym okresie uczyłem się też języka japońskiego, ale niestety przestałem ze względu na brak czasu (z chęcią kiedyś bym do tego wrócił).

M.B.: Jan A.P. Kaczmarek w jednym z wywiadów powiedział, że na początku pracował przy filmach niezbyt wysokich lotów. Czy jest to droga, którą każdy kompozytor musi przejść? A może właśnie należy czekać na projekty ambitne, by „nie wypalić się” i nie być kojarzonym z produkcjami słabszej jakości?

M.D.: W dużym stopniu jest to prawda. Młodzi kompozytorzy najczęściej trafiają na projekty które nie zawsze są najwyższych lotów, jednak nic nie stoi na przeszkodzie, aby bez względu na wszystko starać się napisać muzykę, która będzie na tyle dobra, że widzowie i tak będą na nią zwracać uwagę, co być może przyciągnie uwagę innych reżyserów. Sądzę, że jest to najpewniejsza droga do otrzymania kolejnych propozycji - przy odrobinie szczęścia - coraz fajniejszych. Nie jestem w stanie stwierdzić, na ile grozi to wypaleniem zawodowym, bo chyba należy o tym mówić raczej z perspektywy kilkudziesięciu lat pracy, a nie kilkunastu. Innym problemem jest właśnie szufladkowanie kompozytorów, co zdarza się przecież i najlepszym. Znajomy z Londynu powiedział mi kiedyś, że angaże dostaje się z uwagi na ostatnio napisaną ścieżkę, a nie ze względu na „potencjał” kompozytorski. Taki mechanizm bynajmniej nie sprzyja różnorodności. Myślę, że da się temu zaradzić, gdyż wielu kompozytorom się to w mniejszym lub większym stopniu już udało, ale z drugiej strony traktuję to jako część „ryzyka zawodowego”.