Wydanie bieżące

1 marca 5 (269) / 2015

Sławomir Iwasiów,

ODOBECNIONA (ERWIN MORTIER: 'PIEŚNI BEŁKOTU')

A A A
Erwin Mortier, belgijski prozaik i poeta, jest znany między innymi dzięki debiutanckiej, nagradzanej powieści „Marcel” (1999), w której zostały przedstawione losy flamandzkiej rodziny obserwowanej oczami dziesięcioletniego chłopca. W najnowszym tomie prozy – tym razem bliższym autobiografii niż powieści – Mortier opisuje chorobę swojej matki zmagającej się z postępującym alzheimerem. Autor podejmuje przy tym kilka wyrazistych wątków o charakterze społecznym i odwołuje się do takich kategorii, jak starość, samotność czy tożsamość.

„Pieśni bełkotu. Mamine godzinki” to trudna lektura, od początku do końca, by tak rzec, angażująca emocjonalnie. To dobrze – bez emocji trudno wyobrazić sobie literaturę, która miałaby wywołać reakcję, choćby i zmusić do zastanowienia, a może nawet do działania. Trzeba jednak z góry uprzedzić, że nie jest to proste i przyjemne czytadło, nie są to emocje kupione w księgarskiej sieciówce z półki bestsellerów – wszystko w tej książce boli i smuci, począwszy od rozpadającej się na kawałki tożsamości bohaterki, aż po aforystyczne stwierdzenia jej syna, wszędzie upatrującego rozkładu, cierpienia i nadchodzącego kresu.

Matka znika. W jakimś momencie przestaje być sobą, jest coraz bardziej, dzień po dniu, pozbawiana obecności. Mylą się jej słowa, zapomina twarze, nie wie, o czym przed chwilą rozmawiała. Szepcze tylko bez ładu i składu modlitwę kogoś, kto traci rozum. W jakimś stopniu stan niebytu osoby dotkniętej chorobą oddaje styl belgijskiego autora. Mortier łączy prozę i poezję, fragmenty narracyjne przeplata krótkimi jakby-wierszami, pojedyncze akapity umieszcza na osobnych stronach, tym samym dając do zrozumienia, że przedstawianie tej właśnie dolegliwości i jej symptomów nie może odbywać się linearnie; nie może tu być mowy o fabule, o logice i spójności formy powieściowej. (Na marginesie: przełożenie na język polski co bardziej skomplikowanych poetycko fragmentów musiało być niełatwą pracą dla tłumacza, Łukasza Żebrowskiego). W efekcie poznajemy raczej urywki tego, co można sobie wyobrażać jako życie z osobą cierpiącą na alzheimera.

Choroba, na pierwszy rzut oka, wydaje się czymś „ludzkim”, powszechnym, ale też, dzięki niejednolitej narracji Mortiera, staje się osobista, jednostkowa, a nawet – to trudne słowo w tym kontekście – niezwykła, bowiem dotyczy właśnie tej konkretnej kobiety. Alzheimer ujawnia się w różnych momentach, a syn – widząc coraz większe spustoszenie, jakie sieje w umyśle matki tracącej kontakt z rzeczywistością – stara się dociec, skąd choroba się wzięła i kiedy po raz pierwszy dała o sobie znać. Może wtedy, gdy mama o czymś zapomniała? Albo kiedy przypaliła sos pieczeniowy, bo zamiast soli dodała do befsztyków cukru? Albo gdy z fascynacją wpatrywała się w kreskówkę dla dzieci ze śmiesznymi postaciami? W związku z tym całość książki tworzy specyficzny „dziennik” choroby; specyficzny, bo pisany bez początku i końca, bez odwołań do poszczególnych dni, bez zachowania chronologii.

Pisarz zwraca uwagę także na to, że matka nie potrafi tworzyć spójnych opowieści. Tak chyba najpełniej ujawnia się jej tragedia, a syna najbardziej dotyka trudny do zaakceptowania brak kontaktu chorej ze światem pełnym słów, także jego słów: „Z każdym dniem cichnie. Potrzeba coraz więcej łez, by zastąpić słowa, które uleciały. Czasem porusza wargami, drżą jej kąciki ust, wydaje z siebie krótkie westchnienie. Zapewne są jeszcze myśli, ale nadawane na falach o innej długości, poza zasięgiem mojej błony bębenkowej” (s. 18). Problem z tą chorobą jest i taki: trudno cokolwiek na nią poradzić, bo nie ma na nią żadnego lekarstwa ani w dosłownym sensie, ani w przenośni. W jakimś sensie remedium na alzheimera jest literatura, ale ratuje tylko pośrednio i tylko przed jednym objawem – przed utratą pamięci.

Zapomnienie – to także symptom, proces, który nurtuje pisarza. Czy on również „zapomni” język, czy zapomni myśli, do tej pory płynące bez trudu, bez żadnych przeszkód znajdując ujście w mowie i piśmie? Prawdopodobieństwo zachorowania nie stanowi jednak, mimo wszystko, przerażającej wizji. Raczej jest czymś w rodzaju zapowiedzi uspokojenia, ustabilizowania: „Jeżeli zachoruję na demencję, widać to będzie po moim charakterze pisma. Stanie się czytelniejsze, nie tylko dla mnie” (s. 65).

Trzeba wspomnieć przy okazji, że Mortier to wytrenowany pielęgniarz psychiatryczny i niektóre jego obserwacje zdradzają znajomość profesji medycznej. Szpitale, opieka codzienna, oddziały geriatryczne – to wszystko znajduje się wprawdzie w tle, z reguły pozostaje w ukryciu przed oczami tych, którzy są zdrowi, ale właśnie dlatego świadczy o istotnym, niejako społecznym wymiarze „Pieśni bełkotu”. Czytając, można zadawać sobie pytania o chorobę i jej wpływ na funkcjonowanie ludzi w zbiorowości. Na przykład: na ile emocjonalnie, ale też jako społeczeństwo, jesteśmy przygotowani, żeby radzić sobie ze skutkami alzheimera? To jest niebanalny problem tej książki, przebijający spod warstw smutku i poetyckości. Co zrobić, kiedy najbliższy nam człowiek przestaje być osobą, kiedy traci swoje cechy, a zatem, kiedy traci tożsamość? Co począć, gdy zbiurokratyzowana opieka medyczna odbiera tę tożsamość jeszcze bardziej?

Inne jeszcze zagadnienie zaprząta głowę po lekturze „Pieśni bełkotu”: jaki status w zbiorowości mają osoby dotknięte schorzeniami, które nie tylko wycieńczają fizycznie ciało, ale przede wszystkim ingerują w psychikę, zdolność do komunikacji, osobowość? Jak traktujemy te osoby? Czy są one wykluczone? Z pewnością, choć Mortier przedstawia także rewers tego problemu. Nie mniej cierpią ci, którzy obserwują zagubienie chorych na alzheimera: „Musiałem dać tacie do zrozumienia, że powinniśmy już myśleć o oddaniu jej pod stałą opiekę. Zdaje sobie z tego sprawę, ale z trudem przychodzi mu się do tego przyznać. Uważa, że to zdrada, czuje się winny. Dlatego rozmawialiśmy bardzo oględnie. Podwoiłem czujność i lawirowałem między skałami, żeby go nie zrazić. Jego kiwanie głową, milczenie, łkanie” (s. 28–29).

Inna rzecz, co możemy, a czego nie możemy zaoferować osobom chorym i jak potrafimy się nimi zająć. To trudny temat, dość często w sferze debat publicznych podejmowany, ponieważ wiąże się z takimi zagadnieniami, jak dostępność do usług medycznych, opieki społecznej czy też legalnej eutanazji. Właśnie wizja zakończenia życia w wybranym momencie pojawia się tu i ówdzie w opowieści zrozpaczonego syna i zostaje w „Pieśniach bełkotu” wpleciona w narrację niby-wierszowanym fragmentem: „Przecież bym nie chciał, żeby musiała potem leżeć i się / męczyć, mówi. // Nie chciałbym, żeby leżała i zdychała, a my mielibyśmy / stać obok i się przyglądać. // Nie uważam, żeby musiała się męczyć. //Możemy to zorganizować, mówię” (s. 117).

Śmierć mogłaby być wybawieniem? Czy wolno nam decydować o życiu innych osób? W jaki sposób choroba wpływa na nasze wybory, na etykę tych wyborów? Nie są to wątpliwości przypadkowe, szczególnie w perspektywie coraz mniej licznych młodych pokoleń i wciąż dużej liczby nieuleczalnych chorób. Mortier konstatuje: „W naszych szpitalach chrzęszczą kręgosłupy pielęgniarzy, którzy załamują się pod ciężarem starzejącego się społeczeństwa” (s. 86).

Jak wspomniałem na wstępie, „Pieśni bełkotu” nie są łatwą lekturą. Nie ma tu ani promienia nadziei na cudowne ozdrowienie, ani światełka w tunelu współczesnej medycyny, która wciąż nie znajduje odpowiedzi na wszystkie pytania. Mortier zdaje się twierdzić: choroba prowadzi donikąd, nie ma sensu, jest aberracją, stanem zawieszenia pomiędzy życiem a śmiercią. Nie znaczy to jednak, że trzeba się jej poddawać – pisanie dziennika choroby matki nie jest przy tym terapią, chyba nie może pomóc w radzeniu sobie z cierpieniem. To raczej zapowiedź utraty, która tak czy inaczej jest przesądzona.
Erwin Mortier: „Pieśni bełkotu. Mamine godzinki”. Przeł. Łukasz Żebrowski. Wydawnictwo WAB. Warszawa 2014.