Wydanie bieżące

1 listopada 21 (69) / 2006

Agnieszka Nęcka,

MIŁOŚĆ UWIĘZIONA W NAWIAS

A A A
Dziś nie dziwią już powieści pokawałkowane, niespójne, pozbawione wyraźnego „centrum”, wokół którego byłaby snuta jakaś wciągająca narracja. Debiutujący „Opowieścią nawiasową” Marcin Pilis (rocznik 1974) nawet nie udaje, że jest inaczej. Na początku swej historii pisze kokieteryjnie: „Gdyby ta opowieść przybrała formę tekstową i miała znaleźć się przed oczami czytelników, powiedziałbym tak: może lepiej nie czytajcie dalej, bo z każdą kolejną stroną tej opowieści będzie rosło w was zniecierpliwienie, zaczniecie się irytować, aż w końcu stwierdzicie, że nie ma po co tracić czasu”. Naturalnie można by ten chwyt uznać za świetną zagrywkę psychologiczną. Nic tak nie pociąga, jak „zła” reklama, która w połączeniu z wrodzoną przekorą sprawi, iż przeczytamy książkę od deski do deski. Niestety, lektura „Opowieści nawiasowej” przekonuje, że sformułowane przez autora ostrzeżenie było uzasadnione. Dawno już nie czytałam tak powolnej i rozlazłej narracji, którą spokojnie można by streścić w trzech zdaniach. Pilis, najkrócej rzecz ujmując, sięgnął po konwencję romansową, ale – pomimo starań pisarza – ciężko by było mówić o odświeżającym „przekroczeniu” miłosnego paradygmatu, choć – powiedzmy na wstępie – o „typowym” romansie mowy być raczej nie może. Prozaik oparł swoją opowieść na ogranym już na wiele sposobów romansowym trójkącie. Jest On – bohater-narrator – malarz, zakochana w nim, zdolna do znoszenia rozmaitych poniżeń Sublokatorka oraz Kobieta Idealna, która w rzeczywistości okazuje się prostytutką. Rozczaruje się wszakże ten, kto sądziłby, że „Opowieść nawiasowa” traktuje o historii burzliwego związku dwojga (lub też trojga) ludzi albo miłosnych perypetiach współczesnych zakochanych (fabuły tu jak na lekarstwo, a akcji powieściowej nie dałoby się żadną miarą nazwać „wartką”).

Problem bowiem, jak mniemam, w tym, że autor nie uzgodnił sam ze sobą nadrzędnego celu swej opowieści. Kiedy bowiem chce się złapać kilka srok za ogon, może się okazać, że wszystkie zbyt łatwo zdołały się wymknąć. W moim odczuciu Pilis nie przemyślał do końca powieściowego konceptu i nie wyszedł poza standardowe rozwiązania. A bo i „Opowieść nawiasowa” mówi (używając chwytów groteski) o miłosnym zauroczeniu, seksie, o iluzjach, poszukiwaniu przez artystę ideału – inspirującego obiektu, który sprawi, że obraz (czy wiersz) urosną do rangi arcydzieła, o rozczarowaniu i rozbieżności między wyobrażeniami a rzeczywistością. Słowem, debiut Pilisa opowiada o tym, o czym zwykle opowiadają tego typu prozy, choć nie w ów tradycyjny sposób, do jakiego przyzwyczaiły nas „klasyczne” romanse. Nie mam jednak wątpliwości, że debiutant nade wszystko podjął grę (z) paradygmatem romantycznym. Sypiająca na wycieraczce domu swego eks-kochanka kobieta, włamywanie się przez okno do pokoju śpiącej Muzy, by móc ją potajemnie malować czy uwypuklony wątek poety-spermisty zdają się być wystarczającym potwierdzeniem tej tezy. Pilis nie opisuje namiętnego uczucia, jego ewolucji czy wygasania. Uwagę skupia natomiast na (przerysowanych grubą kreską) gestach i słowach, które współcześnie stały się powielanymi mimochodem, pustymi znakami. Romantyzm zdaje się być już tylko wyświechtaną konwencją, bowiem ludzie traktują miłość jak tytułową opowieść nawiasową – uboczną, przypadkową, snutą od niechcenia. Pragną ideałów, gdyż zapominają, że takowe nie istnieją, a tym samym nie doceniają tego, co mają. Nowoczesny tryb życia wyklucza ponadto romantyzm z tzw. prawdziwego zdarzenia.

Tytuł, jak widać, nie przysparza trudności interpretacyjnych. Pilisowa narracja jest jedną z wielu, jakie się przydarzają każdego dnia postaciom tworzącym współcześnie „bezrobotny pozanawiasowy tłum, który ucieka przed samym sobą, a jednocześnie musi stale trwać sklejony z przypadkowych ludzi ze swoimi historiami”. Z tego to zapewne powodu „wszystkie opowieści zdawały [...] się wyciągnięte z jakiegoś potwornego nawiasu, z czegoś, na co nikt poważny nie spogląda, nie widzi bowiem powodu, aby zaszczycać spojrzeniem – marginalność”. Tak przez autora „Opowieści nawiasowej”, postrzegana jest dziś właśnie miłość, która coraz częściej lokowana bywa poza „centrum” zainteresowań i zabiegów. To uczucie będące czymś, co przestając być dominujące, straciło na ważności. W podobny sposób historię romansową traktuje warsztatowo Pilis. Narrator opowiada (sobie) niby mimochodem o swoim dojrzewaniu do miłości. Robi to powoli, dygresyjnie, jakby czerpiąc frajdę z samego aktu opowiadania. Tym dałoby się wyjaśnić szczątkowość fabuły i zrzucenie na dalszy plan potrzeby opowiedzenia wciągającej historii. Współcześnie – chciałoby się rzec – takich powieści się nie pisze. W tym „przegadaniu” jest bowiem coś nieludzkiego, nużącego do granic wytrzymałości, irytującego właśnie. Niby mamy romans, w którym nie o romans chodzi. Wplecione tu i ówdzie partie dotyczące np. sztuki (które mogłyby być, jak to nie raz już bywało, mocną stroną książki) zostały zmarginalizowane i spłycone. Opowiadanie sobie o własnych uczuciach ma mieć – bo jakżeby inaczej – cel autoterapeutyczny, ale i owa autoterapia – jak mi się zdaje – grubymi nićmi szyta.

Zniecierpliwienie i irytacja, przed którymi przestrzegał Pilis, mogą mieć źródło w tym, o czym wiadomo nie od dziś. Przypomnijmy ukutą kilka lat temu tezę powiadającą, że zły stan polskiej prozy „nowej i najnowszej” wynika głównie z pogłębiającego się procesu prywatyzacji literatury (będącego przyczyną m.in. „wyzerowania” komunikacji). Każdy zajmuje się swoją własną narracją i nie ma powodu, by tracić czas na słuchanie/czytanie opowieści innych. Być może jest właśnie tak, że nudzi mnie historia debiutanta, ponieważ mogę opowiedzieć podobną, wcale nie gorszą (a z mojego punktu widzenia ciekawszą, bo swoją własną) narrację.

Grymaszenie na prozę Marcina Pilisa, czego mam pełną świadomość, jest skutkiem lekturowego rozczarowania lub zbyt wysoko postawionej poprzeczki. A przecież trzeba pamiętać, że mamy do czynienia z debiutantem, czyli kimś, komu należałoby wybaczyć niedociągnięcia i poczekać na drugą książkę. Zwłaszcza, że – co trzeba podkreślić – Pilis jest prozaikiem, który „postawił” na innego konia (temat) niż jego piszący rówieśnicy. Autor „Opowieści nawiasowej”, jak sądzę, chciał powrotu do prozy psychologicznej, ale zabrakło umiejętności warsztatowych, a być może odwagi. Autor „skroił” powieść o poszukującym miłości (i natchnienia) młodym artyście, którego pociąga tajemniczość i który potrafi podjąć zabarwione szaleństwem ryzyko w imię osiągnięcia celu. Wszystko to Pilis, co – moim zdaniem – byłoby atutem powieści, wziął w nawias ironii. I chyba w tym, jak sądzę, tkwi również problem. Efekt starań pozostawia bowiem trochę do życzenia. Debiutant – niestety – nie pokusił się o zanurzenie się w psychologiczną głębię i zbyt wiele spraw chciał za jednym zamachem załatwić, aby przedsięwzięcie, jakiego się podjął (zmierzenie się w czasach „utraconej niewinności” z tak trudnym i skomplikowanym tematem, jak międzyludzkie więzi) mogło się udać. Daleka jestem jednak od stwierdzenia, że „Opowieść nawiasowa” została do cna zepsuta. Tak, oczywiście, nie jest. Doceniam choćby próbę niepójścia na łatwiznę. To wszakże za mało, by zrównać sobie szerokie grono przychylnych czytelników. Nie będę jednak ukrywać, że życzę autorowi jak najlepiej, bo w moim odczuciu nie wszystko jeszcze stracone.
Marcin Pilis: „Opowieść nawiasowa”. Sosnowiec 2006.