Wydanie bieżące

15 stycznia 2 (266) / 2015

Filip Fierek,

PSEUDOKIBICE ŚNIĄ ZA NAS

A A A
Rzemiosłem Wojciecha Wilczyka jest zapis antropologiczny. Fotograf nie po raz pierwszy staje z aparatem w dłoni, by zebrać wizualny materiał, który układa się w traktat o polskich demonach. „Święta Wojna”, bo tak nazywa się najnowszy album artysty wydany wspólnym wysiłkiem Wydawnictwa Karakter i Atlasu Sztuki, to realizowany przez pięć lat projekt o kibolach i ich wewnętrznych walkach.

Zdjęcia kibolskich graffiti Wilczyk cyzeluje z obojętnością surowego badacza, widoczną już wcześniej w słynnym projekcie „Niewinne oko nie istnieje”. Wtedy fotograf stawał przed dawnymi synagogami, przerobionymi na sklepy, magazyny czy domy mieszkalne, i bez mrugnięcia okiem naciskał spust migawki. Nie był jego celem, jak i nie jest nim teraz, wymuszony retusz scenograficzny. Przechodzący ludzie, przekupnie, samochody – w obu pracach to wszystko stanowi integralną część kreślonego przez Wilczyka pejzażu. Strategia ta nie jest bez znaczenia.

Widoczni na zdjęciach „Świętej Wojny” ludzie, często tylko – z uwagi na wybór odpowiedniej głębi ostrości – barwne plamy, przechodzą obojętnie wobec neonazistowskich haseł. Przebiegają kadr jak cienie, próbując udowodnić, że z hasłami „jebać Żydów siekierami” i „matki pejsów są kurwami” nie mają nic wspólnego. Nikt nie przystaje, nikt się nie przygląda, nikt nie reaguje. Wydaje się, że Wilczyk chce tymi kompozycyjnymi zabiegami dowieść, jak bardzo kibolskie hasła wrosły w polski krajobraz mentalny i jak łatwo wszyscy udzielamy milczącej zgody na ich istnienie. Gdybym mógł nadać „Świętej Wojnie” alternatywny tytuł, brzmiałby on: „Niewinne oko naprawdę nie istnieje”.

Polskie imaginarium

„Święta Wojna” Wilczyka stara się przeniknąć w głąb narodowej mitologii. Narodowej, bo świetny esej Anny Zawadzkiej poprzedzający zbiór fotografii dowodzi, że polska kultura przegląda się w kibolskim graffiti jak w zwierciadle, „dużo mniej krzywym niż życzyłby sobie tego świat ludzi kulturalnych” (s. 16). Teza tego albumu jest bardzo niepokojąca. Kibolska społeczność to wcale nie egzotyczny wykwit na ciele polskiego społeczeństwa, ale grupa, której ideologię da się wywieść z polskiej kultury głównego nurtu.

Kibole śnią za nas to, co wyparte. Ich malunki to efekt działania zbiorowej podświadomości. Kibolska aktywność jest polem, w którym wizualizują się nasze zbiorowe marzenia o wielkości, panowaniu i władzy. Marzenia, których jako społeczeństwo wyrzekamy się za dnia, których do siebie nie dopuszczamy, ale które nigdy nas nie opuszczają. Może stąd ten budzący zdziwienie paradoks: ludzie nieprzyznający się do treści kibolskich haseł i jednocześnie milcząco je akceptujący. Ktoś – bez ich zgody – wyartykułował treści dotąd wyparte przez nich samych. To przyniosło ulgę, ale jednocześnie zrodziło strach przed przypisaniem im – by przywołać tytuł książki Joanny Tokarskiej-Bakir – okrzyków pogromowych.

Kibolskie (a więc narodowe) imaginarium korzysta z odwiecznych fantazmatów. Na scenie tego wymyślonego świata po stronie sił zła występują Żydzi, komuniści, geje i Romowie. Po stronie dobra: rycerze, żołnierze, heteroseksualni mężczyźni, biali Aryjczycy, katolicy i patrioci gotowi poświęcić życie za swój kraj. Jak widać, nie warto w tym wykreowanym świecie szukać szarości. One po prostu nie istnieją. Wszystko jest czarno-białe.

Trzy figury tego zbiorowego imaginarium zasługują na szczególną uwagę, ponieważ to wokół nich krystalizuje się kibolski dyskurs.

Figura pierwsza – Żyd

Repertuar antysemickich obelg kierowanych przez zwolenników jednej drużyny wobec zwolenników drugiej jest dość ograniczony, choć czasem może zaskakiwać. „Jude raus”, „jebać Żydów siekierami”, „Żydy do pieca”, „jebać Żydów skurwysynów”, „anty Jude”, „śmierć żydowskiej kurwie” albo po prostu „Żyd” to określenia, które w różnych kombinacjach najczęściej można znaleźć na polskich murach. Tej słownej retoryce towarzyszą też przedstawienia graficzne: gwiazda Dawida (która sama w sobie jest już obrazą) i gwiazda Dawida na szubienicy. Bardziej wyszukane, jeśli wolno tak powiedzieć, jest zastosowanie Judensau: przedstawienie Żyda w seksualnym kontakcie ze zwierzęciem nieczystym (np. świnią). Po raz pierwszy pojawiło się ono około XIII wieku w Niemczech. Warto dodać, że jedno z tych antysemickich przedstawień, bynajmniej nie kibolskie, można jeszcze dziś zobaczyć w katedrze gnieźnieńskiej.

Wydaje się, że w języku kiboli słowo „Żyd” jest czymś więcej niż wypłukanym z sensu epitetem. Obrażający „Żydem” jest świadom konotacji, jakie niesie za sobą to określenie. Pseudokibicowskie fora internetowe pękają bowiem w szwach od antysemickich rozmów (których uczestnicy – co dziwne – posługują się czasem poprawną polszczyzną) o Hitlerze, Holokauście i żydokomunie.

„Żyd” nie należy więc do kategorii inwektyw, do których zaliczylibyśmy słowa „kurwa” czy „chuj”. Jako obraza wiedzie swoje odrębne życie, zachowując – przynajmniej częściowo – nadane mu przez historię znaczenie.

Figura druga – gej

Członkowie środowiska kibolskiego poddają swoje męskie ciała nieustannej dyscyplinie. Pseudokibic – by nie wypaść z ram narzuconego konstruktu męskości – musi nieustannie kontrolować swój wygląd, zachowania i obyczaje. Jakikolwiek nieheteronormatywny krok (nie tylko seksualny, ale także obyczajowy) grozi wykluczeniem z grupy.

Pisze Anna Zawadzka: „Kibice to wspólnota mężczyzn, która w horyzoncie spraw ważnych, wśród punktów odniesienia – pozytywnych i negatywnych – ma wyłącznie mężczyzn (…). W męskim świecie, gdzie kultywuje się silne uczucia względem innych mężczyzn (miłość do fanów tej samej drużyny, nienawiść do fanów drużyny przeciwnej), gdzie nader często dotyka się innych mężczyzn w gestach przyjaźni lub w gestach agresji, gdzie mnóstwo jest męsko-męskiej intymności, mężczyzna musi wylegitymować się swoją homofobią”.

A legitymuje się tą homofobią, pisząc na murach: „jebać Wisłę siekierami a PZPN kutasami”, „bierzecie do ryja” czy „pedały”. Istotną rolę może, choć nie musi, grać tu wyparcie. Sándor Ferenczi powiedział kiedyś, że mężczyźni o skłonnościach homoseksualnych jako tarczy używają odgrywanej na co dzień i do przesady heteroseksualności. Kompulsywne akty potwierdzania swojej męskości mogą świadczyć o niemożności poradzenia sobie z własną seksualnością. Członków społeczności pseudokibicowskiej nie stać na tworzenie niezależnej tożsamości płciowej. Silni czują się tylko w grupie, ale żeby do niej należeć, muszą spełnić jej wymagania.

Figura trzecia – patriota

Malujący graffiti kibole korzystają z nacjonalistycznej i katolickiej poetyki. Ich rysunki utrzymane są często w biało-czerwonej kolorystyce. Zdarza im się portretować i cytować Karola Wojtyłę. Rysować krzyż z towarzyszącym mu mieczem, a obok pisać: „Wielka Polska Katolicka”. Odwoływać się do powstania warszawskiego. Deklarować, że sami jako pierwsi zginą za ojczyznę. Mit bohaterskiego powstańca, który przelewa krew dla swojego narodu, nie opuszcza ich ani na krok.

Tego patriotycznego uniwersum nie zaprojektowali pseudokibice. Oni wykorzystali tylko arsenał symboli, którym na co dzień posługuje się polskie społeczeństwo. Pisze Zawadzka: „Ogrodzenie stadionu warszawskiej Polonii, filary wiaduktów warszawskich, mosty w stolicy, mur okalający Muzeum Powstania Warszawskiego, a nawet »kamieniczka« na Nowym Mieście ozdobione są, wykonanymi w większości na zamówienie, »legalnymi« muralami powstańczymi, w których roi się od kotwic, broni, orzełków i blondynów rodem z Hitlerjugend, machających biało-czerwonymi flagami” (s. 12).

Romantyczny mit narodu, do którego nieustannie odwołuje się polska prawica, rozpalił umysły kiboli. Pseudokibice zrozumieli, „że są zaledwie kamieniami rzucanymi na szaniec. Że ich życie nie ma wartości, bo wartość ma jedynie sprawa, której potrafią się poświęcić, podporządkować, za którą dadzą się zmasakrować i zabić” (s. 12).

Zwierciadło

Zebrany przez Wilczyka materiał dowodowy broni tezy postawionej u progu „Świętej Wojny” w esejach Joanny Tokarskiej-Bakir i Anny Zawadzkiej. Pseudokibicowskie graffiti odsłaniają głębokie poziomy narodowych pragnień i namiętności. Senne marzenia Polaków formują się w amalgamat antysemickiego i homofobicznego białego mężczyzny gotowego umrzeć za swój kraj. Ten ideał jest wciąż żywy: w podręcznikach szkolnych, kulturze głównego nurtu i polityce historycznej. Różne siły naszej kultury działają, by pozostał on jak najdłużej w mocy.

Tak odczytana, „Święta Wojna” jest wyważonym apelem o przyszłość polskiego społeczeństwa (niedługo ukaże się powieść „Hey, Jude!” Emilii Walczak o podobnej tematyce, więc może nie będzie to apel jedyny). Apelem wcale nie o to – choć może też – by chwycić pędzel, puszkę farby i zamalować neonazistowskie hasła, ale przede wszystkim o to, by uśmiercić mit założycielski polskiego społeczeństwa, który miejscami jest mitem faszystowskim.
Wojciech Wilczyk: „Święta Wojna”. Wyd. Karakter, Galeria Atlas Sztuki. Kraków 2014.