Wydanie bieżące

15 lutego 4 (268) / 2015

Sebastian Pytel,

IKARUS (HISZPANKA)

A A A
Porzućcie wszelką nadzieję wy, którzy oczekujecie od „Hiszpanki” wizualnej wykładni powstania wielkopolskiego. Reżyser, Łukasz Barczyk, walce i militariom poświęca przysłowiowe pięć minut. Zdecydowanie bardziej interesuje go taktyka, a szerzej: siła umysłu w ogóle. Kto więc szuka kolejnego „Miasta 44”, znajdzie się na przeciwnym biegunie.

Naturalnie, wyjście na przekór oczekiwaniom wcale nie musiało być wadą, ba, w naznaczonych martyrologią ekranizacjach ważnych dla nas wydarzeń historycznych inny sposób opowiadania należy poczytywać za zaletę. Wystarczy wspomnieć „Trzecią część nocy” i mieszające chronologiczne porządki triki Andrzeja Żuławskiego, wpisujące konspiracyjną walkę w rytm gatunkowego horroru. Niemiecka okupacja u reżysera „Diabła” funkcjonowała na dwóch poziomach – autentycznych wydarzeń i przerażającej fantasmagorii; była jednocześnie tłem i dominantą. Apokaliptyczny ton tamtego filmu również tańczył na granicy jawy i snu, daleko odchodząc od klasycznego wzorca opowieści o wojnie. Barczyk celuje w podobny azymut – przenosi konkretne realia w inny, pozarozumowy porządek.

Centralnym punktem „Hiszpanki” jest walka dwóch frakcji o umysł Ignacego Paderewskiego (Jan Frycz), sumienia i głosu narodu, którego wsparcie będzie kluczowe dla losów insurekcji. Polscy konspiratorzy zbierają się w hotelu Bazar, by wspólnie chronić jaźń Wieszcza przed atakami potężnego doktora Abuse’a (Crispin Glover), wynajętego przez Niemców. Mentalne zmagania utrudnione są o tyle, że sam Paderewski znajduje się na pokładzie promu, gdzieś między Londynem a Poznaniem. Gdy stopień skomplikowania osiąga punkt krytyczny, wielkopolscy telepaci uciekają się po pomoc Rudolfa Funka (Artur Krajewski), medium równie potężnego co Abuse.

Materiały promocyjne „Hiszpanki” obfitują w informacje o imponującym budżecie, międzynarodowej obsadzie, perfekcyjnej stronie technicznej, podsumowując wszystkie aspekty modnym ostatnio słowem: arcydzieło. Cóż, arcydzielności na pewno wymagało pozyskanie funduszy z wielu różnych źródeł przy tak osobnym scenariuszu i spięcie dość rozbudowanej – jak na polskie warunki – machiny produkcyjnej. Para nie poszła w gwizdek, Barczyk zadbał o to, by scenografki (Jagna Janicka i Hanna Szymczak) oraz kostiumolodzy (Andrzej Szenajch i Dorota Roqueplo) mieli wolną rękę, co widać na ekranie już od pierwszego ujęcia. Szkoda tylko, że bogata scenografia i wystawne kostiumy są jak ornamenty na fasadzie – kleją świat przedstawiony pozorami osadzenia w jakiejś rzeczywistości, podczas gdy za kotarą króluje umowność. Trudno wykrzesać z siebie jakieś emocje, gdy poszczególne sekwencje stoją ze sobą w skrajnej kontradykcji, a blichtr przysłania warstwę znaczeniową. Dla przykładu: scena nakładania na umysł Paderewskiego złowieszczej iluzji (m.in. zarażenia tytułową hiszpanką) doktora Abuse’a rozpoczyna się planem ogólnym obrobionym efektami specjalnymi, po czym kamera na zbliżeniu przenika do wnętrza kajuty. W tejże obserwujemy Paderewskiego ganiającego za muchą niczym Walter White z „Breaking Bad” (odcinek „Fly”), wtręt z poetyki Davida Lyncha oraz kończące ujęcie, żywcem wyjęte z teledysku „Virtual Insanity” Jamiroquaia.

Nie sposób skodyfikować tych wszystkich stylistycznych rozjazdów i dostroić się do fal, na których nadaje Barczyk. Dezorientację potęguje chaotyczna narracja, w której dynamika miesza się z retardacją na zupełnie niezrozumiałych prawach. Klucza do rozwikłania ekranowych niejasności próżno szukać także u aktorów. Każdy gra tu w innym tonie, wpisanym w odmienne rejestry gatunkowe. Sandra Korzeniak występuje więc w (irytującym) wodewilu, Crispin Glover w monodramie (wypowiadane przez niego kwestie trafiają bardziej w eter niż do innych postaci), a Artur Krajewski nie gra w ogóle, gdyż mimikę paraliżuje mu zawieszony na twarzy grymas. Być może „Hiszpanka” miała być zbiorem intertekstualnych gier, jak u Tarantino? Ale i ten trop prowadzi donikąd. Nawet takie „Bękarty wojny”, popkulturowa makabreska zakrzywiająca bieg historii, posiadały wewnętrzną logikę, zdolną do obudzenia w widzu wiary w ten szalony spektakl.

W „Hiszpance” wszystko miesza się w wielkim kotle powagi i niepowagi. Do końca nie wiadomo, czy objęty klamrą seans spirytystyczny ma być wariacją na temat wstępu „Kordiana”, spojrzeniem na „polskość” w ogóle czy fabularną wywrotką. Pojedynek mediów na umysły blask zyskuje w jednej, góra dwóch scenach, reszta odpycha dysonansem inscenizacja/treść, płaskimi dialogami i teatralnością. I nawet jeśli ta teatralizacja ma być odbiciem myśli Barczyka o historii jako odtwarzanej wciąż na nowo sztuce teatralnej, to wybrany do jej przekazania środek jest na tyle niefilmowy, że zamiast intrygować, zwyczajnie odrzuca. Pozostaje więc mit. Temu z „Hiszpanki” najbliżej do idei pięknego lotu, który – przerwany upadkiem – pozostawia zawieszone w powietrzu ambicje.
„Hiszpanka”. Scenariusz i reżyseria: Łukasz Barczyk. Obsada: Crispin Glover, Artur Krajewski, Sandra Korzeniak, Jan Frycz i in. Gatunek: dramat. Produkcja: Polska 2015, 110 min.