Wydanie bieżące

1 marca 5 (269) / 2015

Dominik Szcześniak,

POSTAPO HORROR (PRZEBUDZENIE)

A A A
Od paru dobrych lat polscy edytorzy życzliwym okiem spoglądają na prace Scotta Snydera. Jego skrypty – zarówno autorskie, jak i pisane wspólnie z mistrzami literatury (Stephen King w przypadku „Amerykańskiego wampira”) czy dopiero raczkującymi w zawodzie scenarzystami (James Tynion IV w „Szponie”) – na tle innych zachodnich produkcji wyróżniają się interesującymi konceptami (przywoływany wyżej horror o krwiopijcach), odwołaniami do klasyki („Severed. Pożeracz marzeń”) czy też świeżym podejściem do legendy leciwych herosów („Batman”). Z drugiej strony, twórcy zarzuca się kiepskie finalizowanie dobrze rozpoczętych historii. Czy najnowsze dzieło firmowane nazwiskiem Snydera podziela wady i zalety swoich poprzedników?

Wyjściowy pomysł „Przebudzenia” był wyśmienity. Amerykanin wpisał rasowy, kameralny horror w postapokaliptyczną wizję ludzkości, pozwalając sobie zarówno na folklorystyczne fantazjowanie (momentami jednak nieco nachalne), jak i puszczanie „oczka” w stronę świata nauki. Tworząc historię ujętą w dość rozległych ramach czasowych – począwszy od przeszłości sprzed pięciu milionów lat, poprzez teraźniejszość, aż po przyszłość odległą o dwa stulecia – Snyder wykazał się sporą konsekwencją, wiarygodnie rozstawiając poszczególne pionki na fabularnej szachownicy. Linię demarkacyjną poprowadził idealnie: jest mroczne, kameralne preludium; są przerywniki zwiastujące nadejście „czegoś większego”, wreszcie – jest obraz świata po wodnej zagładzie. I choć całość rzeczywiście posiada zwartą konstrukcję, z poziomem merytorycznym poszczególnych elementów tej układanki bywa już różnie.

Część pierwsza oparta jest na klasycznym schemacie: grupa naukowców zostaje zamknięta w bazie położonej półtora kilometra pod powierzchnią oceanu wraz z niebezpiecznym, syrenopodobnym stworem, który ma być obiektem ich badań. Sprawy dość szybko przybierają dramatyczny obrót: potwór odzyskuje wolność, a w chwilach wytchnienia od morderczej walki mądre głowy próbują rozwikłać zagadkę owej istoty. Ten segment opowieści przenika klimat będący połączeniem emocji oferowanych przez VHS-owy klasyk „Shakma” (traktujący o wściekłej małpie siejącej chaos w zamkniętym na noc szpitalu) a drugą częścią „Obcego”, w której nastrój tajemnicy ustąpił miejsca widowiskowej pogoni za kosmicznym drapieżnikiem. Warty odnotowania jest fakt, iż bohaterów tego rozdziału można określić mianem „pełnokrwistych”, zaś relacje między nimi są zażyłe i sięgają czasów poprzedzających spotkanie w podwodnej bazie.

Postapokaliptyczna część „Przebudzenia” prezentuje się bardziej efektownie i przywodzi na myśl filmy „Wodny świat” i „Listonosz” z Kevinem Costnerem oraz komiks „Tank Girl” (z wszelkimi plusami i minusami tych produkcji). Klaustrofobiczną aurę otwarcia zastępują fantastyczne krainy oraz bezmiar oceanu, a wykłady na temat folkloru zostają wyparte przez proste dialogi pozbawione naukowych ciągotek. Ta odsłona serii również ma swój urok – zgoła inny od poprzedniej, zasadzający się bardziej na gruncie marynistycznej sensacji. Wrażeń nie brakuje: Snyder przedstawia epickie bitwy, wredne czarne charaktery, jak i przygody piratów podążających za przypadkowo wyłapanym przekazem radiowym z przeszłości. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie… zakończenie. Być może w finale „Przebudzenia” scenarzysta nawiązał do niechlubnej tradycji związanej ze sposobem wieńczenia swoich opowieści. Jedno jest pewne: ostatnie plansze albumu staną się zarzewiem dyskusji czytelników, bowiem o poziomie zawartych tam teorii można powiedzieć wiele – że są genialne, zgodne z zaprezentowanym wcześniej duchem komiksu, wyssane z palca, bzdurne…  Jednak jakkolwiek niedorzeczne lub wyśmienite by nie były, składają się na dość efektowną całość.

Największym, niewymienionym jeszcze atutem recenzowanego tomu jest jego niesamowita oprawa graficzna, za którą odpowiada Sean Murphy. Twórca, współpracujący dotychczas przy takich tytułach Vertigo, jak „Hellblazer: City of Demons” czy „Joe the Barbarian”, swoimi rysunkami nawiązuje do europejskiej tradycji (Sergio Toppi!), pozostając jednocześnie wierny amerykańskiemu mainstreamowi. Charakterystyczne, na wskroś perfekcyjne kompozycje plansz, niesamowite splash pages i świadome użycie każdej kreski naprawdę imponują. To po prostu trzeba zobaczyć. Najnowsza produkcja Muchy Comics jest bezcenna ze względu na polski debiut Seana Murphy’ego. Pomimo wad i mielizn scenariusza, stanowi również wizytówkę Scotta Snydera. „Przebudzenie” przez ponad dwieście stron umiejętnie gra na emocjach, by eksplodować w kontrowersyjnym finale. Ten wizualny majstersztyk jest fantastycznym czytadłem i jednym z najciekawszych komiksów, jakie w ostatnich latach wyleciały spod skrzydeł Vertigo.
Scott Snyder, Sean Murphy, Matt Hollingsworth: „Przebudzenie” („The Wake”). Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz. Wydawnictwo Mucha Comics. Warszawa 2015.