Wydanie bieżące

15 lutego 4 (268) / 2015

Katarzyna Szkaradnik,

'UKULTUROWIĆ' HERMENEUTYKĘ (MARCIN URBANIAK: 'HERMENEUTYKA A KIERUNKI MYŚLI WSPÓŁCZESNEJ')

A A A
Z zazdrością wczytywałam się w opracowanie Marcina Urbaniaka poświęcone naświetleniu w koncepcjach klasycznych myślicieli hermeneutycznych wątków, które dotyczyłyby kwestii kultury. Z zazdrością, bo autor pokusił się w dodatku o próbę udowodnienia dwóch bliskich mi tez: (1) że choć hermeneutyka jest démodé, to nie jest passé (tzn. mimo zagłuszania przez politycznie i „rewizyjnie” ukierunkowane podejścia w humanistyce nie traci na aktualności) oraz (2) że nieprawda, jakoby owa orientacja – skupiona na ekspresjach ludzkiego „ducha” – musiała pozostać z perspektywy nauk empirycznych anachroniczną iluzją.

Wykazaniu praktycznych i mogących nadal inspirować aspektów hermeneutyki służyć ma zatem skonfrontowanie jej z diametralnie odmiennymi, acz królującymi dziś stanowiskami: z (post)strukturalizmem i neonaturalistyczną filozofią umysłu i przyrody. Już na starcie należy się autorowi szacunek za ogromne ambicje i sam pomysł (chociaż potrzebę zbadania relacji interesującego nas nurtu i poststrukturalizmu podkreślał np. Paweł Dybel w „Obliczach hermeneutyki”). Rychło jednak oszołomiony czytelnik uświadamia sobie, że przecież im się wyżej wspinamy, tym mocniej upadamy – toteż kolejne strony książki Urbaniaka zgłębia z rosnącym niepokojem. Czy uzasadnionym?

Obawy zdają się nieuchronne. Od razu uderza rozległość pola odniesień (bardzo różnych, by nie rzec: niekompatybilnych), gdy wyłuszczając założenia metodologiczne, autor powołuje się na takie postacie jak Stanley Fish, Edward O. Wilson i Niels Bohr. Podobnie z pojęciem kultury: Urbaniak wylicza rozmaite jej definicje, ale – aczkolwiek dla celów operacyjnych przyjmuje, że chodzi o całokształt przekazywanych pozagenetycznie wytworów materialnej i duchowej działalności człowieka (s. 27) – wraz z antropologami staje bezradny wobec bezliku przypisywanych kulturze znaczeń. Nie jest to zarzut, wszak stawia sobie za cel rekonstrukcję rozumienia owego fenomenu przez hermeneutyczną „świętą trójcę”: Heideggera, Gadamera i Ricoeura. Tu znawcom rzeczy winna zapalić się lampka ostrzegawcza – w końcu już przed 24 laty opublikowano „Hermeneutykę jako krytykę kultury” Katarzyny Rosner, przybliżającą tych filozofów – lecz autor wyjaśnia, czym jego zamysł różni się od ujęcia poprzedniczki oraz w jakich punktach je poszerza. I istotnie, właśnie poszerzenie najbardziej rzuca się w oczy.

Zasadniczą część książki stanowi bowiem skrupulatne, wyczerpujące omówienie koncepcji rzeczonej trójki; trudno nawet dodać: „w kontekście kultury”, skoro myśl hermeneutyczna jest ex definitione zanurzona w problematyce szeroko pojętej kultury. Z drugiej strony, nie czyni tej ostatniej jako takiej przedmiotem namysłu, więc Urbaniak nie tylko charakteryzuje wyróżnione przez siebie „sektory kultury” – u Heideggera naukę, technikę, sztukę, poezję i myślenie (!), u Gadamera rozumienie, język, dziejowość i grę – ale także zahacza o kwestie poboczne. W wypadku autora „Dróg lasu” mowa m.in. o „wrzuceniu”, „nastrojeniu”, „prawdzie bycia”, „ek-sistencji”, „zamieszkiwaniu”, rzeczach, „czwórni”… Można się zastanawiać, czy pojęcie kultury zanadto się nie rozmywa. Jakby przeczuwając taką sytuację, badacz stara się dowieść, że nie odbiega od tematu, stąd niekiedy na siłę używa epitetu, który przypomina o centralnym zagadnieniu („kulturowe normy”, „tradycja kulturowa”).

Drobiazgowa charakterystyka ma jednak tę zaletę, iż poglądy filozofów zostają oświetlone z wielu stron, zniuansowane (por. wzmianki o niedemonizowaniu techniki przez Heideggera, o inkryminowanym „Się” jako sui generis adaptacji czy o dysonansie pomiędzy twierdzeniami myśliciela a jego członkostwem w NSDAP). Ponadto „zamieszkiwanie” według Urbaniaka wolno utożsamić właśnie z kulturą, „zapomnienie bycia” jawi się jako symptomatyczny rys cywilizacji zachodnioeuropejskiej, zaś „upadanie w przeciętność” doczekuje się interpretacji socjologicznej – niemniej ktoś o zacięciu kulturoznawczym mógłby oczekiwać nawiązań do wzorów kulturowych w ich „terenowym” zróżnicowaniu. Wprawdzie uchyla się antropologii furtkę przy konstatacji, że „zjawisko kultury może być postrzegane w formie faustowskiego zmagania się z czasowością, gdy przyjmiemy, że pojęcie (…) linearnej temporalności oraz egzystencjalnej frustracji są (…) uniwersalne (…). Fakty antropologiczne podają [to] jednak w wątpliwość (…)” (s. 270), można wszakże odczuwać niedosyt.

Złudność takich antropologicznych oczekiwań nie stąd by wynikała, że mowa o filozofii, a nie etnograficznych badaniach, lecz z „zawężenia” w hermeneutyce obszaru kultury. Wyżej nazwałam ją „szeroko pojętą”, ale bądź co bądź Heideggerowi czy Gadamerowi chodzi o kulturę wysoką (Sztukę) i o piękno jako naczelną wartość estetyczną. Przyznając jednakże, iż hermeneutyka oznacza „refleksj[ę] nad szczególnymi aspektami życia ludzkiego, jak (…) twórczość i dziedzictwo duchowe (…)” (s. 5), Urbaniak próbuje osadzić ją we wszechstronnych relacjach człowieka ze światem. Dlatego też pozwoliłam sobie na neologizm „ukulturowienie” per analogiam do „ukulturalnienia” (cywilizowania, kontaktu z „kulturą wyższą”), zamiarem autora monografii wydaje się bowiem postawienie – by przywołać metaforę użytą przez Marksa w stosunku do Hegla – ducha na nogach. Zaznacza więc Urbaniak, że zdaniem Gadamera „cud rozumienia” wydarza się nie dzięki rzekomej komunii dusz, lecz „udziałowi we wspólnym bycie”, tzn. w kulturze (s. 123), a jako „język” można traktować wszelkie przekazy (vide pojęcie tekstów kultury). Że Ricoeur uznaje rozumienie narracyjne za odbicie nie tyle struktury umysłu, ile kodów kulturowych, które stanowią ramy indywidualnych artykulacji doświadczenia, albo że w porównaniu z Cassirerem autor „Symboliki zła” docenia kulturową wagę nie tylko realnego procesu dziejowego, ale nawet popędów (!).

Ostatnie słowo przenosi nas na grunt, na którym Urbaniak rozgrywa swój sprzeciw wobec ograniczania hermeneutyki do domeny idei – grunt neuronauki, psychologii ewolucyjnej itp. Czasami „przekłada” metaforyczne sformułowania hermeneutów na konkrety, chociaż parę razy miałam wrażenie, jakby liczyło się dlań samo poparcie tez filozofów ustaleniami nauk ścisłych i społecznych – niezbyt odkrywcze są bowiem obserwacje, iż: „W badaniach Lewina (dotyczących pola psychologicznego (…)) (...) [idee] hermeneutyki zostały eksperymentalnie zweryfikowane, potwierdzając konstytutywny dla rozumienia i samorozumienia (…) wpływ środowiska kulturowego” (s. 322) czy: „Gärdenfors poszerza hermeneutyczno-etyczny wymiar mowy o aspekt przyrodniczy – człowiek jest jedyną istotą posługującą się (…) narzędziem umysłowym, jakim jest mowa, które umożliwia przekazywanie (…) kultury (…)” (s. 265).

Jednak Urbaniak podąża dalej w wykazywaniu zbieżności hermeneutyki z kognitywistyką i naukami przyrodniczymi i snuje paralele: między językiem w ujęciu Gadamera a ewolucją sygnalizowania potrzeb i zamiarów; między dystansem historycznym, który zdaniem autora „Prawdy i metody” „testuje” interpretacje, a „memetyczną przewagą adaptacyjną”; pomiędzy tożsamością narracyjną Ricoeura a tym, co Gärdenfors pisze o narracyjności jako rezultacie połączenia pamięci epizodycznej z semantyczną; między koncepcją narzędzi u Heideggera a twierdzeniami Dennetta i Halla o ekstensjach umysłu (wspomina też McLuhana, pojawia się zatem i kontekst badań nad przemianami społeczeństw wraz z mediami-„protezami”).

Słowem: autor podkreśla, że ewolucja „przeniosła się” do sfery kulturowej, kultura stanowi przedłużenie fizjologii. Problem statusu natury i kultury jest szczególnie intrygujący, gdyż wnika w kluczowe założenia hermeneutyki. Na czym polega tutaj? Urbaniak opisuje dwa poziomy intencjonalności (nakierowanie na przedmiot i autorefleksja), przy czym pierwszy (świadomość) jawi się jako właściwość biologiczna; w efekcie „egzystencjał bycia-w-kulturze (…) (bycia na sposób rozumiejący) byłby w oczach przyrodoznawców (…) rozszerzony poza granice (…) podmiotu ludzkiego. Natomiast (…) egzystencjał samorozumiejącego bycia-w-świecie (…) przysługuje jedynie Dasein” (s. 262). Sęk jednak w owym „byciu-w-kulturze” – wszak tworzenie kultury wydaje się cechą dystynktywną człowieka (por. przytoczoną wyżej definicję, którą sam autor książki przyjmuje!).

Wiąże się z tym zakres pojęcia rozumienia, gdy uznać je za zdolność ewolucyjnie pochodną względem procesów naśladowania, powszechnych w przyrodzie. Czy otwarcie na świat jako projekcja oraz antycypacja znaczeń nie jest zarezerwowane dla ludzi? Proszę źle nie odczytać moich intencji! Uważam zwierzęta (zwłaszcza kręgowce) za stworzenia czujące, obdarzone świadomością, a często na swój sposób rozumne, dociekam jednak istoty hermeneutyki. Jej „naturalizacja” zdaje się oznaczać zatarcie uwypuklanej m.in. przez Andrzeja Przyłębskiego różnicy pomiędzy „paninterpretacją” (w sensie Nietzscheańskim) a swoistością rozumienia. Czy dążenie do harmonii (homeostazy) na poziomie cząstek można nie tylko metaforycznie nazwać rozmową, próbą porozumienia?

Aplikacja naturalistycznych twierdzeń do hermeneutyki pociąga więc za sobą fundamentalne pytania, na które sam Urbaniak odpowiada wymijająco. Po co w takim razie się jej podjął? Otóż zależy mu na znalezieniu wspólnego mianownika obydwu orientacji; z analizowanych teorii wysnuwa konkluzję, iż warunek rozumienia stanowi współpraca psychiki, fizjologii i „światowości”, „podejście naturalistyczne potwierdza twierdzenia Heideggera oraz Ricoeura o prymacie (…) istnienia nad poznaniem, (…) bycia-w-świecie nad wszelką wiedzą. Jest to empiryczne uzupełnienie poglądu, że (…) u podstaw następuje (…) przenikanie się (…) podmiotu i przedmiotu, materii i ducha” (s. 292). Co było do udowodnienia. Niezależnie od tego, jak zareaguje niejeden naturalista, widząc przypisanie mu potwierdzania „ducha”.

Ów przyrodniczy punkt zaczepienia broniłby hermeneutykę przed uznaniem za bujającą w obłokach, choć z drugiej strony dostrzeżemy tu też zasypywanie rowu wykopanego przez nią samą wraz z oddzieleniem rozumienia od scjentystycznego wyjaśniania. Przed hermeneutami zatem autor książki oczyszcza nauki biologiczne z odium redukcjonizmu i determinizmu oraz wzywa ich do dialogu, tym pilniejszego, iż mechanizmy psychologiczne i fizjologiczne już dawno wykorzystują spece od manipulacji…

W tym momencie otwiera się problem kondycji współczesności. Okazuje się również, że o ile Urbaniak pragnie „ożenić” neonaturalizm z hermeneutyką, o tyle w roli czarnej owcy obsadza poststrukturalizm jako teoretyczny analogon dzisiejszej kultury Zachodu. (Notabene, więcej ma wyrozumiałości dla strukturalizmu, bo Mukařovský iście hermeneutycznie przekonywał o dynamice i ukontekstowieniu struktur). Co się tyczy stanu kultury, uderza w apokaliptyczne tony, przytaczając takie wytarte hasła (ale i neologizmy), jak relatywizm, konsumpcjonizm, „superkapitalizm”, niepohamowana ekspansja, „moralna pustynia”, „globalna manipulacja samorozumieniem”, depersonalizacja, „kultura talk show” czy „kulturowa ewolucja narzędzi dostarczających eskapistycznej rozrywki jako substytutu egzystencji” (s. 110)…

I jakkolwiek wcześniej zastrzega, że nie zamierza moralizować, to już przy okazji Heideggera wyjątkowo dużo miejsca zajmują jego pesymistyczne diagnozy dotyczące kryzysu cywilizacji europejskiej, szczególnie zaś „całkowitego niedostrzegania dyktatury Się. Panowanie bowiem jest totalitarne – warunkuje i przenika bycie ludzkie” (s. 56). Słychać tutaj echa Foucaulta, ten jednak staje się emblematem całego zła poststrukturalizmu, oskarżanego przez Urbaniaka o „apodyktyczną tyranię sceptycyzmu” i chęć „zawładnięcia dyskursem humanistycznym” (s. 239). Nic dziwnego, że memetykę Dawkinsa przyjmuje się tu znacznie życzliwiej, skoro nie prowadzi ona do redukcji, jaką przeprowadza poststrukturalizm, w którego ujęciu „znaki (…) działają w formie patologicznej [!] – nie reprezentują, a zastępują świat empiryczny” (s. 297).

Wykpiwając „nihilistyczne” tezy o kresie podmiotu, kultury etc., autor książki rekonstruuje zarazem „przedsądy” poststrukturalistów: np. Foucault, jeśli chce być zrozumiany, nie może przystać na arbitralność interpretacji, zaś jego „historyczne śledztwo” dąży do prawdy oraz zakłada bazowe warunki rozumienia i znaczeń; podobnie dekonstrukcja. Konstruując kozła ofiarnego, Urbaniak dokonuje jednak porażającego trywializowania odrzucanych koncepcji: „Jeżeli bowiem wszelkie byty, w tym znaczenia (…), są jedynie iluzjami, to poglądy Derridy same podlegają fikcjonalizacji – są nonsensem” (s. 305). Taka sofistyczna retoryka doprawdy wprawia w konsternację. Z kolei poglądy Lyotarda „streszczone” zostają następująco: „Kiedy nie istnieje (…) dominująca ideologia, wówczas trwa ciągła gra dyskursów (…). Podmiotami gry są abstrakcyjne idee, zaś jednostki ludzkie sprowadzone są do biernej masy memoidów – nośników oraz wyznawców idei” (s. 145). Nie słyszałam, by autor „Postmodernizmu dla dzieci” pisał o jakichś „memoidach”, na pewno natomiast pisał o mikronarracjach jako alternatywie dla dyskursów totalizujących i uniformizujących…

Owych (nielicznych) uproszczeń czy przeinaczeń nie sposób usprawiedliwić proporcjami, ale warto zaznaczyć ten aspekt. Nieprzypadkowa jest kolejność pojęć w tytule: „Hermeneutyka a kierunki myśli współczesnej. Rozumienie kultury w filozoficznej hermeneutyce, filozofii przyrody i (post)strukturalizmie”. Ostatni człon zostaje potraktowany szkicowo, na zasadzie negatywnego punktu odniesienia, w dodatku rozmaici myśliciele lądują w jednym worku. Zważywszy na szeroko zakrojony projekt Urbaniaka, dostrzegalne jest przemilczenie innych niebagatelnych przejawów „rozumienia kultury”, głównie zwrotu kulturowego i etycznego oraz jego parantel z hermeneutyką. Choć autor nadmienia, iż „culture studies intensywnie analizują zjawisko (…) kultury, komentując kolejne zwroty – narracyjny, wizualny, (…) performatywny” (s. 12), na tym poprzestaje – może ponieważ musiałby w dobrym świetle wspomnieć o… poststrukturalistach z kręgu Michała P. Markowskiego (za zwrócenie mi na to uwagi dziękuję Patrykowi Szajowi).

Notabene, badacz uprzedza, że ogranicza omówienie do hermeneutyki filozoficznej – bez filozofii hermeneutycznej – lecz nie odsyła do źródeł definiujących obydwa stanowiska, podczas gdy znajdziemy banalniejsze odsyłacze. Przy okazji, budzą moje obiekcje przypisy typu: „H.-G. Gadamer, Rozum, słowo, dzieje…, s. 87”, skoro chodzi o pozycję złożoną z wielu szkiców. Niedopuszczalne zaś wydają mi się w wypadku tomu zbiorowego, bo nie wiadomo wtedy, o jakim artykule mowa.

Mimo to książka ma walory podręcznika, przejrzystego (np. wypunktowuje „główne zasady hermeneutyki”) i generalnie – z niechlubnym wyjątkiem poststrukturalizmu – rzetelnego. Aż zdumiewa jej gęstość faktograficzna i należy pogratulować Urbaniakowi rozeznania w tylu obszarach oraz pracy, jaką wykonał, przedzierając się przez przywoływane rozprawy, wszak nie tylko hermeneutyczne (por. przyswojenie względnie mało znanego u nas Gärdenforsa). Tym samym podręcznikowość nie sprowadza się do hermeneutyki: autor omawia mnóstwo koncepcji, którym nie musiałby poświęcać tyle miejsca (np. panoptikon Foucaulta, pojęcie tożsamości według Kartezjusza, Locke’a, Hume’a, Russella, psychologiczną teorię postaci (Gestalt), nawet teorię agresji Lorenza…). Powtarzam: jestem pełna podziwu dla rozmachu tej propozycji i wszechstronności badacza i niezależnie od wyszczególnionych zastrzeżeń jego cel jest mi bliski.

Celem tym okazuje się zarysowanie „hermeneutyki stosowanej”, dowiedzenie niezbędności „hermeneutyki zaufania” wobec kultury. Urbaniak nie tylko broni owej orientacji przed pomówieniami o bycie instrumentem władzy strzegącym „słusznego” rozumienia, ale również pokazuje, że hermeneutyka stanowi wezwanie do odpowiedzialności, tym trudniejszej we współczesnym problematycznym świecie, który w dodatku pozornie od niej uwalnia (możliwość doraźnego wyboru tożsamości). „Odpowiadalność wobec znaków, odpowiedź jako rozszyfrowywanie i interpretacja, spoczywa wyłącznie na naszych barkach” (s. 334) – przekonuje Urbaniak, choć pewnie zgodziłby się z tym również niemile widziany Derrida. Zarazem autor nadmienia, że „intuicyjnie przeczuwamy” sens obiektywny… Czy naprawdę „my” = wszyscy?

Właśnie owej nuty kaznodziejstwa i patosu się obawiam („Wartość spójnej tożsamości opartej na przywiązaniu do tradycji, przestrzeganiu reguł i logiki ciągłości w płynnej kulturze atakowana jest jako szkodliwa” (s. 334)). Nie dlatego, iżby miały być groźne, przeciwnie – aż zanadto wyrażają moje osobiste tęsknoty. Urbaniak upatruje w hermeneutyce konstruktywne remedium na egzystencjalny brak i pragnienie sensu; jej zadanie stanowiłoby „zapewnienie poczucia bezpieczeństwa ontologicznego, oswojenie oraz internalizacja znaczeń, zdarzeń, (…) cierpień i szczęścia, które określają naszą narracyjną autoidentyfikację” (s. 326). A więc coś a la świeckie zbawienie? I czy to przekładalne na praktykę? Jak przekonuje autor, warto spróbować. Mnie przekonał skutecznie. O ile sam stara się „ukulturowić” hermeneutykę, o tyle po lekturze pozostaje wrażenie, że teraz trzeba by „uhermeneutycznić” kulturę.
Marcin Urbaniak: „Hermeneutyka a kierunki myśli współczesnej. Rozumienie kultury w filozoficznej hermeneutyce, filozofii przyrody i (post)strukturalizmie”. Wydawnictwo Universitas. Kraków 2014.