Wydanie bieżące

1 listopada 21 (69) / 2006

Ryszard Chłopek, Tomasz Pułka,

W KOŃCU KULKA I TAK WPADA

A A A
Z Tomaszem Pułką rozmawia Ryszard Chłopek
Ryszard Chłopek: Tomku, Twoja notka biograficzna zamieszona na portalu internetowym „literackie.pl” jest niezwykle intrygująca, bo zaczynasz opowiadać pewną fabułę i nagle ją zrywasz. W ten sposób wprowadzasz obszar tajemnicy, o której przynajmniej częściowe dopowiedzenie chcę Cię prosić. Piszesz o swoim pradziadku Nemezym. „Nemezy” to faktycznie ładne imię, pochodzi od greckiej bogini zemsty i podobno oznacza tyle, co „uzasadniony gniew”. Smaczku tej historii dodaje fakt, że – jak piszesz – pradziadek był rzeźnikiem. To dobre imię dla mężczyzny wykonującego tę profesję. Ale tutaj opowieść się urywa...

Tomasz Pułka: Opowieść się urywa, albowiem o pradziadku (a dokładnie: "prapradziadku"; jestem niedbały) wiem tylko tyle. Znalazłem go na fotografii z 1901 roku, przedstawiającej radę gminną Sułkowic (miasteczko mojego dzieciństwa). W książce M. Stanaszka: „Sułkowice – osiedle 1000 kowali”, gdzie owa fotografia się znajduje, prapradziadek opatrzony jest adnotacją: „nestor sułkowickich rzeźników”, ma wąsy i wygląda na niezłego Sarmatę. Sam nie wiem, skąd wzmianka o nim w notce na „literackich”. Ot, ciąg myślowy.

R. Ch.: O! Stanaszek wielkim poetą był, o czym nie wiedziałem. Czy nie uważasz, że „nestor sułkowickich rzeźników” to świetna fraza?

T. P.: Absolutnie. Myślę nawet, że Andrzej Sosnowski mógłby obok między innymi: „małej śmierci w Wenecji”, „Wielkiego Banja Luki” i „Bala Anonima”, dorzucić do grona swoich bohaterów także „nestora sułkowickich rzeźników”.

R. Ch.: No właśnie. Gdybym sam znalazł taki smakowity kąsek, to chętnie bym go wykorzystał na przykład jako tytuł wiersza. Ja tu Ciebie celowo tak pokrętnie zagaduję, bo właśnie o tytuł książki chcę zapytać. „Rewers” to lewa, spodnia, odwrotna strona czegoś. Czego? Spośród wielu wyjaśnień przychodzi mi do głowy również to najoczywistsze – że to druga strona Ciebie. Ale ten trop mnie nie satysfakcjonuje. W końcu wiersze zawsze jakoś odbijają autora. Co jeszcze jest na awersie tego „Rewersu”?

T. P.: Hm, wydaje mi się, że wszystko na ten temat ujęte jest w tytułowym tekście: „Rewers należy do tej grupy słów, / która ma jeszcze nie do końca określone znaczenie. / Bo wiemy, że to jedna ze stron monety, ale czym jest moneta?”. „Rewers” jako jedno z takich słów – teleportów, które same w sobie i same dla siebie są punktem odniesienia. To ma być taki równaniowy „x”, pod który można – siebie, świat, czy tam coś innego, górnolotnego – podłożyć. Ale dobrze napisał Zdzisław Jaskuła, że jest to tym samym pytanie o awers. Świata, czy tam czegoś innego, górnolotnego.

R. Ch.: Dla Ciebie to nie ma znaczenia, co sobie ktoś bardziej lub mniej górnolotnego podłoży?

T. P.: Nie, nie ma. Zresztą – nie mam na to wpływu. Jedynie staram się, żeby konstrukcja tekstu stanowiła układ kontrolowany. Jak w pinballu – można obijać się o punkty kilka godzin, ale w końcu kulka i tak wpada. No więc gra, gra z czytelnikiem, gra z samym sobą.

R. Ch.: Nie do końca ufam temu, co mówisz. Faktycznie są w „Rewersie” teksty do tego stopnia zanurzone w żywiole języka, że mogą stać się takim białym sufitem z gabinetu Freuda, na który czytelnik może wyprojektować, co tam sobie chce i grać tym czymś do woli. Myślę o takich wierszach jak „nerw”, „Didaskalia (rallentando)”, „Rewers” i jeszcze kilka innych. Równie wiele jest jednak utworów odmiennych, zorganizowanych wokół narracji – „Wiersz o podglądaniu”, „Drugi wiersz o podglądaniu”, „szron”, „Bilet (calando)”, „Szkic z wyraźnym światłocieniem (ołówek, papier zeszytowy)”, „Wybieganie z raju” i tak dalej. W tych wierszach wyznaczasz jednak granice interpretacji. Być może one są mgliste, ale jednak są. Tam nie można podłożyć sobie czegokolwiek. Co to znaczy, że nie masz na to wpływu? To nie Ty piszesz te kawałki? Masz kogoś schowanego w szafie, kto odwala tę robotę za Ciebie?

T. P.: No oczywiście, że nie. Poszedłem po jednej linii, mówiąc przed chwilą o językowej warstwie książeczki. Ale tak, są teksty bardziej „szczere”, z zarysowaną krawędzią, chociaż w moim zamierzeniu cały tomik miał opowiadać o tym nieosiągalnym „rewersie” całością, bądź co bądź jakoś skomponowaną. Teksty, które wymieniłeś, mówiąc o „wyznaczaniu granic interpretacji” to jedna z perspektyw, i na przykład „Biletu” bym do nich na pewno nie zaliczył. I jeszcze – mimo wszystko jestem zwolennikiem „świadomego”, konceptualnego pisania. Bo stosunkowo łatwo jest napisać dobrze brzmiący, efektowny wiersz. Trudniej go obronić, będąc w zgodzie z samym sobą. No, teraz to moralizatorsko pojechałem.

R. Ch.: Czytając „Rewers” odebrałem Cię raczej jako zwolennika pisania wszelakiego – zarówno narracyjnego, jak i językowego, zrozumiałego i pozarozumowego. Zresztą to niewiarygodnie mocna mieszanka, która wydawała się niemożliwa, która jednak jest i teraz z dużym wdziękiem kotłuje mi się w głowie. Ale intryguje mnie jeszcze ta dialogowość – niemal w każdym wierszu pojawiają się wypowiedzi w drugiej osobie liczby pojedynczej. Twój bohater liryczny musi mieć słuchacza, któremu opowiada, wtłacza tę liryczną gawędę...

T. P.: Tak, dla mnie to bardzo ważne, bo i całą literaturę mam za sztukę opowiadania. Tylko tyle, i aż tyle.

R. Ch.: Literatura to zawsze sztuka opowiadania. Chyba. Mnie zastanawia to, że ta druga osoba liczby pojedynczej sprawia, iż Twój głos nigdy nie jest zdystansowany, ale bardzo gorący. Nie boisz się, że ten brak jakiegoś „chłodu” może okazać się przygniatający? Nie tylko dla czytelnika, ale także dla samego pisania.

T. P.: Nie, bo cała przyjemność to spalić się w wierszu. Im szybciej, tym lepiej. Widzę po sobie, że pisanie mnie męczy. Satysfakcjonuje wszystko co przed, ale sam proces jest męczący. Stąd pewnie to znieczulenie. Ale kolejne teksty, gdzieś tam skrobane, już powoli nabierają do siebie dystansu. Chyba.

R. Ch.: No właśnie, skądinąd wiem, że przygotowujesz już nową książkę. Podobno nieco odmienną. Opowiedz o niej.

T. P.: Pomalutku coś się zbiera, już właściwie w czasie pisania „Rewersu” cały szkic był gotowy. Tak, odmienny to zbiorek (o „książce” na razie nie ma mowy, ja nawet nie wiem, jak się Polsce książki wydaje), nawet bardzo odmienny. Bardziej przemyślany, wycyzelowany, już nie na jednym natchnieniu, jak „rewers”.

R. Ch.: Czy to znaczy, że „Rewers” powstawał w jakimś szybkim tempie? Napięciu? Na jednym oddechu?

T. P.: Tak, można tak powiedzieć. Nie był to jakiś bardzo krótki okres czasu (kilka miesięcy), ale teksty pisane były od jednej iskry. Co prawda, ten stosunkowo krótki czas pisania rekompensuje mi to wszystko, co powstało przed pierwszym wierszykiem zanotowanym w zeszycie do matematyki („wracasz do domu”) – bo trochę to w sobie ponosiłem.

R. Ch.: W tytułach Twoich wierszy często pojawiają się terminy muzyczne i plastyczne. Tęsknisz do formy jeszcze bardziej pojemnej? Same słowa Cię ograniczają?

T. P.: Nie, nawet nie. Ale bardzo lubię słuchać wierszy, czytać czyjeś teksty (swoje już niekoniecznie). Terminy muzyczne mają pomóc ewentualnemu „wykonywaniu”. A elementy plastyczne? Blisko mi do rysowanego, malowanego układania słów. Kompozycja, światłocień, kolor, etc.

R. Ch.: W niektórych wierszach opisujesz osoby będące niejako poza społeczeństwem. Myślę teraz o obu „Wierszach o podglądaniu” czy choćby „streszczeniu”. Skąd taki obszar zainteresowań?

T. P.: To nie tyle obszar zainteresowań, co po prostu jakiś sentyment (i zwyczajne podglądactwo właśnie). Dwaj sąsiedzi, dwa spojrzenia (plus babcia w „streszczeniu”). Bierne i czynne. Taka niepewność, która przewija się przecież przez całą książeczkę: czy podglądać świat, czy z nim rozmawiać. A takie dylematy najlepiej realizuje się wobec jednostkowych przypadków, nie uogólniając. Trzeba to w czymś zamknąć, znaleźć punkt odniesienia. Więc w żadnym wypadku nie są to wiersze o zabarwieniu społeczno-politycznym (zaśmiałem się w tym momencie, o czym informuję).

R. Ch.: Dziękuję za rozmowę.

T.P.: I ja również.
Wywiad przeprowadzono drogą internetową we wrześniu 2006 roku.