Wydanie bieżące

15 lutego 4 (268) / 2015

Katarzyna Szkaradnik,

NAJWAŻNIEJSZE JEST NIEWIDOCZNE DLA OCZU (CARTE BLANCHE)

A A A
My, Polacy, chyba szczególnie lubujemy się w porównaniach z innymi narodami bądź krajami – może poniekąd wskutek kompleksów historycznych? Tak czy owak, chętnie konfrontujemy też swą twórczość z cudzą; co ciekawe, raz po to, by wykazać z dumą własne prekursorstwo, kiedy indziej, by potwierdzić przeświadczenie o immanentnej wtórności polskich „dokonań”. Podobnie jest w wypadku filmu „Carte blanche”, który natychmiast po ukazaniu się zwiastuna zaczęto zestawiać – oczywiście in minus – ze „Stowarzyszeniem Umarłych Poetów”. Istotnie, ów kontekst sam się narzuca ze względu na profesję bohatera: charyzmatycznego nauczyciela stosującego niekonwencjonalne metody, wydobywającego potencjał z uczniów glajchszaltowanych przez tzw. system oświaty. Jednak nawet czytelne aluzje („poglądowa” lekcja o defenestracji praskiej obejmująca wejście na parapet…) nie sytuują obrazu Jacka Lusińskiego w szeregach „podróbek z aspiracjami”, chociażby z uwagi na rdzeń fabularny, czyli (autentyczną) historię zatrudnionego w liceum pedagoga, który, utraciwszy wzrok, zataja (?) ten niebagatelny fakt przed otoczeniem, żeby nadal pracować z młodzieżą.

Sytuacja godna tyleż pożałowania w rzeczywistości, co pozazdroszczenia jako kanwa filmu. Kanwa, bo perypetie Kacpra Bielika (w tej roli Andrzej Chyra, skądinąd najmocniejszy punkt omawianej produkcji) zdają się raczej osnute niż silnie oparte na faktach. Wprawdzie nawet przypadkowy widz już z czołówki dowie się o istnieniu pierwowzoru protagonisty, niemniej życiorys lubelskiego historyka Macieja Białka – którego los poruszył opinię publiczną dzięki głośnemu reportażowi przed czterema laty – służy głównie za oś dramatyczną, część wątków poprowadzono inaczej. Wiadomo nie od dziś, że życie pisze najlepsze scenariusze oraz że… tym łatwiej je zrujnować. Lusińskiemu – chociaż jego dorobek reżyserski wygląda skromnie („Piksele”) – z trudem, acz szczęśliwie udaje się przepłynąć między Scyllą melodramatycznej koturnowości a Charybdą trywializacji.

Bez wątpienia znaczna w tym zasługa wspomnianego Chyry, z wyczuciem wcielającego się w 45-latka, który w wyniku raptem ujawnionej i gwałtownie nasilającej się choroby genetycznej musi stawić czoła widmu całkowitej ślepoty. W obawie przed zwolnieniem ze szkoły stary kawaler zdradza prawdę wyłącznie przyjacielowi (Arkadiusz Jakubik) i usiłuje bagatelizować czy choćby minimalizować skutki tego, co nieuchronne. Bo przecież zaczyna się od plamki i od nieostrości tekstu czytanego po zmroku, więc może silniejsze światło, może zdrowszy tryb życia… Ale nie, pole widzenia zawęża się, zupełnie jak gdyby zasłaniać obiektyw ulubionego teleskopu Kacpra. Oglądający zaś pogrąża się w mroku razem z bohaterem dzięki możliwości obserwowania niektórych scen „jego oczami”, scen już monochromatycznych i coraz bardziej mglistych. Sugestywnym obrazom i ruchom kamery akompaniuje dźwięk oddający wrażenie osaczenia, tak że można (chociaż w niewielkim stopniu) wczuć się w problemy i zagrożenia, z jakimi boryka się nieszczęśnik.

O ile w próbie wejścia do nie swojego mieszkania można by od biedy dostrzec jeszcze pewną humorystyczność, o tyle nie ma słów żałości wobec sytuacji, gdy nie sposób odnaleźć grobu najbliższej osoby… A jednak w „Carte blanche” nie doznajemy przesadnego patosu – może dlatego, iż fabuła ma mimo wszystko posmak sensacyjny? Najważniejsze, żeby nie zostać zdemaskowanym, nauczyć się chodzić po szkolnych korytarzach z dawną swobodą, wymyślić patent na wypełnianie dziennika czy branie z haczyka właściwego klucza do sali… Z biciem serca zatem widz może się skupić na rozważaniu, jak bohater zaliczy badania okresowe albo jak podoła wychowawstwu klasy – obejmującym wszak również udział w wycieczkach!

Swoją drogą, trudno uwierzyć, że generalnie znajomi nie dostrzegają (nomen omen) zmian i że Kacprowi udaje się tak przystosować, by poruszać się bez laski (zdumiewa to zwłaszcza po obejrzeniu filmu „Imagine”). Gdyby nie pierwowzór bohatera – Maciej Białek zresztą udawał widzącego znacznie dłużej niż filmowy odpowiednik – pewnie Lusiński nie opędziłby się od zarzutów o nieprawdopodobieństwo. W wywiadzie z dyrektorką liceum, gdzie uczy prototyp Kacpra, czytamy, iż specyficzny sposób chodu historyka czy „patrzenia” w trakcie rozmowy umacniały ją i innych w podejrzeniach. Owe niuanse gestów i mimiki udanie przekazuje gra Chyry, daleka od afektacji, ale nader wymowna w swej powściągliwości. Pogłębia on portret protagonisty, który prócz bycia inspirującym, acz nieco ekscentrycznym nauczycielem jawi się jako zwyczajny samotnik, niepozbawiony wad, lecz ujmujący – dostrzegalną właśnie w oczach – sympatycznością. Przede wszystkim zaś jako człowiek zawieszony między rozpaczą a nadzieją („Przyszedł pan po poradę czy nadzieję? Mogę tylko poradzić, żeby pan nie miał nadziei”), dzięki uczniom zyskujący determinację do walki z przeciwnościami nawet wbrew perswazjom przyjaciela. 

Przejmująca kreacja Chyry, co nie ja pierwsza zauważam, przywodzi na myśl rolę Dawida Ogrodnika w „Chce się żyć” (choć zadanie aktorskie tamtego było z pewnością trudniejsze). Za pomocą subtelnych środków aktor ukazuje dramat nauczyciela, który musi wyzbyć się iluzji i – użyję niezręcznego tu frazeologizmu – spojrzeć prawdzie w oczy, a zarazem usiłuje ratować stare życie, ucząc się reguł nowego. Musi rozwinąć pozostałe zmysły, by nie stać się całkiem nieporadnym i zachować samodzielność, musi pogodzić się z losem, czyli – paradoksalnie – mu się nie poddać. Siłą rzeczy „Carte blanche”, akcentując perspektywę owej drugiej strony, dołącza do akcji odzierania niepełnosprawności z tabu. Ważne okazuje się jednak nie tylko to, że ociemniały Kacper nie cacka się z sobą, nie wchodzi w rolę męczennika, a wręcz obraca swą ułomność w atut; film zahacza bowiem o takie kontrowersyjne kwestie, jak egoizm (obu stron), kłamstwo w dobrych intencjach czy też możność psychicznego uniesienia kalectwa bliskiej osoby.

W tym momencie łatwo zgadnąć, że na skali ocen wyznaczanej przez skrajności pt. „kolejna zaprzepaszczona szansa” oraz „rewelacyjny obraz” moja opinia sytuuje się bliżej tej drugiej, jakkolwiek nie bez zastrzeżeń. Reżyser zapewne starał się unikać efekciarstwa, kładąc nacisk na nośność samej historii, tym bardziej wszakże niektóre rzekomo obowiązkowe motywy czy rozwiązania mogą drażnić. Pojawiają się więc sceny niemiłosiernie przewidywalne (telefon w najbardziej dramatycznej chwili), kuriozalne (wspinaczka niewidomego po rozsypującym się pustostanie) czy kiczowate (seks na plaży). Niekiedy prowadzenie fabuły i realizacja filmu przypominają seriale pokroju „Ukrytej prawdy” lub „Dnia, który zmienił moje życie”. Przez wyeksponowanie pozytywnych stron postawy Kacpra usunięciu w cień ulegają obiekcje co do jej aspektu etycznego (zagrożenie dla innych). Z jednej strony w „Carte blanche” raz po raz udowadnia się, iż ludzie nie są tacy, jakimi ich widzimy – np. antypatyczny pedagog też „ma swoje powody” – z drugiej strony nazbyt wiele się tutaj zaokrągla i nawet „młodzi gniewni” okazują się nie tacy znów gniewni.

Schematyczność uwidacznia się zwłaszcza w wątkach pobocznych, choć, rzecz jasna, trudno w niespełna dwugodzinnym filmie pokazać ich kilka, dopracowanych z detalami. Odbija się to szczególnie na mdłej relacji z Ewą (Urszula Grabowska), dla której przeciwwagę upatruję w postaci Klary (Eliza Rycembel). Nie chodzi o stereotypowy młodzieńczy bunt (aczkolwiek jego motywacje wprowadzają element zaskoczenia), lecz o subtelne zasygnalizowanie… No właśnie: woalka niedopowiedzenia, ani jednego słowa, a tym bardziej gestu, za dużo. Skoro zaś przeszłam już do charakterystyki bohaterów drugoplanowych, przyznam, iż waham się w kwestii uznania dla Jakubika za rolę przyjaciela Kacpra. Czy dlatego, że postać przesłania mi aktora? Wiktor wydaje się kontrapunktem protagonisty, zaabsorbowanym głównie własnymi sprawami i pozbawionym empatii. Co prawda jego zasługą jest egzorcyzmowanie ckliwości i sprowadzanie kumpla na ziemię, ale jeśli na tym polega tzw. męska przyjaźń, to miarodajną ocenę pozostawiam mężczyznom.

Tymczasem bohaterem niewiele mniej ważnym od Kacpra okazuje się Lublin. Miasto zostaje nazwane współtwórcą filmu i za jego pomocą intensywnie się promuje czy nawet reklamuje (wszechobecne logo). Jednak klimatyczne zdjęcia Witolda Płóciennika są bez dwóch zdań okrasą filmu, a praca kamery nie daje wrażenia monotonii. Nie sposób tu przy okazji nie wspomnieć o trolejbusach, nie tylko bowiem grają pewną rolę w fabule, ale także ich jazda pokazywana z perspektywy sieci trakcyjnej przybiera cechy metafory… Porządku w pozornym chaosie? Tego, że mimo codziennych tragedii one suną niezmiennie swoją drogą?

Jak łatwo stwierdzić, wymiar paraboliczny osiąga cały kameralny obraz Lusińskiego. „Carte blanche” oznacza przecież „wolną rękę” – każdy może być kowalem własnego losu, liczą się nie tyle warunki, ile postawa wobec nich. Wymowa filmu przypomina zatem „Chce się żyć” i podobnie jak w tamtym wypadku przed odbiorem fabuły w kategoriach taniego rezonerstwa broni ją, oprócz gry aktorów, bycie tzw. historią z życia wziętą. Owa pozytywna energia, jaką tchnie „Carte blanche”, wydaje się kierowana głównie do poszkodowanych przez los (albo uznających się za takich) oraz, oczywiście, do nauczycieli. Tych przekonuje, żeby nie upadali na duchu ani nie utyskiwali wyjątkowo na „tę dzisiejszą młodzież”. Razem ze zwolnieniem Kacper boi się wszak zarówno biedy, wykluczenia, jak i utraty pasji, czy wręcz misji, a bądź co bądź jego zamiłowanie do nauczania spotyka się z odzewem. Zgoda, że to wizja zbytnio uładzona i – w przeciwieństwie do obrazu przed oczyma bohatera – podkolorowana oraz że realizm spowija aura baśniowości, jeśli wiemy z doświadczenia, iż zasadniczo bywa inaczej. Niemniej chyba dlatego takie filmy również są potrzebne. Bo nie zawsze chcemy domagać się drastyczności i brutalnego odzierania z wiary w sens. Bo lepiej od czasu do czasu trochę się tą wiarą napełnić. Bo przecież – o czym przypomina filmowy profesor okulistyki grany przez Wojciecha Pszoniaka – gdyby zsumować nasze mrugnięcia, wszyscy spędzamy codziennie godzinę w ciemności.
„Carte blanche”. Scenariusz i reżyseria: Jacek Lusiński. Obsada: Andrzej Chyra, Arkadiusz Jakubik, Urszula Garbowska, Eliza Rycembel. Obsada: dramat. Produkcja: Polska 2015, 106 min.