Wydanie bieżące

1 lutego 3 (267) / 2015

Dawid Kornaga, Angelika Łuszcz,

LITERATURA TO NIEBEZPIECZNY FACH

A A A
Angelika Łuszcz: Adyin, główny bohater najnowszego filmu N. B. Ceylana „Zimowy sen”, spędza mroźne wieczory w zaciszu swojego gabinetu, pisząc felietony do lokalnej gazety. Przy świetle kominka spisuje również książkę życia – „Historię tureckiego teatru”. Przedstawiony przez tureckiego reżysera obraz pisarza potwierdza stereotyp artysty jako człowieka koniecznie poszukującego i oddającego się z upodobaniem samotności – temu niezbędnemu stanowi rzeczywistości, który pozwala uniknąć rozpraszających bodźców zewnętrznych, oferując w zamian możliwość artystycznego spełnienia. Wielokrotnie wspominałeś, że jesteś miłośnikiem kawiarnianego życia. Zastanawiam się, jak wygląda Twoja codzienność? Zabierasz niezbędne utensylia i ruszasz w miasto? Czy zgiełk, przemykający ludzie nie burzą Twojego komfortu pracy?

Dawid Kornaga: Zupełnie nie rozumiem tego eskapizmu, widocznie niektórzy tak mają, ale jeśli na podstawie swoich przeżyć wysuwają ogólne wnioski, tworząc wyżej wspomnianą kalkę „artysty, który oddaje się samotności”, to ja grzecznie zgłaszam moje veto. Pascal pisał, że „żyje się samemu i umiera się samemu”. Gombrowicz to zanegował, twierdząc, że żyje się jednak w gromadzie i jeden drugiemu dopomaga, a dopiero gdy śmierć zastuka, człowiek widzi, że jest sam i sam na sam. No ale zajmijmy się życiem. Nie sposób pisać o nim bez przeżywania go. Pustelnia kusi, lecz czy aby nie zamieni się w platońską jaskinię, kiedy pozostaniemy w niej dłużej? Samotność czy jej przeciwieństwo jest wyborem lub predyspozycją psychiczną, nigdy niezmienną koniecznością. Jednych bodźce zewnętrzne wyrzucają z toru myślenia, „lśnienia”, eksploracji samego siebie, a drugich – wręcz przeciwnie, inni ich napędzają, inspirują, są odżywką, zestawem niezbędnych kalorii egzystencjalnych, którymi trzeba się nasycić, by później spalić je w akcie twórczym. Nie mam jednej metody, czasem mam ochotę popracować w ulubionym bistro, czasem w domu, z nastaniem nocy. Zgiełk mi nie przeszkadza, zresztą podkręcam się też dosyć dynamiczną muzyką, którą wlewam w siebie przez słuchawki. Jeśli ogłuchnę przed pięćdziesiątką, to na własne żądanie. Nie przejmowałbym się bajaniami tureckich mędrców od siedmiu orientalnych boleści. Wybieram to, co lubię, bo lepiej krążyć, niż się snuć. Na kontemplację zawsze znajdzie się wtedy czas, a ona sama nie zamieni się w wymęczoną rutynę, tylko pożądany stan, który pozwala się rozenergetyzować i stworzyć coś zajmującego.

A.Ł.: Spore zamieszanie w środowisku literackim wywołała Kaja Malanowska, publikując na facebookowym profilu rozpaczliwy post, w którym narzekała na niskie zarobki pisarza. Bohater „Cięć” – Twojej szóstej powieści, obciążony pracą w agencji reklamowej „Leon Creations” Gutowski, od kilku lat piszący „do szuflady”, postanawia zarzucić pracę i poświęcić się działalności twórczej. Zdaje się, że podobnym tropem podążyłeś Ty, odrzucając ustabilizowany ośmiogodzinny dzień pracy w korporacji. Interesuje mnie Twój stosunek do zainicjowanej przez Malanowską rozmowy; sądzisz, że można utrzymywać się z pisania?

D.K.: Żaden mający trochę godności i rozsądku pisarz nie ma prawa wymagać od świata, a tym bardziej stroić fochy i jęczeć, gdzie się da, że ten w danym momencie nie kupuje, nie czyta jego książek. Ja nic nie musiałem porzucać, bo piszę od wielu lat i jest to dla mnie normalne, taki codzienny Kampf, on mnie określa i sytuuje, nie rozdzieram szat, że coś mi się należy, zwłaszcza że lubię dobre ubrania, więc nawet by szkoda było… A Gutkowski jest właśnie przestrogą dla wielu, którzy myślą, że robią łaskę, że jak coś dadzą z siebie, to zaraz mają otrzymać rekompensatę. Nic z tego. Pisanie jest wymagającym zajęciem, zwłaszcza dla pośladków, każda książka definiuje nas na nowo. Zwłaszcza kiedy „robi się” w literaturze pięknej, obyczajowej. Choć bez smęcenia, bez skarżypyctwa, uporczywego to-mi-się-należy-dobry-Boże, o, nie znoszę tego tonu, tej niewydepilowanej gęstwiny jęków, żaleń i smarków mentalnych. Za to smucą mnie sytuacje, że niektórzy wydawcy wiele środków przeznaczają na promowanie tego, co i tak się jako tako, zamiast pomóc książkom nieco mniej komercyjnym. Oczywiście, na pierwszy rzut oka. Bo i one mogą się okazać blockbusterami, w końcu kierujemy się do ludzi, którzy czytają, a nie przerzucają tylko kartki, papierowe czy wirtualne. Wierzę w czytelników, sam do nich należę; to, czego potrzebujemy, to po prostu informacji, że dana rzecz została wydana czy zrecenzowana, wybór i faktura za zakup pozostaje zaś po naszej stronie. Dobra rzecz w większości powinna się z czasem obronić, choć nie jest to regułą, niestety. Skoro kogoś nie wybieramy, znaczy, że nie jesteśmy tym zainteresowani, nawet jeśli autor zagrozi skokiem z dziesiątego piętra w ramach protestu, że nikt nie chce go czytać. Literatura to niebezpieczny fach, Dziki Zachód Prozy, groźni Indianie-krytycy, chętni do skalpowania co niektórych autorów, obleśni kowboje pióra, wystrzeliwujący najlepsze naboje na koniunkturalne fabuły, kto chce się nim zajmować, powinien uzbroić się w cierpliwość, taką pancerną, a równocześnie podnosić sobie poprzeczkę zamiast biadolić o niesprawiedliwości.

A.Ł.: Kilkanaście dni temu Horace Engdahl, będący jednym z członków Akademii Szwedzkiej, przyznającej literacką Nagrodę Nobla, postawił dość kontrowersyjną tezę, jakoby dotacje i stypendia przyznawane pisarzom nie sprzyjały literaturze, oddalając twórców od społeczeństwa, od tzw. „normalnego życia”. W wywiadzie dla francuskiego dziennika „La Croix” mówił: „Rozumiem pokusę, ale sądzę, że w ten sposób odcina się pisarzy od społeczeństwa, tworząc jednocześnie niezdrowy związek między nimi i instytucjami”. Co na ten temat myśli pisarz, który w 2011 roku otrzymał międzynarodowe stypendium twórcze Dagny, przyznawane przez Stowarzyszenie Willa Decjusza?

D.K.: Zgadzam się z Engdahlem, gdyby autor miał dostawać przez kilka lat z rzędu dotacje, to na pewno by mu w końcu woda sodowa do głowy uderzyła, przy okazji zalewając klawiaturę i pozbawiając go motywacji do pisania. Co innego krótkie stypendia, intensywne one night standy, jak w Willi Decjusza, które po prostu, po ludzku, dają kopa, przeważnie dotycząc konkretnego projektu, który podoba się donatorom. Nie upubliczniałem tego dotychczas, ale jestem też stypendystą Goethe Instytutu. W 2011 r. przedstawiłem im konkretny pomysł: zaczynam pracę nad powieścią, która przybliży współczesne stosunki polsko-niemieckie, ale żeby nie było – bez stereotypów, umizgów i silących się na fałszującą ogląd tolerancję, gdyż tacy są bohaterowie i kropka. Czy mogą mi pomóc? O dziwo, jak najbardziej, więc duma i chwała. Przyznano mi niewielkie stypendium, ale zawsze, nie narzekam, umożliwiono też wyjazd do Berlina. Potem musiałem przez kolejne dwa lata radzić sobie sam. Nie przeczę, zahartowało to mnie i na pewno nie śmiałbym wyciągać łapy po więcej – chyba że ktoś mi sam zaoferuje. Niepewność jutra i strach przed przerwaniem pracy nad książką okazały się największym motywatorem, również do zarobienia pieniędzy na kolejne wyjazdy i mieszkanie, nie mówiąc już o researchu, a ten był najważniejszy, tego nie dadzą Google Maps, fora, Facebook i „Berliner Zeitung”.

A.Ł.: Jak w Twoim przypadku wyglądał ten czas spędzony w krakowskim dworku? W jaki sposób mecenas zachęca pisarzy do pracy, dba o ich odpowiednią koncentrację, zwłaszcza gdy ma do czynienia z Dawidem Kornagą, który żyje miastem?

D.K.: Dobre podsumowanie: „gdy ma się do czynienia z Dawidem Kornagą” (śmiech). No właśnie. Gdybym miał osiąść w dworku, który oddalony jest lata świetlne od miasta, w takiej gęstej otulinie drzew wszelakich, pobliskich łąk kwietnych, rozbrykanych sarenek w oddali widzianych, motylków nad głową baraszkujących, sielskości na wyciągnięcie palca, to przyznam, pewnie bym stamtąd uciekł, gdzie ostry pieprz miejski rośnie. Bliskość Krakowa była odświeżająca i rozkręcająca. Kraków potrafi, osoby, które nie mają natury nieuleczalnego utracjusza, napoić energizerem kreatywnej pasji. Jeśli natomiast mają, cóż, plus czy minus, rapował Magik, to the bitter end, Kraków porwie ich między jedną banią a drugą do swojej smoczej jamy, gdzie mrok, bieda i delirka, choć smoka żadnego! I żaden mecenas nie pomoże, nawet gdyby podniósł kwotę stypendium czy zaoferował pobyt w ekskluzywnym SPA na podładowanie zmęczonych akumulatorków. Z kolei wielokrotne wyjazdy do Berlina, aż w pewnym momencie przestałem już je liczyć, dawały niesamowity asumpt do badań terenowych. Ich szczegóły do poznania w „Berlinawie”. Przez jakiś czas byłem skłonny do zamieszkania tam na stałe. Mało brakowało. Ale to by od razu podcięło moje skrzydła, kazało żyć zupełnie innymi i niepotrzebnie nowymi problemami, codziennością jak zakupy, sprawy w urzędach, kartą miejską, ciągiem balang na Kreuzbergu. A tak miałem komfort przebywania z zewnątrz, absolutnej koncentracji na powstającej książce.

A.Ł.: Rodzimy rynek wydawniczy zalewają ogromne ilości książek, co rusz powstają nowe wydawnictwa, pojawią się debiutanci, tworzone są nowe gatunki. Jesteś autorem siedmiu powieści, piszesz regularnie od ponad dziesięciu lat. Czy wobec takiej sytuacji pisarz powinien zabiegać o czytelnika w jakiś szczególny sposób? Wabić go?

D.K.: Jak kotka, którego chce się pogłaskać? Nie, nie i jeszcze raz nie. To uwłaczające dla czytelnika, no chyba że jest masochistą. Nie zamierzam się nikomu podlizywać, udawać kogoś, kim nie jestem. Zabiegiem jest już sama książka. To ona ma być adwokatem pisarza. Niech walczy o swoje. Niech ujmie słowami, światem przedstawionym. Niech pochłania czytelnika. I konkuruje dzielnie z… serialami. Jeśli się jej uda, cóż, sukces. Jeśli nie, palec w dół. Nie ma bowiem patentu, trzeba pogodzić się z niewiadomą. Chyba że jest się bardzo znanym autorem, taki ma większą pulę „żyć” na książki nieudane. Wierzę, że ci, którzy sięgnęli po moje powieści lub dopiero to zrobią, zobaczą, że staram się nie iść na skróty, nie chełpię własnym egotyzmem, pragnąc za każdym razem zabrać i siebie, i czytelnika do nowej projekcji rzeczywistości. Zaproponować nową interpretację. Ja starzeję się i jednocześnie rozkwitam razem z moją prozą.

A.Ł.: W Twojej najnowszej książce odbywamy topograficzną wycieczkę po dwu miastach. Najpierw poznajemy Berlin, w kolejnej części przenosimy się do Warszawy, aby w finalnym rozdziale znaleźć się w tytułowej Berlinawie. Czy pisząc książkę, empirycznie krążyłeś pomiędzy tymi stolicami? Zresztą ta niemiecka destynacja wydaje się popularnym kierunkiem młodszego pokolenia pisarzy. Jak sądzisz, dlaczego Berlin tak mocno przyciąga?

D.K.: Nie to, żebym chciał podważyć cudze zasługi, ale nie znam żadnej publikacji w polskiej współczesnej literaturze, która by tak mocno, bezkompromisowo i bez bydlęcego zachwytu „osiadłego emigranta” eksplorowała, nawet reportażowo, Berlin. O „Berlinawie” nie wspomnę (śmiech). Mogę iść w szranki z każdym autorem, kto lepiej orientuje się w klubach, eventach, pewnych specyficznych miejscach czy przysłowiowo kuma bazę czysto berlińskiego rapu. Nawet z autorami znad Sprewy. Fakt, znam dobrze niemiecki, więc mam ułatwione zadanie, no ale właśnie. Rory Maclean w swojej książce „Berlin: Imagine a City” napisze, że to miasto cierpi na wieczną niestałość, zmienia się ciągle i to określa jego tożsamość. To pociąga tych, którzy poszukiwali zmiany również w sobie. Choćby pisarz Christopher Isherwood czy David Bowie. Długo by wymieniać ten streaming idei i ciał. Berlin, w którym rozkwitł nazizm, przez ostatnie 25 lat spłaca swój dług, za który i tak został już ukarany Murem. Spłaca właśnie kultem wolności i poszanowania inności. Szacunkiem dla natury oraz odmienności, również związanej z preferencjami seksualnymi. Berlin jest zachwycającym wzorem tatuażu, którym warto się „dziarać”, poznając kolejne odsłony tego unikalnego lifestylu, który jedynie chyba z Amsterdamem po godzinie 2:45 mógłby się mierzyć, lecz zapewniam, bez takich ostatecznych konstatacji. Berlin od wieków tworzyli przyjezdni – w przeciwieństwie do innych niemieckich miast czy landów. Wpierw niderlandzcy rzemieślnicy, którzy pomogli osuszyć dzisiejszą, historyczną dzielnicę Mitte, po nich pojawili się Szkoci i Francuzi. Wreszcie po drugiej wojnie światowej Turcy, no i my. My! Germańska nietolerancja i poczucie rasowej wyższości chcąc nie chcąc musiało skapitulować, choć pół na pół, przed takim napływem. Berlin to najbliższe nam miasto-metropolia, bez starówkowych projekcji i pretensji, więc siłą rzeczy kontrapunktem jest Warszawa. Zestawienie symboliczne, nie ukrywam. Jednak reszta była ciężką pracą, okupioną przyjemnością zagłębiania się w dwóch żywych, miejskich organizmach. Prątki i krętki. Róże i kolce. Można rzec, podpiąłem się do dwóch kroplówek, a w każdej esencja danego miasta, i tak żywiony ich charakterami, będąc nieustannie to tu, to tam, budowałem cierpliwie niejednoznaczny świat „Berlinawy”.

A.Ł.: Bohaterkami „Berlinawy” są dwie kobiety: przebywająca w Berlinie na stypendium dla tłumaczy Ola oraz mieszkająca w Warszawie, miedzianoczerwona neofaszystka Ula. Zastanawiam się ,czy tak rzetelnie skonstruowane przez Ciebie postaci mają pierwowzory w rzeczywistym świecie?

D.K.: Jeśli chodzi o charakter i poglądy, to nie. Aparycję wykorzystałem, jak najbardziej. Charakterystyczne kobiety tym bardziej są tego warte. Nie uciekałem od realizmu przeżytych sytuacji. Wręcz przeciwnie, one wiele wnoszą do fabuły „Berlinawy”. Jednak gdybym był zależny od jakiejś autentycznej Oli czy Uli, to powstałaby relacja uniemożliwiająca mi opisanie przemiany danej postaci. Byłbym niewolnikiem utrwalonego wizerunku. Więc tylko wyobraźnia i jej dyktat bazujący na logice psychologicznej wiarygodności. A to jest postawą tej powieści, przemieszczanie się, miksowanie kontrastów, poczucie niestałości. Kiedy powstawał świat Oli, starałem się być Olą, olować na maksa, tłamsić siebie i po chwili rozprężać bezgranicznie, a kiedy czułem się Ulą, to na zabój, łącznie z przeżywaniem jej poglądów, z wiarą w nie, bo inaczej jak tu być Ulą, nie czując, co ona czuje? Zadanie było tym trudniejsze, bo wiedziałem, że nie oszukam odbiorcy: tak, tę powieść o dwóch kobietach napisał mężczyzna. I bez względu na wrażliwość, empatię czy cokolwiek innego, co niuansuje szeroko pojęty gender, nie zmienię tego faktu. Żartuje się, że o zdrowiu najlepiej potrafią pisać chorzy. Być może o drugiej płci płeć jej przeciwna. Natomiast ułatwieniem była fabuła, która wymuszała pewne logiczne ciągi zachowania. Tylko takie powiązanie może pomóc w wiarygodnym przedstawieniu światów wewnętrznych dwóch charakternych bohaterek „Berlinawy”.

A.Ł.: Fotograf posługujący się pseudonimem Babycakes Romeo wykonał cykl zdjęć na ulicach, w których sportretował „śmierć konwersacji”, pokazał ludzi w różnorakich sytuacjach (podczas wspólnych posiłków, spacerów, spotkań), którzy wpatrują się w swoje elektroniczne urządzenia, nie zwracając uwagi na obecność drugiej osoby. Pewne analogie odnalazłam podczas lektury Twojej książki, już na początku powieści piszesz: „Sankt Oberholz przypomina mieszkanie umeblowane Ikeą w postaci doskonałej, żadnego zbędnego elementu. Obóz koncentracyjno-internetowy. Ławy, stoły, komputery. Bywalcy siedzą cicho, zdawałoby się. Pozornie. Wirtualnie przypominają gigamanifestację, są ogółem, a każdy gra na swoim wirtualnym poletku. Blogują, postują, fejsbukują. Setki opcji, linki, komentarze, odnośniki”. Jak oceniłbyś współczesną możliwość nawiązywania relacji międzyludzkich?

D.K.: To nie sprzęt jest problemem, nowe sposoby komunikowania dla chcących się komunikować okazują się błogosławieństwem. Gorzej, kiedy ktoś lubi się komunikować sam ze sobą. Jestem fanem nowych aplikacji, viberów, whatsappów, ale pod warunkiem, że prowadzą do spotkania, wymiany poglądów i ciepłoty ciała na żywo, a to z kolei do wzmocnienia relacji, przyjaźni czy miłości. Nie możemy wymagać od urządzeń, że uczynią człowieka lepszym, bardziej czułym, wyrozumiałym. Kto nie lubi ludzi, kto czuje się dobrze wyłącznie w towarzystwie własnym, a największą inspiracją są dla niego tylko jego myśli albo nowe poziomy Angry Birds, będzie blogował, postował i fejsbukował w sposób jałowy, masturbacyjny. Warto więc zwracać na to uwagę, by wzmocnić charaktery słabsze, chwiejne, które szukają pewnych wzorców. Pamiętam, jeszcze w latach 90. byłem dumnym właścicielem, uwaga, pagera. Dla przypomnienia: jeśli ktoś chciał się ze mną skomunikować, musiał zadzwonić na centralę, przekazać operatorowi treść informacji, którą to przesyłano na urządzenie. Koszmar! Doceniam dzisiejszą innowacyjność, nie ma drogi odwrotu. I z chęcią propaguję to, co ułatwia kontakt. Wiesz, dobre wino jest w porządku, lecz kiedy wypijesz trzy butelki jedna za drugą, skutki łatwo przewidzieć. Sankt Oberholz jest ostrzeżeniem, by nie dać się zwariować. Z drugiej strony, jak ktoś tak ma, gardzi przestrogami, by się nie pogrążył w swoim żałosnym umiłowaniu durnowatości wirtualnej, małe szanse, że tego uniknie wbrew ostrzeżeniom. Ludzi i tak jest za dużo; niekiedy to, co jałowe, niższe, słabsze i głupsze, też stanowi inspirację. I nie śmiem tego deprecjonować. Różnorodność, napisałbym na swoim nekrologu, nigdy jednorodność.

A.Ł.: Fragmenty Twoich powieści możemy śledzić na autorskim blogu, który skrupulatnie prowadzisz. Czy pracujesz już nad nowym tekstem?

D.K.: Już nie tak gruntownie. Po prostu traktuję go jako hub odsyłający do recenzji czy komentarzy. Wiadomo, uploady nie płoną, nie dilejtują się… „Berlinawa” ledwo co wyszła, poświęciłem jej ostatnie dwa lata, to był czas intensywnego poszukiwania, błądzenia, znajdowania. Czas berlinowania. I zwyczajnego siedzenia na czterech literach, by tych liter mogło zebrać się ostatecznie kilkaset tysięcy. Chciałbym na razie zebrać siły i móc promować moją książkę wszędzie tam, gdzie czekają na tego typu prozę i tego typu autora (śmiech).

A.Ł.: Dziękuję za rozmowę.
Fot. Krzysztof Kuczyk.