Wydanie bieżące

15 grudnia 24 (264) / 2014

Radosław Pisula,

WIEDŹMIN PO AMERYKAŃSKU (WIEDŹMIN: DOM ZE SZKŁA)

A A A
Rodzime komiksowe adaptacje literackiego cyklu o Wiedźminie mają swoją wyrazistą historię – od klasycznych albumów Macieja Parowskiego i Bogusława Polcha (uroczych i niedocenionych), gdzie Geralt nosił na czole wąsy Zagłoby, poprzez niezrealizowany projekt Parowskiego i Przemysława Truścińskiego, aż po całkiem przyjemną „Rację stanu” Michała Gałka, Arkadiusza Klimka oraz Łukasza Pollera, opublikowaną w „Komiksowych hitach”.

W Stanach Zjednoczonych miłość do wojownika z Rivii w przeważającej części skumulowała się na serii gier przygotowanych przez studio CD-Projekt RED, które w oczach zagranicznych użytkowników stały się nowym kanonem. Książki Andrzeja Sapkowskiego do dzisiaj są tam tylko dodatkiem i pewnie nigdy nie doczekają się takiej estymy jak w Europie. Z tego powodu jeszcze niżej w hierarchii lokowały się do tej pory nawiązujące do sagi opowieści graficzne. W końcu jednak, gdy po premierze drugiej części gry wiedźmiński szał rozgorzał na dobre, zagraniczni wydawcy kolorowych miesięczników zwrócili uwagę na finansowy potencjał drzemiący w cyklu o Wiedźminie.

Za pierwszą anglojęzyczną adaptację przygód Geralta zabrała się oficyna Dark Horse, wprawiona w rysunkowej zabawie różnorakimi licencjami. Za sterami projektu stanął solidny gatunkowy wyrobnik, Paul Tobin, który trzyma już na swej półce nagrodę Eisnera. Sam komiks bazuje na prostych założeniach, które idealnie określają dodatek do większej narracji multimedialnego świata przedstawionego. Oczywiście, scenarzysta nie mógł sobie pozwolić na jakąkolwiek samowolkę, która w widoczny sposób poprzesuwałaby pionki na planszy. Dlatego opowieść Tobina przypomina poboczną misję w grze, która daje satysfakcję, otwiera nam kolejne okienko na rozległe uniwersum, ale jest tylko opcjonalna i nie wnosi niczego nowego do historii Geralta.

Na szczęście scenarzysta całkiem zgrabnie osadził historię w rozpoznawalnej konwencji i sprezentował czytelnikom destylację podstawowych założeń sagi o Wiedźminie. Skoro protagonista jest łowcą potworów, to dostajemy horror do potęgi entej, co chwilami jest jednak trochę irytujące, ponieważ Tobin tak bardzo chce postawić akcent na gatunkowe korzenie, że klasyczna ikonografia popada w przesadę. Nawiedzony dwór, mroczny las, mgła, kruki, „żywe” lustra, klątwy, wilki, cmentarz, stare zbroje oblepione pajęczyną i skrzypiące drzwi (tak, w komiksie!) to dopiero wierzchołek góry lodowej. Wyraźnie czuć tutaj – zarówno w warstwie fabularnej, jak i rysunkowej – inspirację „Hellboyem”. Nawet materiały reklamowe w znacznym stopniu opierały się na takich porównaniach (a polskie wydanie okładki zdobi rysunek samego Mike’a Mignoli). Trzeba jednak pamiętać, że opowieść o Piekielnym Chłopcu w znacznym stopniu czerpie z dorobku mitologii słowiańskiej oraz jej przeobrażeń, do których zresztą i Sapkowski nieustannie odwoływał się w swojej sadze.

Sama fabuła jest dosyć sztampowa. Podczas podróży przez wypełniony potworami mroczny las Geralt poznaje człowieka, którego prześladuje (pod postacią bruksy) jego zmarła żona. Bohaterowie trafiają do tytułowego domu ze szkła, gdzie spotykają tajemniczą kobietę. Szybko okazuje się jednak, że nie wszyscy mówią prawdę, a Geralt (jak zawsze) będzie musiał rozwiązać całą sprawę. W przebiegu zdarzeń trudno dostrzec cokolwiek świeżego. To po prostu solidnie poukładane, choć używane klocki. Na próżno szukać w fabule rozbudowanego konfliktu czy większych emocji. Gdzieś na drugi plan schodzi również sam Wiedźmin, który staje się betonowym archetypem, a jego charakter pozostaje zagadką dla osób niezaznajomionych z innymi adaptacjami prozy polskiego fantasty. Takie uproszczenie pozwala jednak dotrzeć do „niedzielnych” czytelników, ponieważ komiks Tobina jest po prostu solidnym przygodowym czytadłem z dreszczykiem, które można skonsumować bez większej znajomości wykreowanego przez Sapkowskiego świata.

Nasączoną grozą fabułę dobrze podkreślają rysunki Joe Querio. To rzemieślnicza robota, z trzymającą odpowiednie tempo dynamiką i całkiem niezłym wykorzystaniem kolorystyki. In minus na pewno zapisują się braki w szczegółach (na przykład wtedy, gdy twarze postaci z tła zamieniają się w nieskładną papkę). Ogólnie jednak strona wizualna albumu trzyma naprawdę dobry poziom, choć nawet przez moment nie dorównuje świetnej okładce Mignoli.

Seks, wyrazisty klimat grozy, klasyczne potwory, przyjemna (choć sztampowa) wizja Geralta oraz intrygująca mieszkanka tytułowej lokacji – „Wiedźmin: Dom ze szkła” to niezła pochodna popularnej gry. Nie zobaczymy tutaj nic, czego nie było w misjach pobocznych wirtualnej rozgrywki, ale solidny warsztat Tobina i zwarta konstrukcja zapewniają całkiem przyzwoitą zabawę, adresowaną jednak raczej do fanów multimedialnego produktu niż do miłośników prozy „Sapkosia”. Przed zakupem komiksu polecam przejrzeć jego przykładowe strony, które dość wyraźnie określą styl całego albumu, będącego bezpretensjonalną, aczkolwiek zdecydowanie jednorazową lekturą.
Paul Tobin, Joe Queiro: „Wiedźmin: Dom ze szkła” („The Witcher: House of Glass”). Tłumaczenie: Karolina Stachyra, Karolina Niewęgłowska. Wydawnictwo Egmont Polska. Warszawa 2014.