Wydanie bieżące

15 stycznia 2 (266) / 2015

Marta Kalarus,

PIANKOWA SIELANKA WŚRÓD ZAPACHU TERPENTYNY (WIELKIE OCZY)

A A A
Na najnowszy film Tima Burtona – mojego niegdyś ulubionego reżysera – szłam do kina z nadzieją i lękiem jednocześnie. Nadzieja związana była z tematyką „Wielkich oczu” oraz trailerem sugerującym, że dzieło to będzie się różnić od ostatnich filmów autora. Te bowiem skutecznie sprawiły, że słynący z gotyckich stylizacji twórca zdecydowanie spadł o kilka pozycji w moim prywatnym rankingu najciekawszych filmowców.

Lęk z kolei wynikał z dwóch rzeczy. Po pierwsze, z wyżej wspomnianych doznań dotyczących ostatnich filmów Burtona. Z seansu obiecujących (jak sądziłam) „Mrocznych cieni” wyszłam z poczuciem straconych na bilet kilkunastu złotych. „Frankenweenie” z kolei okazał się lekkostrawnym filmikiem, który dało się obejrzeć – trudno jednak pozbyć się wrażenia, że nie do końca wiadomo, po co powstał. Nie sposób też było oprzeć się przekonaniu, że Burton zaczął zjadać własny ogon i w bardzo schematyczny sposób powielać wcześniejsze pomysły – te same, które kiedyś stanowiły o oryginalności jego filmów. W „Wielkich oczach” krytyk sztuki, deprecjonujący wartość obrazów Margaret Keane, mówi o jednym z nich (umieszczonym w muzeum wskutek współpracy z UNESCO), że powiela siebie, czyli kicz, a co za tym idzie – jest powieleniem kiczu. Nie da się ukryć, że słowa te są świetnym podsumowaniem ostatnich dokonań Burtona.

Druga obawa wiązała się z tym, że w moim odczuciu zrobienie dobrego filmu o tematyce biograficznej jest sporym wyzwaniem. Spora część tego typu dzieł okazuje się przyjemnymi filmami, które doskonale ogląda się z rodziną w niedzielne przedpołudnie, zajadając się kotletem schabowym z kapustą. Oczywiście, nie mam nic przeciwko tego typu seansom; sądzę jednak, że dobry film powinien nieco bardziej zaangażować widza. Burtonowi się to udało. Z ulgą stwierdzam, że „Wielkie oczy” różnią się od jego ostatnich filmów, a dodatkowo są czymś trochę więcej niż poprawną biografią.

Zacznijmy od tematyki, która wiąże się z osobą Margaret Keane, malarki słynącej z tworzenia (głównie dziecięcych) portretów, w których uwagę obserwatora przyciągają nienaturalnie wielkie oczy postaci. Rozważania o tym, czy tego typu malarstwo to wielka sztuka, pozostawmy krytykom – faktem jest, że ekspresyjne obrazy Keane swego czasu zrobiły ogromną furorę, oddziałując na emocje odbiorców. Do ich sukcesu niewątpliwie przyczynił się Walter Keane, drugi mąż Margaret – doskonały marketingowiec i niespełniony malarz. Ta ostatnia cecha stała się przyczynkiem przedstawionej w filmie historii, która pokazuje, jak przez kilka lat Walter kreował się na autora obrazów namalowanych przez żonę, dopisując do tego wzruszającą historię o tym, jakoby wielkie oczy utrwalone na portretach były wynikiem wstrząsu, jakiego doznał na widok wygłodzonych w czasie II wojny światowej dzieci. Film Burtona ukazuje toksyczne relacje między małżonkami i przedstawia historię stłamszonej kobiety, która (mimo początkowych oporów i prób protestu) zgodziła się na pomysł męża i przez kilka lat żyła w kłamstwie, spędzając w zamknięciu i odorze terpentyny całe dnie, potrzebne na tworzenie kolejnych portretów, za które wszelkie laury zgarniał jej mąż. Film pokazuje więc historię domowej przemocy, która rozgrywa się w ekskluzywnej willi z basenem, zamieszkanej (według powszechnej opinii) przez utalentowanego artystę i jego korzystającą z luksusów żonę, wspierającą męża w robieniu zawrotnej kariery.

Burton, przedstawiając widzowi tę smutną historię, szczęśliwie uniknął nadmiernego dramatyzmu i demagogii. Tragedię Margaret reżyser ujawnia w wielu pozornie nieznaczących momentach – na przykład w scenie uroczystego wernisażu, podczas którego Walter święci triumfy, a Margaret przemyka się w roli kelnerki między gośćmi, częstując ich szampanem. Ogromny (choć nienachalny) ładunek emocjonalny niesie ze sobą również scena wywiadu, podczas którego Walter łaskawie zezwala żonie pokazać dziennikarzowi jej inne dzieła, odbiegające stylem od charakterystycznych portretów dziecięcych, deprecjonując jednocześnie prace kobiety poprzez prezentację obrazków namalowanych przez kilkuletnią córkę Margaret i okraszając to stwierdzeniem, że cała rodzina Keanów jest uzdolniona i lubi malować.

Tego typu scen jest więcej, zaś całość umieszczona została w cukierkowej, różowej scenerii lat 50. i 60., pod względem estetycznym przywodzącej na myśl urokliwe miasteczko z „Edwarda Nożycorękiego”. Ów urok i sielankowość, podobnie jak w „Edwardzie…”, są jednak sztuczne i nieudolnie próbują ukryć szarą rzeczywistość. Również w innych detalach filmu można dostrzec elementy stylistyki Burtona – najsilniej ujawniają się one w scenie w supermarkecie, kiedy Margaret widzi ludzi wyglądających jak na malowanych przez nią portretach. Burtonowski jest także humor, który sprawia, że pojawiające się w filmie negatywne emocje są równoważone i widz łatwiej je przyswaja. Reżyser nie eksponuje też zanadto swojego „ja” artystycznego, dzięki czemu forma opowiadanej historii nie przysłania treści ani nie odbiera pierwszego (i zasłużonego) miejsca jej bohaterce. Jest to ciekawe o tyle, że ma się wrażenie, że film ten może być dla Burtona czymś bardzo osobistym. Jego dziełom – zarówno filmowym, jak i malarskim – niejednokrotnie zarzucano kicz i tandetę, podobnie jak robią to w filmie krytycy malarstwa Keane. Reżyser stwierdza jednak w wywiadach, że nie przejmuje się negatywnymi opiniami i robi to, co lubi.

Czy to oznacza, że „Wielkie oczy” całkowicie uciszyły moje obawy i spełniły pokładane w nich nadzieje? I tak, i nie. Najnowsze dzieło Burtona na pewno przerywa jego złą passę – jest solidnie zrobionym filmem biograficznym, który przedstawia interesującą historię w ciekawy i nieszablonowy sposób. Z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że z kina nie wyszłam rozczarowana i czułam, że spędzony tam czas został dobrze zainwestowany. Trzeba jednak zaznaczyć, że nie jest to biografia na miarę kultowego już „Eda Wooda”, a całości nieco brakuje do najlepszych filmowych osiągnięć Burtona. Mimo to warto dać filmowi szansę i zapoznać się z historią Margaret Keane – i to niekoniecznie w charakterze tła niedzielnego obiadu.
„Wielkie oczy” („Big Eyes”). Reżyseria: Tim Burton. Scenariusz: Scott Alexander, Larry Karaszewski. Obsada: Amy Adam, Christoph Waltz, Danny Huston, Krysten Ritter i in. Gatunek: dramat biograficzny. Produkcja: USA 2014, 105 min.