Wydanie bieżące

1 marca 5 (269) / 2015

Marta Kalarus,

OD KOWBOJA DO BOHATERA (SNAJPER)

A A A
„Snajper”, jeden z ostatnich filmów Clinta Eastwooda, wymieniany jest wśród przegranych tegorocznej gali rozdania Oscarów. Pomimo nominacji w sześciu kategoriach, otrzymał ostatecznie tylko statuetkę za najlepszy montaż dźwięku. Nie budzi to mojego zdziwienia – w przeciwieństwie do zdumienia spowodowanego nominacją „Snajpera” w kategorii „Najlepszy film”. Czego by bowiem nie powiedzieć o „Snajperze”, trudno uznać go za dzieło zasługujące na miano najlepszego – a już na pewno nie w reżyserskiej karierze Eastwooda.

Wokół filmu poświęconego historii najsłynniejszego amerykańskiego snajpera, Chrisa Kyle’a, od czasu premiery narosło wiele kontrowersji. Główne zarzuty krytyków dotyczą gloryfikowania przemocy oraz wojny. Trudno polemizować z tymi oskarżeniami, tym bardziej, że główny bohater, prosty chłopak z Teksasu, sprawia wrażenie nie samodzielnie myślącej osoby, a zaprogramowanego robota. Wychowany w przekonaniu, że należy kochać swój kraj i zawsze go bronić, wygłasza tego typu poglądy w bezrefleksyjny sposób, przez co brzmią one jak podręcznikowy przykład języka propagandy. A język ten, nadający zresztą „Snajperowi” niepotrzebnego nadęcia i sztuczności, przewija się przez cały film. Oczywiście, w tym miejscu można przywołać argument, że w dziele zostaje pokazana także ludzka strona bohatera, który oddala się od rodziny i zmaga z zespołem stresu pourazowego – jednak nawet wówczas Chris wyznaje psychologowi, że chciał chronić bliskich i znajomych przed wrogiem i martwi się, że nie udało mu się (jak na prawdziwego herosa przystało) obronić wszystkich.

Abstrahując od kwestii etycznych, taki sposób przedstawienia historii sprawia, że film wpisuje się w szereg sztampowych, ckliwych opowieści o dzielnych, dobrych bohaterach, walczących z groźnym nieprzyjacielem. I niestety, nie jest to jedyna słaba strona „Snajpera”. Jedną z najbardziej niedopracowanych kwestii wydaje się konstrukcja dzieła. Większość czasu ekranowego poświęcona jest okresowi pobytu Kyle’a na misji w Iraku – i trzeba uczciwie przyznać, że ta część opowiedziana została w sposób spójny i przemyślany. Reszta (ze szczególnym uwzględnieniem zakończenia) sprawia natomiast wrażenie, jakby została obmyślona przez niedoświadczoną osobę, biorącą udział w letnich warsztatach tworzenia filmów i mającą w ramach zadania domowego przygotować konspekt dzieła.

W początkowej sekwencji widzimy tytułowego snajpera, który podczas akcji ma oddać strzał do kobiety i dziecka, planujących rzucić granatem w stronę amerykańskich żołnierzy. Przed wystrzałem dochodzi jednak do retrospekcji, w której widoczny jest mały Kyle, strzelający do jelenia w czasie polowania z ojcem. Trudno stwierdzić, „co autor miał na myśli”, jednak zestawienie tych dwóch scen pozostawia pewien niesmak – nie sposób bowiem uwolnić się od skojarzenia, że na planie rzeczywistym mamy do czynienia z polowaniem na ludzi, a strzał do zwierzęcia jest równorzędny ze strzałem oddanym w stronę człowieka.

Po raz kolejny zostawmy jednak aspekt etyczny na boku i przejdźmy do tej części filmu, która poświęcona jest życiu Chrisa po powrocie z wojny. Na ukazanie, w jaki sposób mężczyzna radzi sobie z wojenną traumą, poświęca się około dziesięciu minut z ponaddwugodzinnego filmu – być może ma to oznaczać, że bohater całkiem szybko uporał się z koszmarem wojennych przeżyć. Wrażenie to potęguje fakt, że mamy szansę zobaczyć również, jak Chris na nowo odnalazł szczęście w życiu rodzinnym – o nim z kolei ma widza przekonać pięć ostatnich minut projekcji. Po tym czasie – gdy zostaliśmy już całkowicie utwierdzeni w przekonaniu, że Kyle był nie tylko oddanym Ameryce żołnierzem, ale również niezwykle zaangażowanym ojcem i mężem – pojawia się jednozdaniowa informacja, iż został zastrzelony przez innego weterana, któremu chciał pomóc. Całkowity brak pomysłu na zakończenie (będące, jak można dowiedzieć się z powszechnie dostępnych podręczników scenopisarstwa, niezwykle ważnym elementem każdego utworu) potwierdzają napisy końcowe, podczas których oglądamy uroczystości pogrzebowe, przeplatane archiwalnymi zdjęciami. Trudno wręcz uwierzyć, że podobna sekwencja końcowa znalazła się w filmie tak doświadczonego twórcy. Zdziwienie może też budzić fakt, że przedstawiona historia – pomimo wielu dramatycznych scen – zostaje ukazana w tak mało emocjonujący, aby nie powiedzieć: wręcz zimny, sposób. Najwyraźniej schematy, które zostają powielone w „Snajperze”, całkowicie zasłoniły uczuciową warstwę filmu – czyli to, co zwykle było mocną stroną dzieł Eastwooda.

„Snajper” nie okazał się więc najlepszym filmem 2014 roku. Zamiast interesującej biografii, otrzymaliśmy czarno-białą laurkę na cześć amerykańskiego żołnierza. Jeśli ktoś liczył na dobre kino w wykonaniu Eastwooda, ma prawo poczuć się zawiedziony. Pozostaje mieć nadzieję, że toczące się wokół filmu dyskusje zaowocują w przyszłości nieco bardziej refleksyjnym (i lepiej zrealizowanym) podejściem do budzących kontrowersje kwestii.
„Snajper” („American Sniper”). Reżyseria: Clint Eastwood. Scenariusz: Jason Hall. Obsada: Bradley Cooper, Sienna Miller, Luke Grimes, Jake McDorman i in. Gatunek: dramat biograficzny / film wojenny. Produkcja: USA 2014, 134 min.