Wydanie bieżące

1 stycznia 1 (265) / 2015

Natalia Gruenpeter,

GŁÓD OBRAZÓW (WOLNY STRZELEC)

A A A
Długo czekałam na premierę filmu „Wolny strzelec”. Zwiastun wiele obiecywał, ale – jak się okazało – obietnice te były rezultatem moich skojarzeń, które rozminęły się z wyobraźnią twórców filmu, pozostawiając olbrzymi niedosyt. Reżyserski debiut Dana Gilroya nie jest filmem złym, ale w mojej opinii grzęźnie on w jałowej krytyce kultury wizualnej żywiącej się obrazami przemocy. Jednocześnie wywyższa się ponad kulturę, z której wyrósł, nie chce przyznać, że sam w jakimś stopniu jest częścią tego samego zjawiska. W filmie zabrakło więc pewnej samoświadomości, która  mogłaby wynieść go ponad dobrze zrobione kino sensacyjne.

Główny bohater „Wolnego strzelca” to bezrobotny mieszkaniec Los Angeles, który żyje z drobnych kradzieży i oszustw. Kiedy pewnej nocy zatrzymuje się na miejscu tragicznego wypadku samochodowego, jego uwagę przyciąga praca niezależnych reporterów rejestrujących gorączkową akcję ratunkową. Sensacyjny materiał szybko staje się przedmiotem telefonicznych targów z lokalnymi stacjami telewizyjnymi, objawiając się tym samym jako wizja łatwych i natychmiastowych pieniędzy. Kiedy Lou Bloom podejmuje pracę w charakterze tytułowego wolnego strzelca, okazuje się, że jest wręcz stworzony do tego zawodu i nie cofnie się przed niczym, aby zdobyć jak najlepszy materiał. Bardzo szybko ujawniony zostaje psychopatyczny czy socjopatyczny rys osobowości bohatera, który – niczym seryjny zabójca – zaczyna „kolekcjonować” wyemitowane materiały swojego autorstwa, traktując je jak trofea.

Nad historią Blooma ciąży mit self-made mana, który sięga do powiedzenia przypisywanego Benjaminowi Franklinowi: „Bóg pomaga tym, którzy sami sobie pomagają”. Główny bohater bawi się zresztą tą frazą, nawiązując do innego jej wariantu, w którym Boga (opatrzność) zastępuje loteria (czysty przypadek), ale przerzucając zarazem cały ciężar na człowieka. W jednej z początkowych scen filmu Bloom mówi: „Jeżeli chcesz wygrać, musisz zarobić pieniądze, aby kupić kupon na loterię”. Jego „motto” jest jednak pustym marketingowym sloganem, który ma zaskarbić sympatię i zaufanie innych ludzi. Lou Bloom dba bowiem o pozory i z zadziwiającą swobodą wchodzi w rozmaite role, wypowiadając kwestie żywcem wyjęte z popularnych w Stanach Zjednoczonych szkoleń sprzedających sukces.

Drugi krąg problemów podjętych w filmie ma charakter współczesny, ale zdążył już zostać zmitologizowany przez kino. Chodzi o Amerykę w ekonomicznym kryzysie, o bolesne i gwałtowne wybudzenie z amerykańskiego snu. Brak perspektyw oraz kompletny rozkład więzi społecznych składają się na dystopijną wizję świata, któremu bieg nadają psychopatyczne jednostki desperacko dążące do wyznaczonych celów. Symptomatyczne wydaje się to, że owe cele są dosyć mgliście zakreślone. Lou Bloom pragnie oczywiście pieniędzy, kobiety i sukcesu, ale chyba nie to będzie dla niego ostatecznie najważniejsze. Najwyższą stawką w podjętej przez niego grze jest władza nad własnym wizerunkiem, chęć stworzenia określonego obrazu samego siebie i narzucenia go innym. Warto zauważyć, że tak zakreślona fabuła w wyraźny sposób rezonuje z tematami podjętymi w „Zaginionej dziewczynie” Davida Finchera. Obydwa filmy weszły zresztą na ekrany kin w tym samym czasie i trącają identyczne struny: nie tylko problem ekonomicznej zapaści, ale również kwestię wpływu mediów na rzeczywistość, tendencję do inscenizowania rzeczywistości, pogoń za jakąś nieosiągalną, wyidealizowaną wersją życia czy – w końcu – przekraczanie przez bohaterów granic między racjonalnością a szaleństwem, między zwyczajnym wyrachowaniem a socjopatią.

Najmocniejszą stroną „Wolnego strzelca” jest kreacja Jake’a Gyllenhaala, na której zresztą opiera się akcja. Trzeba jednak zaznaczyć, że kanadyjski aktor wyraźnie inspirował się rolą Christiana Bale’a w filmie „American Psycho”. Podobieństwa zaczynają się od charakteryzacji, która stawia na gładko przylizane włosy, dokładnie ogoloną brodę i pewną trudną do opisania, dziwną oślizgłość, która z jednej strony kojarzy się z czymś organicznym, a z drugiej z czymś całkowicie sztucznym. Angielski tytuł filmu w dosłowny sposób przywołuje tutaj skojarzenie z dżdżownicą, istotą pozbawioną kręgosłupa, żyjącą pod powierzchnią i żywiącą się organicznymi resztkami z brudnej ziemi. Ale Louis Bloom ma w sobie także coś z woskowej figury, co wydaje się bardzo przewrotne w kontekście jego nazwiska, które oznacza między innymi różową cerę będącą atrybutem zdrowego wyglądu. Ta sztuczność znajduje wyraz przede wszystkim w mimice opartej na repertuarze telewizyjnych uśmiechów, min i grymasów, które odrywają się od głębi psychicznego życia bohatera, są jedynie dryfującymi, luźnymi znakami. Być może to właśnie tutaj reżyser w najbardziej wyraźny sposób dotyka problemu obrazów i ich więzi z rzeczywistością. Niestety, bohater, którego ostatecznie kreuje, jest postacią bardzo konwencjonalną i eksploatowaną przez kino i seriale na wszelkie możliwe sposoby.

Tymczasem w postaci Lou Blooma krył się olbrzymi potencjał, możliwość skonstruowania nieco innej, bardziej złożonej opowieści o uwodzicielskiej sile obrazów. Nadzieje, jakie wiązałam z tym filmem, były rezultatem skojarzeń z Weegeem, fotografem, który w latach 40. i 50. XX wieku dokumentował sensacyjne wielkomiejskie życie Nowego Jorku. Reżyser i scenarzysta „Wolnego strzelca” przyznaje zresztą, że początkową inspiracją dla jego scenariusza był właśnie Weegee. Niestety, Gilroy nie podąża dalej tym tropem i porzuca całą ambiwalencję twórczości nowojorskiego fotografa, który w jednym kadrze potrafił zawrzeć jednocześnie współczucie dla ofiar wypadków, rabunków czy morderstw oraz zrozumienie dla gapiów chcących oglądać sensacyjne obrazy. Owszem, Bloom posiada niektóre cechy wiązane w Weegeem; tak jak on żyje na społecznym marginesie, jest nocnym stworzeniem, dąży do kreowania swojego wizerunku. Mimo to pozostaje papierową, dwuwymiarową postacią, będącą w dodatku zakładnikiem pseudomoralizatorskiego wydźwięku filmu.

W tym kontekście warto zauważyć, że Dan Gilroy do tej pory pracował przede wszystkim jako scenarzysta. Przywiązanie do słowa jest w filmie wyczuwalne; bardzo dużo rozgrywa się tutaj właśnie w dialogach, a więc jest podane w bardzo bezpośredni sposób. Być może zbyt mało przestrzeni pozostawiono operatorowi, co dziwi tym bardziej, że autorem zdjęć jest Robert Elswit, który współpracuje z Paulem Thomasem Andersonem i ma na swoim koncie kilka bardzo ciekawych obrazów Los Angeles i jego mieszkańców (m.in. „Boogie Nights”, „Magnolia”, „Aż poleje się krew”). Tutaj właśnie leżą przyczyny kolejnego z moich rozczarowań. Choć „Wolny strzelec” miał wszelkie zadatki na to, aby stać się interesującym obrazem Miasta Aniołów, zabrakło w nim chyba głębszej identyfikacji z metropolią, zdolności do podążania za jej pulsem, a przede wszystkim wyczucia jej filmowej natury. Być może trzeba jeszcze powiedzieć, skąd wzięło się oczekiwanie, że film pójdzie tym śladem. Otóż, oglądając zwiastun „Wolnego strzelca”, trudno było mi uchronić się od skojarzeń z „Drive”, również rozgrywającym się w Los Angeles, a w dużej mierze – w samochodzie przemierzającym ulice miasta. Oczywiście Nicolas Winding Refn fetyszyzuje Miasto Aniołów (i samą czynność prowadzenia samochodu) do granic możliwości, ale jest to jeden z wariantów obdarzania filmu samoświadomością, która prezentuje się jako pewna tajemnica, jako emanacja magnetycznej siły kina. W „Wolny strzelcu” niestety żadnej tajemnicy nie ma. Jest to tym bardziej zaskakujące, że film Gilroya tematyzuje przecież samo patrzenie, jest dziełem o niezaspokojonym głodzie obrazów, który potencjalnie mógłby również podjąć problem swojego własnego uwikłania w „kanibalizm oka”. Jednocześnie jednak jestem przekonana, że „Wolny strzelec” nie jest złym filmem, co każe mi uświadomić sobie, że również mój brak satysfakcji wynika z głodu określonych obrazów, innych niż zaproponowane przez Gilroya.
„Wolny strzelec” („Nightcrawler”). Scenariusz i reżyseria: Dan Gilroy. Obsada: Jake Gyllenhaal, Rene Russo, Riz Ahmed, Bill Paxton i in. Gatunek: dramat / kryminał. Produkcja: USA 2014, 117 min.