Wydanie bieżące

15 marca 6 (270) / 2015

Andrzej Ciszewski,

TYLKO MNIE KOCHAJ (TOMIE)

A A A
Tomie jest (nazbyt) pewną siebie, nieziemsko atrakcyjną nastolatką. Kiedy upatrzy sobie przyszłego adoratora, ten jest już zgubiony. Dosłownie. Czarnowłosa piękność wywiera bowiem destrukcyjny wpływ na przedstawicieli płci brzydkiej na tyle skutecznie, że stają się jeszcze brzydsi, odkrywając w sobie pokłady mrocznego pożądania, chorobliwej zazdrości oraz czystego szaleństwa. W takiej sytuacji w zasadzie nie powinniśmy się dziwić, że kolejni absztyfikanci ślicznotki (z charakterystycznym pieprzykiem pod lewym okiem) próbują znaleźć sposób na uciszenie żywiołu przepalającego ich zwoje mózgowe. Ale żeby od razu ćwiartować sekutnicę? Cóż, najważniejsze, że owe akty brutalnego mordu nie robią na protagonistce większego wrażenia. Bo Tomie zawsze powraca. W jednym kawałku. I z nadzieją rusza na kolejny sercowy podbój. Aha, byłbym zapomniał: nigdy, przenigdy nie nazywajcie jej potworem. Chyba że na własnej skórze chcecie się przekonać, czym jest piekło.

Ponoć inspiracją do stworzenia opowieści o demonicznej istocie jawnie lekceważącej barierę śmierci był nagły zgon szkolnej koleżanki nastoletniego wówczas Junjiego Ito, który (przepracowując młodzieńczą traumę) wyobraził sobie sytuację, kiedy tragicznie zmarła dziewczyna, jak gdyby nigdy nic, wraca pewnego dnia do klasy. Wątkiem spektakularnego powrotu Tomie zza grobu – pierwszego z długiej litanii jej szokujących „wskrzeszeń” – twórca „Uzumaki. Spirali” wprowadza czytelnika w realia świata, gdzie płaszczyzna zdrowego rozsądku co rusz pęka pod naporem upiornych zjawisk i złowrogich manifestacji. Epizodyczna struktura tomu, konsekwentnie utrzymanego w poetyce sennego koszmaru, pozwala na prezentację galerii bohaterów-narratorów (płci obojga), których losy niejednokrotnie splatają się za sprawą tytułowego wampa o dość zagadkowym statusie ontologicznym, aczkolwiek cyklicznie odkrywanym w kolejnych odcinkach serii.

Już w swoim debiutanckim dziele Junji Ito dał się poznać jako autor mający dryg do tworzenia wyrazistych, choć często niejednoznacznych postaci. Można zaryzykować stwierdzenie, że ambiwalencja bliska jest także profilowi Tomie, w której – niczym w bardzo krzywym zwierciadle – odbijają oraz zwielokrotniają się przywary napotkanych przez nią osób. Jej „podwójne” oblicze łączy w sobie liczne opozycje: piękno i szpetotę, niewinność i zepsucie, słodką naiwność i bezwzględną manipulację, narcystyczną potrzebę bycia kochaną i pierwotną drapieżność niepozwalającą na branie jeńców. Dodatkowo ten trzymający w napięciu album umożliwia prześledzenie ewolucji graficznego stylu twórcy „Black Paradox” (w aspekcie komponowania kadrów, ich wewnętrznej dynamiki, rozwiązań światłocieniowych oraz rosnącej pieczołowitości w eksponowaniu detali), który medium autentycznej grozy potrafi uczynić zwykły dywan lub foliową płachtę.

W niestroniącej od makabryczno-groteskowych „smaczków” mandze czytelnik natrafi na wiele plansz wywołujących gęsią skórkę, jak również podnoszących poziom kwasu w żołądku. Ale w teatrzyku okropieństw twórcy „Gyo. Odoru śmierci” eskalacja nie jest wartością samą w sobie: to raczej optyka przyjęta w ramach autorskich rozważań nad zagadnieniami natury społecznej, historycznej, kulturowej czy metafizycznej. Pierwsza część cyklu „Tomie” to nie lada gratka dla fanów bezkompromisowego horroru, ale także lektura obowiązkowa dla stałych czytelników Junjiego Ito. Wszak to u boku tej zabójczej piękności pewien technik dentystyczny rozpoczął swój tryumfalny pochód do panteonu mistrzów komiksowej grozy.
Junji Ito: „Tomie”. Tłumaczenie: Damian „Komimasa” Stankowski. Wydawnictwo J.P. Fantastica. Mierzyn 2015.