Wydanie bieżące

15 grudnia 24 (264) / 2014

Magdalena Kempna-Pieniążek,

WYDANIA DVD: "HANNA ARENDT"

A A A
Dlaczego tak trudno ocenić ten film? W recenzji opublikowanej na łamach „artPAPIERu” niedługo po kinowej premierze Damian Preis pisał o letniej temperaturze serwowanych widzowi emocji i kipiących sztucznością scenach dysput niemieckich i amerykańskich intelektualistów, których miałkości nie jest w stanie przekreślić nawet doskonała rola Barbary Sukowej (zob. http://www.artpapier.com/index.php?page=artykul&wydanie=196&artykul=4211). Kiedy sięgam po wydanie DVD filmu Margarethe von Trotty, wciąż nie tylko pamiętam, ale i rozumiem tę opinię. Równocześnie jednak zastanawiają mnie tkwiące w „Hannie Arendt” sprzeczności, pęknięcia. Mam wrażenie, że film ten (tylko? aż?) ociera się o wielkość, że gdzieś na marginesie poruszanej w nim historii silnej kobiety, która odważyła się głosić kontrowersyjne opinie na niezwykle bolesne tematy, rysuje się niepokojąca panorama współczesnej cywilizacji, w której diagnozowane przez wielką filozof banalne zło zagraża nie tylko totalitarnym, ale i demokratycznym społeczeństwom.

Niestety, panoramę tę przesłania dość gruba zasłona konwencji, na dodatek nieco niespójnych. O ile bowiem dzieło von Trotty z pewnością jest filmem biograficznym (spełnia wszak wymogi wszelkich definicji tego gatunku), o tyle już paradygmat zastosowanego tu biografizmu wydaje się dość niejasny. Reżyserka kreśli w swym filmie wielowymiarowy portret niezwykłej kobiety uwikłanej w tryby historii; uwikłanej przede wszystkim intelektualnie, bo osobista trauma Arendt związana z pobytem w obozie dla internowanych jest tutaj wygrywana nie jako rys charakterologiczny, ale jako potencjalny argument w dyskusji o poglądach tytułowej postaci. Chociaż głównym tematem filmu są konsekwencje książki napisanej po udziale w procesie Adolfa Eichmanna, von Trotta wyraźnie sugeruje, że życie Arendt jest znacznie bardziej bogate. Bohaterka filmu to wybitny naukowiec, charyzmatyczny dydaktyk, wierna przyjaciółka, cierpliwa żona przymykająca oko na romansiki uwielbiającego ją męża, uważna obserwatorka rzeczywistości społeczno-politycznej, Żydówka przyznającą się otwarcie do swojego kosmopolityzmu, a przede wszystkim – jak wiele innych bohaterek von Trotty – silna kobieta walczącą o własne miejsce w patriarchalnym świecie. Barbara Sukowa w mistrzowski sposób wydobywa z tej postaci całą gamę subtelności; sam gest zapalania papierosa – inaczej nacechowany w domowym zaciszu niż w wykładowej sali – nasiąka tu znaczeniami, które wymykają się werbalizacji.

Reżyserka nie pozostawia widzom żadnych wątpliwości: Arendt w jej filmie to postać nie tylko o umyśle bardziej wnikliwym niż rozum większości jej współczesnych, ale i o umiejętności wzbicia się na wyżyny moralnej refleksji. W sytuacji absolutnej demonizacji hitleryzmu Arendt nie daje się zwieść oficjalnym dyskursom, zauważając, że mechanizmy, jakie zrodziły potwora takiego jak Eichmann, równie dobrze mogą zaistnieć w każdym innym społeczeństwie, albowiem ekstremalne zło potrafi być w swej istocie banalne. Nie bez powodu von Trotta otwiera swój film sceną uprowadzenia Eichmanna przez agentów Mosadu. Chodzi tu nie tyle o pokazanie wydarzenia uruchamiającego fabułę, co o skonstruowanie pewnej analogii: wszak po publikacji swoich koncepcji Arendt znajdzie się w sytuacji niemal analogicznej – gdzieś na odludziu z ciemnego samochodu wyłonią się agenci izraelskiego wywiadu, by jej grozić.

Na tle heroicznej i niezłomnej postawy bohaterki inni intelektualiści, zwłaszcza Hans Jonas, wypadają co najwyżej blado, jako jednostki niezdolne do przezwyciężenia stereotypów i własnego pragnienia rewanżu za dokonane zło, którego przecież cofnąć się już nie da. Polaryzacja poglądów przedstawionych w filmie, nieznoszące innych możliwości „albo-albo” wydaje mi się problemem, którego von Trotta nie pokonała w sposób, który pozwoliłby uznać jej dzieło za całkowicie spełnione. Oto do filmu wkrada się westernowy schemat „sam przeciw wszystkim na wrogim terytorium”; a w zasadzie: „sama przeciw wszystkim”. Osaczona przez przeciwników, listownie zastraszana, porzucona przez wielu przyjaciół, Arendt decyduje się w końcu na konfrontację, w mocnych słowach wyjaśniając swoje opinie i zdobywając przychylność większości słuchaczy. W tym momencie staje się jasne, że nie o europejską dysputę intelektualną tutaj chodzi, ale o amerykański motyw dualizmu charakterystyczny dla kina gatunków. Wszelkie niuanse zostają pominięte, a twórcy filmu sterują sympatiami widzów w mało subtelny sposób: tym „złym” (Jonasowi i innym przeciwnikom Arendt, w zasadzie samym mężczyznom) przeciwstawiona zostaje ta „dobra” (Arendt w asyście niewielu wspierających ją osób).

Innym schematem obarczony został przywołany w retrospekcjach wątek romansu Arendt z Martinem Heideggerem. Motyw ten rozegrano w do bólu hollywoodzkiej, doskonale znanej z filmów pokroju „Zakochanego Szekspira” lub „Zakochanej Jane” konwencji, zakładającej, że za wielkim dziełem stać musi wielka miłość. W „Hannie Arendt” realizacja tego wątku nie jest może aż tak trywialna, bo na szczęście oparto ją na skrótach i niedopowiedzeniach, ale idea pozostaje niezmienna: w trakcie pracy nad „Banalnością zła” bohaterka wraca myślą do związku z Heideggerem na tyle często, że jasne staje się, iż jej pragnienie zrozumienia Eichmanna i jego zbrodni wyrasta z pragnienia zrozumienia Heideggera i jego zaprzedania się nazizmowi. Wszak najczęściej powtarzaną w filmie tezą Arendt jest ta, iż zło, jakiego narzędziem stał się Eichmann, było skutkiem zawieszenia umiejętności myślenia, a to przecież podczas wykładu o istocie myślenia młodziutka Arendt zadurzyła się w Heideggerze. W wątku tym dostrzegam najistotniejsze pęknięcie „Hanny Arendt”, największego z winowajców odpowiedzialnych za to, że film von Trotty tylko otarł się o wielkość: bez względu bowiem na to, jakie były intencje reżyserki, jej film ujawnia tezę, że idea Arendt nie jest de facto jej ideą, a narzędzie, które posłużyło jej do zdiagnozowania przypadku Eichmanna, pochodzi w istocie od Heideggera.

W finale filmu kamera ukazuje panoramę pogrążonego w mroku, choć rozświetlonego tysiącami świateł Nowego Jorku. Przy dźwiękach niepokojącej muzyki oddalamy się od Arendt; napisy informują nas, że bohaterka aż do swej śmierci będzie zgłębiać naturę zła. Żałuję, że cały film von Trotty nie jest tak niejednoznaczny i niepokojący, jak ów finał. Triumf Arendt na sali wykładowej nie przekonuje mnie bowiem tak mocno, jak te metaforyczne końcowe ujęcia, w których wielka metropolia tonie w ciemności, a próbujące rozproszyć ową ciemność światła wydają się nikłe w obliczu miasta i nocy.
„Hannah Arendt”. Reżyseria: Margarethe von Trotta. Scenariusz: Margarethe von Trotta, Pamela Katz. Obsada: Barbara Sukowa, Axel Milberg, Julia Jentsch i in. Produkcja: Francja, Luksemburg, Niemcy, Izrael 2013, 113 min. Dystrybutor: Aurora Films.