Wydanie bieżące

1 marca 5 (269) / 2015

Maciej Duda,

DEBIUT WDZIĘCZNY MEDIALNIE (MAŁGORZATA HALBER: 'NAJGORSZY CZŁOWIEK NA ŚWIECIE')

A A A
„Najgorszy człowiek na świecie” to debiut wdzięczny medialnie. Wydaje się, że wydawcy tylko marzą o takiej autorce jak Małgorzata Halber. Nikomu nie trzeba jej przedstawiać, a jeśli ktoś nie kojarzy jej nazwiska, to na okładce książki wystarczy zamieścić duże zdjęcie rozpoznawalnej twarzy. Wyżowe pokolenie urodzonych w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku od razu zdekoduje, o kogo idzie. Młodsze także. Telewizja i Internet robią swoje. W ten sposób część promocyjna jest już gotowa. Teraz dalej, temat. Skoro o uzależnieniu i to podwójnym, od alkoholu i narkotyków, to właściwie też nie może być lepiej. Trzydziestoparolatka z problemami, niby pani z telewizji, a jednak katastrofa, niekoniecznie piękna. To się samo będzie czytać. Do tego jeszcze autobiograficzne tropy i przepis na bestseller gotowy. Co z tego, że bohaterka ma na imię Krystyna, nie Małgorzata. Przecież też pracuje w telewizji, jest w wieku autorki, więc to musi być ona w formacie jeden do jeden, a my możemy bezkarnie zajrzeć do jej domu, a nawet na jej terapię. Niby autorka coś tam mówiła w wywiadach, że „Krystyna to nie ja”, Flaubertem nie chciała zostać, mówiła, że to imię po babci, że tak, są zbieżności, pewnie i duże, ale to przecież nie jest najważniejsze, to w ogóle nie jest temat… Niestety jest. Niestety jest też bardzo lepki i będzie zawłaszczał przestrzeń kolejnych opisów tej książki. I tu pojawia się kłopot, ponieważ „Najgorszego człowieka na świecie” nie można jednak ustawić w dziale biografii, autobiografii czy książek celebrytów. Halber umieszcza ją na półce z beletrystyką po prostu. I chyba ma rację. Gdyby tylko napisała tę książkę w kooperatywie z jakąś telewizyjnie rozpoznawalną psycholożką, która by ją ładnie na okoliczność uzależnienia odpytała, gdyby tylko nie umiała składnie pisać, zebrać myśli – wówczas, proszę bardzo, mogłaby stać między książkami Ilony Felicjańskiej i Kingi Rusin. Niestety formą odbiega od celebryckiej półki. I w tym miejscu zaczyna się recepcyjny dramat.

Nie chcę napisać, że Halber ma świetne pióro i będzie Pilchem w spódnicy. Nic z tego. Zresztą wartość literacka nie jest chyba głównym, a przynajmniej nie pierwszym założeniem tej książki. To nie ona ma przyciągnąć czytelnika. Raczej idzie tu o fabułę, nie o słowo i składnię. Choć tego też nie jestem pewny, bo prowadząc internetowy komiks, Halber udowodniła, że świetnie radzi sobie w małej formie. Tam, gdzie nadmiar słów jest zabójczy, potrafiła w punkt oddać emocje czy myśl. I to udało jej się przetransponować na „Najgorszego człowieka”.

Powiedziałem, że fabuła przyciągnie czytelników. Przyciągnie też etykietka „polskiej Charlotte Roche”, jak o autorce na okładce pisze wydawca. Przyciągnie też sama okładka w pudrowym różu, ze zwierciadłem, w którym odbija się kot. Ten ostatni ma spore kły i groźną minę. Okładka działa. Pokazana kilku czytelniczkom i czytelnikom, oceniona została jako chick lit lub babskie czytadło. Dobór określeń zależny od płci odbiorców, wcale niezaskakujący. Jednak ktoś, kto dekoduje nazwisko autorki, chce w tym okładkowym geście wiedzieć wiele przewrotności, nawet ironii. W zestawieniu z samym tekstem jest ten zabieg dość intrygujący, bo wydaje się gestem wyraźnego odcięcia. Narratorka w pewnym momencie stwierdzi bowiem, że ironia jest najgorszą strategią działania, bo odcina, blokuje, nie daje możliwości kontaktu, a sama w sobie jest po prostu wyrazem najgłębszego strachu, niepewności. Krystyna ma rację, choć jej opinię można też potraktować jako zdanie świeżo nawróconej uczestniczki terapii, która właśnie pojęła prawidła i zapragnęła je ogłosić. Pewnie wyda się przerysowana i niezgodna z obrazem autorki. I o to w tym wszystkim tak naprawdę idzie.

Halber jest niewątpliwie symbolem pokoleniowym. Twarzą dziewczyny z TV, która niby tam jest, ale przecież na jakiś innych zasadach niż pozostali. Jakoś nie bardzo się wdzięczy do kamery i widzów, nie próbuje nikogo do niczego przekonać, pytania, które zadaje, w widzach budzą myśl w stylu „aha, tego nie wiedziałem, ciekawe”. Do tego używa zdań wielokrotnie złożonych i składni, która niekoniecznie jest pierwszym wyborem dla innych przedstawicieli telewizyjnych profesji. To wszystko sprawiło, że autorka nie stała się kolejną „telewizyjną paprotką”, która wygląda, ale niekoniecznie ma coś ciekawego do powiedzenia, te same cechy dawały też przestrzeń do przemyśleń po drugiej stronie ekranu. W takim ujęciu „Najgorszy człowiek na świecie” – formalnie, nie fabularnie – wydaje się naturalną kontynuacją dziennikarskiej działalności Halber. Kolejnym krokiem kogoś, kto się słowem zajmuje na co dzień. Z jedną ważną zmianą: wcześniej dostawaliśmy ładunek, który rozbroić należało intelektualnie, teraz otrzymaliśmy treść, która odsłonić ma emocje. Nie idzie więc o zrozumienie, a o poczucie. I w tym miejscu musimy wrócić do głównej bohaterki, Krystyny.

Czytając jej pierwszoosobowy zapis, spotykamy kogoś, kto sobie świetnie radzi. Dobrze funkcjonuje w środowisku. Oglądana z zewnątrz, odnosi sukcesy. Funkcjonalna narkomanka i alkoholiczka. W pracy zawsze zorganizowana. Związek jest, znajomi są. Za chwilę będzie kredyt na mieszkanie. Czego chcieć więcej? A jednak. Okazuje się, że jest w tym wszystkim jedna stała, którą można wymienić na inną. Alkohol, który czasem podmienia się narkotykami, albo stosuje się równolegle. I tu znowu pytanie: gdzie tkwi problem, skoro Krystyna nie ma nikogo pod opieką, niczego nie zawala, a po alkoholu czuje się lepiej, wątki się rozplątują, konwersacja trwa? Świat jest mniej kanciasty. Tyle wystarczy. Krystyna nie posunie się dalej. Nie straci pracy, nie rozbije rodziny, nikt też nie znajdzie jej pod mostem, śpiącej w gazetach lub żebrzącej o dwa złote na wino. Twarz uzależnienia jest tu zupełnie inna niż wskazywałby stereotyp.

Odruch rozbijania stereotypów staje się wektorem „Najgorszego człowieka na świecie”. Najmocniejszymi wcale nie są te dotyczące płci bohaterki czy samego wizerunku alkoholika i alkoholiczki. W tym zakresie przesunięta zostaje w powieści granica samopoznania i osądu własnego postępowania. Krystyna nie potrzebuje ekonomicznej czy rodzinnej katastrofy. Do zmiany nie potrzebuje odbicia w oczach innych. Wystarczy jej autorefleksja i uczciwość. Gdy pisze się takie słowo jak „uczciwość” czy „szczerość”, włącza się wewnętrzny hamulec, ostrzeżenie: uważaj, to przecież banał. Pewnie banał, prosta prawda, która nie wymaga dekonstrukcyjnych zdolności intelektualnych. Banał, który niby przychodzi łatwo, a jednak przyznanie się do owej banalnej myśli jest sprawą niezwykle trudną. O tym właściwie opowiada Krystyna, która na stół postanawia wyłożyć to wszystko, o czym większość myśli co dnia: strach przed oceną innych, strach przed tym, że ktoś zobaczy w nas tych, którymi nie chcemy być, tych, którzy nie mają nic ciekawego do powiedzenia, tych, którzy są gorsi, brzydcy, niżsi w hierarchii.

Odyseję Krystyny można uniwersalizować. Na poziomie kilku prostych prawd jest terapeutyczna i takie też ma pełnić zadanie. Jest przypowieścią o tej, która zapomniała, że ma emocje. Wytłumiła je. Najpierw intelektem, a później alkoholem. „Myli mi się to, co czuję, z tym, co myślę, że czuję” to tytuł jednego z fragmentów „Najgorszego człowieka”, to też jedna z ważniejszych fraz procesu terapii. Dotarcie do własnych emocji, w kulturze, w społeczności, która nad czucie stawia myślenie i nieustannie za to ostatnie chce nagradzać swoich członków, jest skomplikowanym procesem. Krystyna obrazuje go kolejnymi kadrami z wizyt, spotkań z różnymi terapeutami, terapeutkami. Z każdą wizytą pogłębia się nie tylko wgląd Krystyny w siebie, ale też i wgląd czytelników w to, jak ów proces może wyglądać, do czego prowadzić. Narracja Krystyny nie jest jednak prostą ulotką polecającą terapię. Oczywiście, bohaterka wie, że bez wsparcia nie można nic zmienić, ale swoim przykładem pokazuje też to, co w samej terapii wydaje się jej groźne. Podejście kolejnych terapeutów, interakcja z nimi, problem „przeterapeutyzowania”, wreszcie proces powrotu do świata, który wydaje się być niegotowy na zdanie wygłoszone w samochodowym warsztacie nad paskiem klinowym: „Janek ty chyba czujesz złość”. W ten sposób „Najgorszy człowiek na świecie” poza poziomem wspomnianych prawd oczywistych, prawd banalnych pokazuje także konkretny uskok. Tak jak uzależnienie ma być procesem ucieczkowym, tak też terapia stać się może procesem odcinającym od wszystkiego, co do tej pory definiowało nawyki, a nawet życie czy tożsamość Krystyny.

Krystynie niewątpliwie udaje się rzecz ciekawa. Zapis jej terapii staje się doświadczeniem uczestniczącym, które bohaterka potrafi opisać jako kolejne przymiarki. Zdarza jej się wprost cytować zadania, jakie wykonywała w czasie terapii. Szczególnie wówczas, gdy były dla niej otwierające, gdy odkrywała to, na co zdążyła się zamknąć nie przez uzależnienie, ale dużo wcześniej. W tym dzieleniu się odkryciem widać chęć dawania przykładu, jakby diagnozując stan znajomej jej części społeczeństwa, Krystyna chciała oznajmić: kurcze, przecież ja nigdy nie porozmawiałam ze sobą, a ty?

Kolejne przymiarki dotyczą kwestii wyznania, sprzężenia wiary, ateizmu i terapii, płci członków i członkiń grup wsparcia, klas ,do jakich przynależą. Te wszystkie czynniki grają istotną rolę zarówno przy podejmowaniu decyzji, wyboru miejsca, gdzie Krystyna decyduje się na terapię, ale też w każdym momencie jej autorefleksji. W tym oglądzie tkwi siła jej narracji, która jest ciągłym pytaniem o to, czego się nie mówi nawet na grupach motywacyjnych, na grupach wsparcia. Jakkolwiek źle to zabrzmi, „Najgorszy człowiek na świecie” to także „kolekcja terapeutów i terapeutek”, których Krystyna wybiera samodzielnie lub których otrzymuje z przydziału, będąc pacjentką NFZ.

Narracja Krystyny nie jest narracją selfmade mana, który upada, ale dzięki własnej refleksji dostrzega upadek, szuka wsparcia, podnosi się i buduje od nowa, pokazując wszystkim „oto nowa ja, bardziej świadoma, mocniejsza”. Nie ma tu happy endu, przejścia na jasną stronę mocy i reprezentacji nawróconych, którzy zaświadczą, że z pewnością się uda. Co więcej, retardacyjne części tej narracji, te, w których Krystyna odkrywa spokój i przyjemności, skonstruowane są w taki sposób, że czytelnik im nie ufa, szuka drugiego dna, czuje, że to tylko cisza przed burzą. I tak w rzeczywistości jest. Odyseja Krystyny to ciągłe próby przyznania się i oswajania własnych lęków. To zapis strachu, który kształtuje nawyki i tory myślenia. Pod tym względem ten fabularyzowany zapis odkrywania procesu terapii, terapeutycznego języka przy jednoczesnej rezygnacji z ironii, ale też zapis kolejnych ucieczek, uchyleń, nałogowych nawrotów, ma być nie tyle ciekawy, co prawdopodobnie dla samej Krystyny konstytutywny. A dla czytelników? Prawdopodobnie będzie okazją do weryfikacji kilku sądów na temat etykietowanych alkoholików i alkoholiczek, prawdopodobnie coś rozwarstwi albo przynajmniej wycieniuje. Bliskość terapeutycznego procesu i języka ma też pewnie dodatkową powinność – zachętę do czytelniczej autorefleksji. Nie jest to jednak beletryzowany przewodnik pt.: „Jaką terapię wybrać i jak ją przetrwać”.

Nie da się ukryć, że autorka, konstruując narrację Krystyny, spełnia misję, chce odczarować kilka stereotypów, nie stając się ani płciowym rewersem postaci Jerzego Pilcha, ani kontynuacją czy pokoleniowym następstwem bohaterek opowiadań Ingi Iwasiów (tu wyraźnie odróżniające wydaje się podejście do terapii) oraz starając się odciąć od medialnego obrazu Ilony Felicjańskiej. Przykładając doń krytycznoliteracką miarkę: plasuje się gdzieś pośrodku, między wskazanymi przykładami. Jest wsobna, co uznać należy za zaletę. Emocjonalna zobiektywizowana metryczka na szczęście nie istnieje.
Małgorzata Halber: „Najgorszy człowiek na świecie”. Znak. Kraków 2015.