ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 stycznia 2 (266) / 2015

Beroż Akreji,

9:20

A A A
PROZA IRAŃSKA
Zapalam światło. Ma otwarte usta, a jej chude nogi upstrzone niebieskimi żyłkami wystają spod brzegu koca. Opieram się o framugę drzwi:

- Dzień dobry, madame.

Z kuchni dobiega mnie odgłos kapiącej wody. Zamyka usta. Jej grdyka wędruje do góry, by za chwilę opaść z powrotem w dół. Znów otwierają jej się usta.

Prawie krzyczę:

- Dzień dobry, madame!

Podnosi głowę. Patrzy w okno. Następnie jej wzrok przesuwa się na ścianę, a potem prześlizguje się po mojej twarzy. Gdy dociera do komody stojącej w przeciwległym rogu, nagle wraca, spoczywając na mnie. Naciąga na piersi kraj koca:

- Kim pan jest? - pyta, trwożnie się uśmiechając. Powtarzam:

- Dzień dobry, madame!

Tak... Nieledwie się podnosi i puszcza rąbek koca ściskany w dłoni: Tak... Jej twarz jakby trochę się rozjaśnia:

- Czy ty jesteś tym, który nazywa mnie: „madame”?

- Tak, madame. Ja jestem tym, który nazywa cię: „madame”.

Kładzie sobie rękę na policzku: Zimno... Ale tak jest dobrze... Nie, nie jest. Moja noga nie jest przykryta kocem. Patrzy na mnie:

- Jest dobrze, prawda? Ale ty mówisz, że jest bardzo zimno, prawda? Chcesz zrobić kawę, prawda? Zdejmuję płaszcz:

- Tak. Z chlebem, masłem i serem!

- Masło i ser... Ale jest zimno! – spogląda w stronę okna - Pada deszcz, prawda?

Gałęzie drzew za oknem ściął mróz.

- Nie, madame. Śnieg. Będzie sypał śnieg. – zostawiam płaszcz na oparciu krzesła.

Odwraca głowę:

- Nie znoszę śniegu! A teraz, gdy jest zimno, szczególnie nie znoszę śniegu!

Przykrywa dłonią twarz i zaczyna płakać.

- A co z kawą? Kawy też nie znosisz? – pytam.

Oddala dłoń od twarzy na niewielką odległość:

- Kawę, owszem... Za kawą przepadam, ale... Ale znowu jest zimno! Ponownie zanosi jej się na płacz, gdy moja komórka zaczyna dzwonić:

- Halo?

- To ja. Gdzie jesteś?

- U „madame”.

- Masz dużo pracy?

- Jeszcze nie wstała z łóżka.

- Jej tabletki...

- Pamiętam.

- Wiesz, gdzie są?

- Tak, wiem.

Oddycha głęboko.

- Jesteś tam?

- W takim razie ja wypiję kawę.

- Coś się stało?

- Nie, nic.

- Widzimy się później.

- Do zobaczenia.

Pyta:

- I co? Chciała ze mną rozmawiać?

- Dzwoniła Larysa. Powiedziała, żebym zrobił kawę.

- Strasznie dużo dzwoni.

- Kto?

- Ten... – wskazuje na leżący na stole telefon.

- Nie, madame. To był mój telefon.

- Dzwoni aż do rana, a gdy się budzę, to przestaje. Jak myślisz, dlaczego tak się dzieje?

- Może ktoś próbuje się do ciebie dodzwonić.

- Kto to dzwoni? Poza tym, jak podnoszę słuchawkę, nikt nic nie mówi.

Z kranu kapie woda.

Biorę telefon do ręki. Ma przerwany kabel, który zwisa z oparcia krzesła.

- Twoja córka... Może to twoja córka dzwoni? – odkładam telefon na miejsce.

- Ja miałam córkę? – patrzy w okno – Bardzo się zanosi na śnieg?

- Nie chcesz wyjść z łóżka?

Gwałtownie chwyta koc: Chcę! Ale jest zimno, prawda? – i przyciągając go do siebie, pyta:

- Mogę zostać pod kocem na trochę?

Patrzę na żyły widoczne na jej dłoniach:

- Dobrze... To ja idę zrobić kawę. Potem cię zawołam.

Zwija się pod kocem: Dziękuję, że przyjdziesz później. Dziękuję, że przyszedłeś teraz. Zamknij drzwi wyjściowe na klucz.

- Ja nigdzie nie idę. Zamierzam tylko zrobić kawę.

Zamyka oczy:

- Z masłem i serem?

- Tak. Z masłem i serem – gaszę światło.

Idę do kuchni. Lekko uchylam okno. Jezioro jest skute lodem, a wiatr kolistym ruchem wznosi za sobą tumany śniegu. Odkręcam kurek z wodą. Napełniam do połowy zaparzacz do kawy i stawiam go na gazie. Potem zamykam kurek z wodą i otwieram lodówkę.

Z kranu kapie woda.

- Do ciebie mówię! ... Słyszysz mnie?

Przechodzę przez korytarz i staję na progu. Zapalam światło:

- Co się stało... madame? Co mówiłaś?

- Telefon!.... ty nie słyszałeś?

- Nie. Nikt nie dzwonił.

- Więc dlaczego światło się świeci?

Z kranu kapie woda.

Gaszę światło i wracam do kuchni. Zakręcam mocno kurek z wodą. Drzwi do lodówki są otwarte. Smaruję masłem kawałeczki chleba, a potem na każdym kładę plasterek sera. Syczenie imbryka staje się najpierw coraz bardziej, a potem coraz mniej intensywne, aż w końcu przechodzi w bulgotanie. Gaszę gaz. Nalewam wrzątek do niegdyś białej filiżanki, która teraz pożółkła. Dwie łyżeczki kawy. Trzy łyżeczki cukru. Mieszam. Zaczyna się pienić. Wyjmuję łyżeczkę. Krąg piany na powietrzni kawy kręci się i kręci, a potem stopniowo się zmniejsza, aż zostaje tylko mała bańka wolno zataczająca koła. Zamykam okno. Wracam do sypialni. Otwieram drzwi. Ma otwarte usta, a niebieskie żyłki na jej nodze wystają spod koca.

- Madame, kawa jest gotowa.

Z kranu kapie woda. Powtarzam trochę głośniej:

- Madame, kawa jest gotowa!

Lekko porusza głową i zamyka usta. Jej grdyka przesuwa się najpierw w górę, potem w dół, a potem usta znowu się otwierają. Już prawie krzyczę:

- Kawa jest gotowa!

Podnosi głowę:

- Kim jesteś? – spogląda na mnie.

- Kawa jest gotowa.

- Aha.... Ty jesteś tym, który nazywa mnie „madame”.

- Tak, madame. Ja jestem właśnie tym, który nazywa cię „madame”. Kawa jest gotowa.

- Kawa jest dobra. Ty też jesteś dobry, gdy robisz dobrą kawę i mówisz do mnie „ madame”... Rozszerza w zdumieniu swoje szare oczy:

- Nie dzwoniła?

- Nie. Wstawaj, kawa ci ostygnie.

- Zimna kawa nie jest dobra. Zimna kawa w żadnym wypadku nie jest dobra!

- To prawda.. A więc wstań, zanim ostygnie.

Przykłada sobie rękę do twarzy:

- Jest zimno. A telefon, jak mówisz, nie dzwonił.

- Nie, nie dzwonił. Ten telefon nie dzwoni – zaczynam iść w stronę telefonu, aby pokazać jej przerwany kabel, gdy nagle rozmyślam się i wracam na swoje miejsce:

- Chcesz, abym przyniósł ci tutaj śniadanie? ... Żebyś sobie zjadła tutaj?

Odrywa dłoń od policzka:

- Zimna kawa jest paskudna. Ile razy mam powtarzać?

- To prawda, zimna jest paskudna. Ale twoja kawa nie zdążyła jeszcze ostygnąć. Wstawaj!

Płacze:

- Ale dzwoni wtedy kiedy ja śpię! ... Ja to wiem.

- Musisz wstać, bo jeszcze trzeba ci zmienić pieluchy...

- Wiem, że muszę wstać... Chwyta się drążka umieszczonego nad głową: Ale nie dzwoni, bo ty tu jesteś! – wysila się – Nie, dziś nie dam rady... – puszcza drążek – Jak myślisz, kto tak wydzwania, co? – rozwiera szeroko oczy. Staję tuż nad jej głową:

- Nie mam pojęcia.

Łapie mnie mocno za rękę: A czasem to w ogóle nie dzwoni. Po prostu tutaj przychodzi! – pokazuje brodą w stronę korytarza – O, tam. Tam sobie spaceruje. Ciągle łazi po kuchni i nie mam pojęcia, co tam wyprawia! – patrzy na mnie w taki sposób, abym i ja zaczął się bać – Rozumiesz?

Z kranu kapie woda.

- Podaj mi rękę – chwytam jej dłoń - A teraz liczymy: jeden, dwa... Dopowiada:

- Trzy!... Ale nie da się.

Biorę ją pod pachy i jednym ruchem podnoszę. Siada, komentując:

- I... Udało się!

Wypuszczam oddech:

- No i ...?

- Jak dobrze... Kawa jest bardzo dobra – obejmuje się za ramiona - ty też jesteś dobry, jak przychodzisz i przyrządzasz dobrą kawę.

Pochylam się i wkładam w pantofle jej nogi pokryte suchą, łuszczącą się skórą. Przysuwam wózek inwalidzki. Kładę jej ręce na oparciach wózka. Spogląda na swoje pantofle:

- Nie! Jest bardzo zimno.

- Chcesz, żebym przyniósł ci śniadanie tutaj?

Opiera twarz o wnętrze swojej dłoni. Ponawiam pytanie:

- Tak? .... Chcesz tutaj zjeść śniadanie?

- Ale co mam jeść?

- Kawę. Z chlebem, masłem i serem!

- Z chlebem, masłem i serem? Ale jest bardzo zimno! Wspominałeś coś o deszczu, prawda?

Gałęzie drzew za oknem ściął mróz.

- Nie, madame. O śniegu. Pada śnieg.
Tłum. Dorota Słapa.