Wydanie bieżące

15 lutego 4 (268) / 2015

Anna Zagórska,

ŻYCIORYSTA ? KTO TO TAKI? (JANUSZ RUDNICKI: 'ŻYCIORYSTA')

A A A
1.

Spotkanie z „Życiorystą”, najnowszą książką Janusza Rudnickiego, na długo zapada w pamięć, bo nie jest to książka do szybkiego zapomnienia, jednorazowa lektura na dłużące się popołudnie, choć jej zawartość – pozornie – mogłaby to sugerować. Opowieść o niej warto rozpocząć cytatem – znaczącym, bo zamykającym książkę, stanowiącym więc jej pointę i wygłos, miejsce zatrzymania, ostatniego wydechu, pierwszej czytelniczej refleksji. Wspomniany cytat jest wypowiedzią matki Autora, załamującej ręce nad zmarnowaną galaretką z nóżek, która – wylawszy się do plecaka – zniszczyła także znajdujące się w nim książki (te jednak mniej mamę interesują): „…a jakie to były książki? Co? Powiedz jeszcze raz, jak? »Życiorysta«? Jest takie słowo? A tam, co za różnica, jak nie ma, to będzie” (s. 347). Dopowiadając: nawet jeśli nie było jeszcze takiego pomysłu na książkę i takiego słowa, to już jest, istnieje i powinno na długo zadomowić się w polszczyźnie, łakomej przecież na wszelkie jej przekształcenia, urozmaicenia i słowotwórcze wpływy.

2.

Czwarta strona okładki „Życiorysty” opatrzona została, co godne uwagi, nie pochlebną oceną recenzenta, nie blurbem, który czyta się ze świadomością marketingowego celu jego powstania, ale odautorskim komentarzem samego Rudnickiego, który w kilku zdaniach przybliża wewnętrzny krajobraz i tło, z jakich „Życiorysta” się zrodził: „Oni jak moja przybrana rodzina. Świra już dostawałem. Wydawało mi się, że mieszkam z nimi wszystkimi w jednym domu. Odchylam drzwi sypialni, nagi Wagner wdzięczy się do lustra. Przymierzając różowe majteczki, krzyczy: »Spieprzaj stąd, Rudnicki!«. W komórce siedzi Hitler i pisze »Mein Kampf«. A w kuchni Danuta Wałęsa, obiema nogami mocno na ziemi, a ręce po łokcie w wodzie, myje naczynia, pół życia tak, w zlewie. Przed drzwiami łazienki Bereza kłóci się z Walserem, kto był pierwszy, i walą w drzwi, bo w niej jak zwykle Kafka. Celebruje poranne ablucje, jakby był Kleopatrą. Jeśli macie ochotę na taki dom wariatów, jego dozorca uchyla Wam drzwi”.

Ten syntetyczny i utrzymany w duchu całej książki opis stanowi celne podsumowanie dwóch pierwszych części „Życiorysty” („W stronę biografii” i „W stronę recenzji”). W nich to właśnie Rudnicki nie tyle streszcza i recenzuje rozmaite książki (od „Mein Kampf” przez reportaże Mariusza Szczygła po „Marzenia i tajemnice” Danuty Wałęsowej), ile zaprasza nas – odbiorców jego tekstów – do wnikania w najgłębsze tkanki omawianych książek, do odkrywania najmniejszych drobiazgów i okruszyn, którymi skrzą się one obficie, gdy tylko przyjrzeć się im z większą uwagą. Nie brakuje przy tym Rudnickiemu cech, o których marzy każdy recenzent i komentator: humoru, zwady, przysłowiowej już niemalże lekkości pióra.

3.

„W stronę biografii” to część, w której poznajemy całe spektrum postaci, zapośredniczonych niejako podwójnie (nieraz potrójnie): ręką autorów ich biografii (nieraz dodatkowo tłumaczy) oraz ręką i bogatą wyobraźnią Rudnickiego. Otwierający „Życiorystę” szkic „Diabelskie nasienie” to tekst poświęcony dwóm książkom opisującym życie Ryszarda Wagnera: auto- i biografii (Richard Wagner: „Mein Leben”, oraz Joachim Köhler: „Der letzte der Titanen. Richar Wagners Leben und Werk”). Zawiedziony poczuje się jednak ten czytelnik, który w opisach Janusza Rudnickiego gorączkowo będzie poszukiwał określeń wprost wyjętych z hagiograficznych życiorysów, tych okrągłych zdań, które można ze spokojem sumienia zacytować w studenckiej pracy zaliczeniowej o życiu i twórczości Ryszarda Wagnera. Rudnicki proponuje nam bowiem wyprawę w głąb życia kompozytora, za przewodników obierając: jego samego, jego biografa i przede wszystkim bogactwo własnych możliwości: imaginacyjnych, pisarskich oraz logiczno-syntetycznych (gdy łączyć trzeba rozmaicie interpretowane fakty, dedukować na podstawie szczątkowych informacji). By oddać ducha tej biograficznej wycieczki, warto przytoczyć akapit otwierający szkic „Diabelskie nasienie”: „…bajka będzie długa. Był raz sobie Richard Wagner, co miał sieczkę w mózgu. Ale o nieszczęsnym tym człowieku potem, naprzód skoczymy sobie na plecy jego matce. Opłaca się, już chociażby ze względu na burzliwe dzieje jej żądnego przygód łona. Naprzód metresa, potem żona, potem żona niewierna, a potem wdowa od siedmiu boleśni i znowu żona” (s. 7).

W podobnym stylu – z lekkim przymrużeniem oka, a i niezwykłą, kryjącą się za tym pozornym żartem, znajomością tematu – Janusz Rudnicki opowiada także o Kafce (znakomity szkic „Wina, kobiety i śmierć”), Benedykcie XVI i jego bracie („O dwóch takich”), dziejach baśni gromadzonych przez braci Grimmów („Fabryka przetwórstwa bajkowego »Grimmex«) czy Angeli Merkel („Rozebrać Angelę Merkel”).

4.

Druga część „Życiorysty” nosi tytuł „W stronę recenzji”. Pomieszczone w niej teksty przypominają formalnie te, które Rudnicki zawarł w części biograficznej. Nie są już jednak tak wnikliwymi analizami „życia i twórczości”, oddalają się bowiem od ujętego w biografiach życia, by skupić się na samej twórczości. „W stronę recenzji” gromadzi krótkie omówienia reportaży Małgorzaty Szejnert, Mariusza Szczygła, Anny Bikont i Joanny Szczęsnej, teksty poświęcone książkom Adama Wiedemanna, Mirona Białoszewskiego, Tomasza Różyckiego czy Petry Hůlovej. Znajdują się tu także szkice o naturze bardziej refleksyjnej (choć wciąż pisane językiem znanym z omówienia biografii Wagnera), naznaczonej żywiołem gorącej potrzeby komentarza, potrzeby niemalże podpalającej pióro w dłoni (może podpalającej klawisze pod palcem?) – „Palę lektury!” i „Skaranie boskie z tymi Cyganami”. Te teksty niezbicie dowodzą, że gdy Janusz Rudnicki oddala się z recenzenckich rewirów, niczego nie traci jego język i forma literacka.

5.

Trzecia część „Życiorysty” nosi tytuł „Miejsca”. Pozornie nie pasuje do dwóch pozostałych, odcina się od nich formą, tematem, sposobem opisu. Jest to jednak niedopasowanie niezwykle dostrajające, dopełniające, dookreślające. Ostatnia z części tej książki nie sprawia wrażenia „doklejonej” naprędce, dopisanej na kolanie byleby tylko wypełnić wymogi wydawcy, wypisać się – dosłownie i w przenośni – z podjętych zobowiązań, słowami sprawiedliwie rozliczyć pobrane zaliczki autorskie. Nic z tych rzeczy. „Miejsca” stanowią swoisty appendix, który odsłania ważne tło dla wcześniejszych przechadzek literacko-czytelniczych, naprowadza odbiorcę na ważne tropy. „Miejsca” to bowiem topograficzne wskazówki i podpowiedzi, które odsłaniają nieco z istoty życia Rudnickiego. Wskazane w tej części książki okolice znaczą: wskazują na powroty i miejsca nowo odkrywane. To wycieczka w stylu „Leksykonu miast intymnych” Jurija Andruchowycza, który nieraz wraca miejsc zapamiętanych, odciśniętych we własnej wyobraźni, a jednocześnie opisuje krajobrazy odwiedzane niedawno, po raz pierwszy i jedyny.

6.

„Życiorysta” to książka wciągająca żywiołem języka. Janusz Rudnicki pisze tak, jakby mówił – melodyjnie, płynnie, swobodnie, bawiąc się przy tym językiem i jego rozmaitymi niuansami ze zdolnością sprawnego prestidigitatora. Zdania przemykają zgrabnie, poszczególne ich składowe łączą się ze sobą w nieustannej gonitwie, w której nie ma jednak niczego z chaosu, rozbiegania, czytelniczego zeza rozbieżnego pojawiającego w momencie rozmaitych niekonsekwencji, chropowatości stylu czy zbytniej meandryczności głównego wątku. Autor w jednym ze swoich szkiców – punktując bezlitośnie niektóre z tłumaczeń baśni zebranych przez braci Grimmów – powołuje się na swoją znajomość z prof. Jerzym Bralczykiem (sposób powołania się wyklucza jednak możliwość zacytowania – „artPapier” jako pismo internetowe może być wszak czytane i przez niepełnoletnią młodzież, i przed 23:00). Bralczyk pojawia się jako odbiorca niezwykle żywego, soczystego – jeśli chodzi o materię naszego języka – SMSa. Odpowiada krótko, rzeczowo i z humorem, tą wybuchową mieszanką słowną, którą posługują się jedynie wytrawni znawcy rodzimego języka, obdarzeni przy okazji sporą dawką tego, co Marian Pankowski nazywał „wieczną w polszczyźnie rozróbą”. Rudnicki, niczym prof. Bralczyk, świetnie radzi sobie z tą polszczyźnianą rozróbą, z tym ciągłym rozedrganiem naszego języka, wprawianiem go w stan nieustannej wibracji, niepokoju, niestałości, falowania. Ta fluktuacja języka, umiejętność nie tylko głaskania polszczyzny, ale przede wszystkim wygrywania na niej własnych melodii, rozgrzebywania jej i czochrania, stanowi samo jądro językowych umiejętności i wirtuozerii w posługiwaniu się materią słowa. Rudnicki w swoich krótkich szkicach udowadnia, że po mistrzowsku obchodzi się z polszczyzną, niczym są dla niego jej sztywne ograniczenia, gdy oddaje się urzekającej grze w skojarzenia, zestawienia, połączenia.

7.

„Życiorysta” to świadectwo nie tylko uważnej, ale i prawdziwie przeżywanej lektury. Rudnicki pisze o czytanych przez siebie książkach w sposób, o którym marzy każdy – nie tylko czytelnik-profesjonalista: rzeczowo i wprost, a przy tym zabawnie, sprawnie i niemalże od niechcenia. Jego recenzje, opisy, komentarze wydają się niewymuszone, lekkie, jakby przyplątały się Autorowi do głowy gdzieś pomiędzy wybrzmiewającym w głowie słowem lektury a kolacją, kawą wypijaną nad poranną gazetą, podczas niezobowiązującej rozmowy. „Życiorystę” można również czytać także jak poradnik. Oczywiście należy ująć to słowo w konieczny cudzysłów i świadomie (nieco ironicznie) pamiętać o całej złej sławie masowej produkcji poradnikowej, która zalewa księgarnie. „Życiorysta” to na tym tle poradnik dobrej lektury, poradnik świadomości czytelniczej. Autor daje w nim wskazówki, co czytać, ale także – może nawet przede wszystkim – podpowiada, jak czytać.

8.

Janusz Rudnicki w swoich krótkich opowiastkach poświęconych książkom uczy nas, nieraz całkiem już wprawnych, ale i – przyznajmy to – zrutyniałych czytelników, prawdziwej świeżości lektury. Pokazuje, że czytanie jest niczym gra w podchody i zabawa w tropienie świeżych śladów w nieświeżym śniegu. Uczy, że warto uważnie przyglądać się nie tylko fabule i ogólnym zarysom wątków, gładko przemykać nad kolejnymi perypetiami bohaterów, ale wytężać oko i ucho. Wypatrywać metaforycznych kleksów, które stawiają i pisarze, i tłumacze. Nasłuchiwać nieczystych dźwięków. Każdy, kto ma za sobą taką lekturę, wie, jak jest ona absorbująca. Rudnicki wielokroć daje wyraz swoim czytelniczym manierom tropiciela, wskazując na wszelkie fałszywe tony (niezręczności autorów, potknięcia tłumaczy). Zdecydowanie warto przyłączyć się do tej zabawy.
Janusz Rudnicki: „Życiorysta”. Wydawnictwo W.A.B. Warszawa 2014 [seria: ...archipelagi...].