Wydanie bieżące

1 marca 5 (269) / 2015

Sabina Strózik,

WŁAŚNIE TAKA DZIEWCZYNA (LENA DUNHAM: 'NIE TAKA DZIEWCZYNA')

A A A
Lena Dunham nieopatrznie włożyła w usta Hannah, bohaterki tworzonego przez siebie dla HBO serialu, zdanie, że jest głosem swojego pokolenia. Nie pomogły późniejsze tłumaczenia w wywiadach i zwracanie uwagi, iż bohaterka mówi to po zażyciu narkotyków i że jest to raczej bełkot kogoś otumanionego, a nie światopoglądowa deklaracja. Jeśli Dunham naprawdę chciała uciec od ciążącej na niej samozwańczej odpowiedzialności za pokolenie, w którego imieniu się wypowiada, wydanie „Nie takiej dziewczyny” było błędem i przypieczętowaniem losu autorki. Parafrazując Hannah: nie chcę was przerazić, ale to może być głos naszego pokolenia.

Bywamy tacy sami

Jako zagorzała – choć nie do końca potrafiąca wytłumaczyć taki stan rzeczy – fanka serialu z niecierpliwością oczekiwałam premiery książki. Unikałam czytania wszelkich związanych z nią nowin, sprawozdań ze skandali, do których się przyczyniła, i komentarzy. Wymagało to wysiłku, bo szum medialny wokół publikacji był i jest spory. Wydawałoby się więc, że w książce musi się znajdować coś szokującego, coś, co wytrąca z równowagi rzesze oburzonych. Według mnie jest dokładnie odwrotnie. Nie taka dziewczyna to dokładnie taka dziewczyna. Lektura pozwala nam jedynie zajrzeć „trochę” głębiej w życie autorki i dowiedzieć się kilku ciekawych szczegółów na temat piekielnie inteligentnej dziewczyny, która od zawsze żyła w sposób dla zdecydowanej większości absolutnie nieosiągalny: „Jako siedemnastolatka urządziłam nawet wegańską kolację, o której później napisano w dziale stylu »The New York Timesa«, z nagłówkiem »Chrupiące menu dla młodych!« (…). Ubrałam się w diora mojej babci, uparłam, że nie włożę butów (skóra? nie ma mowy!) i wyjaśniłam dziennikarce, że choć wojna w Iraku nie bardzo mnie interesuje, martwię się nonszalanckim stosunkiem Amerykanów do śmierci zwierząt rzeźnych” (s. 99-100).

Czy jednak takie środowisko, jakiego Dunham nie wybrała, a w jakim się urodziła i do jakiego się z różnym skutkiem zaadoptowała, musi wynieść ją poza nawias wspólnego doświadczenia? Wiele jest fragmentów w książce, w których Lena legitymuje się marzeniami osoby, która nie tylko nigdy nie trafiła na łamy „The New York Timesa”, ale nawet nigdy w Nowym Jorku nie była: „Gdybyśmy oboje ciężko pracowali, moglibyśmy się tu z Benem przeprowadzić z jakimś kundelkiem, półką na książki i małym pomarańczowym autkiem” (s. 85).

O-błędna Lena

Prawdziwym zaskoczeniem jest fakt, że to książka napisana z… misją: „Chciałabym jednak opowiedzieć swoje historie, a zresztą muszę to zrobić, żeby nie oszaleć (…). A jeśli to, czego się nauczyłam, pomoże ci wykonać choć jedno parszywe zadanie albo uratuje przed stosunkiem, w trakcie którego będziesz się bała zdjąć trampki na wypadek, gdybyś musiała wiać, każda moja porażka będzie tego warta” (s. 16-17). Zaskoczenie jest tym większe, że ustęp następuje po fragmencie, gdzie Lena stwierdza: „Nie ma według mnie nic odważniejszego niż stwierdzenie, że to właśnie twoja historia zasługuje na to, by ją opowiedzieć” (s. 16). Czy w takim razie, jeśli dodamy do opowiadania własnej historii poczucie misji i ratowanie bliźnich w opałach, nie należałoby zamienić słowa „odwaga” na „zarozumiałość”?

Ten jeden akapit stawia cały tekst w stan podejrzenia. Trudno dopatrzeć się fragmentów, gdzie Lena rzeczywiście wypełniałaby zadeklarowaną misję. Wręcz przeciwnie: cała książka to prawie ekshibicjonistyczna demonstracja słabości i błędów, czasem irytujących, ale tak ludzkich, że prawie każdy znajdzie w sobie pierwiastek choćby podobnej historii i podobnych panicznych zachowań. Lena jest elokwentna, utalentowana i bez wątpienia inteligentna, ale zdecydowanie nie jest to osoba, która mogłaby mieć misję ustrzeżenia kogoś przed błędami. Wydaje się bowiem, że popełnia ich więcej niż przeciętny człowiek, a potem je jeszcze powtarza – czasem nawet do pięciuset razy (świetny esej o pracy w sklepie z luksusowymi ubrankami dla dzieci). Tam, gdzie wiele osób już na początku wycofałoby się, Lena dopiero dostrzega pole do popisu i brnie. Kilka jej historii budzi nie tyle zrozumienie czy litość, ale irytację. Trudno być dobrze nastawionym do fragmentów, gdzie Lena, zaprzepaszczając swoje niezaprzeczalne dokonania w upominaniu się o równe traktowanie kobiet, rozbrajająco stwierdza na przykład: „Któregoś wieczoru ktoś zrobił kupę na podłogę w toalecie. – Idziesz posprzątać – rzucił wtedy Joaqiun. Nie posprzątałam, ale w pewnym sensie podobało mi się, że kazano mi to zrobić. Joaquin był chodzącą impertynencją, a mnie (mimo udawanej konsternacji »dlaczego ja?«) miękły kolana” (s. 61).

Porozrzucane wyimki z życia małej i dorosłej Leny nie tworzą spójnej opowieści. Są zbiorem esejów, kalejdoskopem – oferują nam całe spectrum rozmaitych widoków, rozpraszając równocześnie rozmaitością i ilością dostarczanych bodźców. Autorka każe nam zapoznać się z najintymniejszymi fragmentami jej autobiografii („Zawsze wiedziałam, że z moją macicą jest coś nie w porządku” [s.127]), łamiąc tabu i przekraczając granice, zastrzegając przy tym, że o niektórych rzeczach pisać nie będzie, bo należy je chronić i zostawić osobom, do których należą. Miłość do chłopaka jest dla niej rzeczą bardziej intymną niż endometrioza.

Czego nas „nauczono”?

„Nie taka dziewczyna” to w dużej mierze zapis prawdy o nas – jeszcze dwudziesto-, ale już prawie trzydziestoletnich, trochę jeszcze bawiących się w „młodość ma swoje prawa”, ale już z namysłem nad „może to już nie wypada” itd. Jest to jednak również prawda wypowiedziana bez wystarczającej refleksji i bez dystansu, w formie czystej autonarracji. A Leny życie nie nauczyło jeszcze zbyt wiele – na szczęście przecież. Oczywiście, niektóre z punktów opisywanych przez autorkę pokrywają się z życiem ludzi osiągających dorosłość w tych samych czasach. Zakochujemy się, poszukujemy szczęścia, toczymy batalie z własnym niedoskonałym ciałem. Dodatkowo musieliśmy przeżyć przeskok między czasami zabaw na podwórkach a czasami, gdzie to social media żyją za nas, wszystko jest publiczne, społeczne i odkryte. Choć nie produkujemy seriali i filmów, a nasi rodzice nie należą do nowojorskiej artystycznej bohemy, boimy się śmierci tak swojej, jak i bliskich. Dunham ubiera te uczucia w słowa odpowiadające nie tylko jej własnemu stanowi ducha, adekwatne do opisywanych sytuacji i wypełniające lukę, a przy tym stroni od patosu i przesady, zachowując pogodny dystans.

Jeśli więc Lena miałaby być głosem naszego pokolenia, to – choć pięknie mówi, świetnie ubiera rzeczy w słowa i fascynująco koloryzuje – w jej tekstach wyraźnie brakuje zastanowienia nad przyczynami kształtu takiej zbiorowości i perspektywami na przyszłość. Nie ma także podpowiedzi (zgodnej z misją), w jakim kierunku powinniśmy zmierzać. Z ciągnących się stronicami tabel kalorii, które Lena przyswoiła sobie w 2010 roku, nie wynika zupełnie nic – może oprócz rozczarowania, że osoba, która pozornie nie wstydzi się swojego ciała i daje innym siłę do niewstydzenia się, tak naprawdę czuje się na tyle niekomfortowo, że pochłania środki przeczyszczające i liczy każdy migdał, jaki pozwala sobie zjeść.

Autonarracja to jednak także forma terapii. A na tym Lena, stała bywalczyni gabinetów terapeutów od wczesnych lat dzieciństwa, zna się jak mało kto. Za to my, jako pokolenie, możemy potrzebować terapii jak mało która generacja przed nami.
Lena Dunham: „Nie taka dziewczyna. Młoda kobieta o tym, czego »nauczyło« ją życie”. Przeł. Dobromiła Jankowska. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2015.