Wydanie bieżące

1 lutego 3 (267) / 2015

Marta Kalarus,

BIRDMAN, CZYLI NIEOCZEKIWANE POŻYTKI Z KOMERCJI

A A A
„Birdman” brawurowo zdobywa kolejne nagrody i nominacje; niezwykle pochlebne są także opinie krytyków (ktoś złośliwy mógłby wręcz stwierdzić, że być może boją się oni uznania ich za osoby równie zgorzkniałe jak filmowa Tabitha). Większość recenzji wspomina też o podobieństwach między głównym bohaterem filmu (zapomnianym, chcącym wrócić na szczyty aktorem, znanym przede wszystkim z roli tytułowego Birdmana) a Michaelem Keatonem. Analogia ta jest jednak na tyle oczywista, że nie ma sensu omawiać jej po raz wtóry.

Film przedstawia historię podupadłego gwiazdora, Riggana Thomsona (Michael Keaton), który pragnie odzyskać dawną sławę i popularność (z jakiej, nawiasem mówiąc, zrezygnował na własne życzenie, odmawiając zagrania w kolejnej części przygód superbohatera). Protagonista zamierza osiągnąć swój cel, wystawiając sztukę na Broadwayu. Nie jest to jednak proste – mężczyzna boryka się z wieloma problemami natury osobistej (kłopoty z córką oraz kochanką), artystycznej (niesforny kolega z planu), finansowej (brak funduszy na spektakl) i, co najważniejsze, egzystencjalnej. Obserwując zmagania głównego bohatera, poznajemy bezlitosne prawa rządzące show-biznesem; widzimy także, w jaki sposób działa tak zwany system gwiazd – wewnętrznie zmienny, ściśle związany nie tylko z kaprysami publiczności, ale również z humorami uprzedzonych i ziejących nienawiścią krytyków, przelewających w recenzje własne frustracje.

Aby nie zostać posądzoną o podobne postępowanie, skupię się najpierw na tym, co w „Birdmanie” jest dobre – a dobrego jest całkiem sporo. Świetne są przede wszystkim kreacje aktorskie, zwłaszcza Michaela Keatona i Edwarda Nortona. Pierwszy z nich rzeczywiście doskonale pasuje do swojej roli i bardzo przekonująco przedstawia graniczące z szaleństwem pomysły i rozterki głównego bohatera, który jest w stanie poświęcić wszystko, aby być znów podziwianym – i to za rolę, w jego mniemaniu, bardziej ambitną niż kreacja człowieka ptaka. Co do Nortona (skądinąd aktora, który potrafi zagrać chyba wszystko): jego postać zblazowanego, momentami groteskowego aktora, który grę na scenie traktuje bardziej serio niż życie, zdecydowanie zapada w pamięć. Film jest też dopracowany w każdym calu pod względem estetycznym, dzięki czemu jego seans to po prostu przyjemność dla oka.

Interesujące – choć, trzeba to powiedzieć, niezbyt odkrywcze – są również refleksje dotyczące granicy między życiem a sztuką, odsyłające nie tylko do aspektów gry aktorskiej czy kwestii twórcy, ale również do głęboko egzystencjalnych aspektów roli, jaką odgrywa w codziennym życiu każdy człowiek. Alejandro González Iñárritu porusza przy tym wspominane już kwestie krytyki sztuki oraz twórczości. Ostatni z wątków przewija się przez cały film, jednak gorycz z nim związana najwyraźniej objawia się w scenie, w której Birdman – alter ego Riggana – stwierdza, że ludzie kochają krew i akcję, a nie to „przegadane, filozoficzne, depresyjne gówno”. Trudno w tym momencie oprzeć się wrażeniu, że sformułowanie to odnosi nie do Keatona, wokół którego skupiają się recenzje, ale do twórczości reżysera. Filmy Iñárritu trudno bowiem nazwać kinem akcji – mieszczą się one raczej (oczywiście, ironicznie rzecz biorąc) w obrębie przymiotników użytych przez Birdmana. Tego typu kino nie odnosi łatwo komercyjnego sukcesu, czego dowodem może być mroczne „Biutiful”, które było chyba najbardziej depresyjnym filmem, jaki kiedykolwiek miałam okazję oglądać.

Adriana Prodeus w opublikowanej w „Kinie” recenzji „Birdmana” stwierdza: „To najpotężniejszy film w karierze Alejandro Gonzáleza Iñárritu i reżyser znakomicie potrafił skorzystać z tego rozmachu – nareszcie udało mu się wprawić wielowątkową masę w ruch, nadać jej  lekkość nieobecną w poprzednich filmach (…)”. No właśnie, lekkość – czyżby to ona była wyznacznikiem tego, co współcześnie może odnieść sukces? Oczywiście, nie można odmówić osiągnięć na tym polu wcześniejszym dziełom meksykańskiego reżysera, takim jak „Babel” czy „21 gramów”. Wydaje mi się jednak, że szum wokół nich nie był aż tak duży, jak w wypadku „Birdmana”, czyli filmu, który szydzi z zasad rządzących kinem komercyjnym i który zarazem spełnia jego warunki, idealnie wpasowując się w oczekiwania odbiorców. Owszem, pojawia się w nim sporo wątków, które służą refleksji, ale są one podane w lekkiej (sic!) formie, nie zmuszającej widza do wytężania umysłu – inaczej niż w poprzednich filmach Iñárritu, które – mimo braku wspomnianej lekkości – pozostawały w głowie widzów jeszcze długo po zakończeniu seansu. W „Birdmanie” z kolei wszystko zostaje podane na tacy, a przekaz jest jasny.

Stwierdzeniem tym absolutnie nie chcę rozpoczynać dyskusji nad kinem artystycznym i komercyjnym – tym bardziej, że uważam obie formy za potrzebne i sądzę, że oglądanie jednej z nich nie wyklucza jednocześnie czerpania przyjemności z drugiej. „Birdman” jest jednak ciekawym zjawiskiem kulturowym i reżyser – nie wiem, na ile świadomie – daje prztyczka w nos wszystkim po równo: aktorom, twórcom, krytykom i widzom. Recenzenci piszą o cudownej lekkości „Birdmana”, akapit później lub wcześniej wspominając o tym, że film jest krytyką komercji rządzącej współczesnym kinem (i sztuką w ogóle). Widzowie albo chwalą film, albo piszą na forach, że czują się rozczarowani, bo po trailerze spodziewali się komedii lub kina akcji. Wchodzący w skład jury konkursów filmowych przyznają z kolei „Birdmanowi” kolejne nominacje, zachwycając się przesłaniem dzieła i wielkim powrotem Keatona. Nominacje do Oscara w dziewięciu kategoriach są tego dowodem – żaden wcześniejszy film Iñárritu nie odniósł aż takiego sukcesu. Sukcesu w rozumieniu takim, jakie zostaje przedstawione w „Birdmanie”, wypływającego z komercyjnego uznania krytyków i publiczności. Zdziwi mnie, jeśli film nie dostanie żadnego Oscara – nagrody niezwykle prestiżowej, której z całego serca życzę reżyserowi i ekipie, ale również nagrody szalenie komercyjnej, wręczanej na pełnej blichtru i sztuczności imprezie, będącej kwintesencją kiczu i wszystkiego, co zostaje w „Birdmanie” poddane krytyce.
„Birdman”. Reżyseria: Alejandro González Iñárritu. Scenariusz: Alejandro González Iñárritu, Nicolás Giacobone, Alexander Dinelaris, Armando Bo. Obsada: Michael Keaton, Edward Norton, Emma Stone, Naomi Watts, Zach Galifianakis, Andrea Riseborough i in. Gatunek: komediodramat. Produkcja: USA 2014, 119 min.