Wydanie bieżące

15 marca 6 (270) / 2015

Natalia Gruenpeter,

WIDZOWIE DLA WIDZÓW (SCOPE50)

A A A
Scope50 to stworzony przez Gutek Film nowatorski program dystrybucyjny, do którego zakwalifikowano pięćdziesiąt osób z całej Polski. Uczestnicy zyskali dostęp online do dziesięciu filmowych propozycji i wybrali spośród nich jedną, która wejdzie do polskich kin. Już teraz wiadomo, że będzie to „Magical Girl” Carlosa Vermuta; premiera zaplanowana jest na czerwiec tego roku. Program daje też namiastkę festiwalowej atmosfery, stwarza okazję do rozmowy, wymiany poglądów i zderzenia opinii, a w zamierzeniu organizatorów ma pozwolić filmom zaistnieć w świadomości kinomanów na dłużej. Dlatego warto pisać również o tych tytułach, które wprawdzie nie wygrały, ale są intrygujące, irytujące, odważne lub po prostu trąciły jakąś strunę, która długo po seansie pozostała wrażliwa.

Ambicją programu Scope50 nie była oczywiście przekrojowa prezentacja kina europejskiego, ale niektóre propozycje pozwalają dostrzec szczególne cechy kina narodowego. W najbardziej wyrazisty sposób zarysowało się tutaj kino skandynawskie, nad którym ciąży obsesja upływającego czasu, przejmująca niemożność nawiązania głębszej relacji z drugim człowiekiem oraz tradycja przedstawiania natury jako zwierciadła ludzkich emocji. Być może ta specyfika była łatwo uchwytna, ponieważ w Scope50 znalazły się aż dwa tytuły ze Skandynawii, w dodatku w znaczący sposób korespondujące ze sobą: norwesko-szwedzka koprodukcja „The Quiet Roar” Henrika Hellströma oraz norweski film „Out of Nature” duetu Ole Giæver i Marte Vold.

Bohaterką filmu Hellströma jest chora, starsza kobieta, która poddaje się eksperymentalnej terapii pozwalającej na mentalny powrót do dowolnego momentu z przeszłości. Protagonistka wybiera wakacje spędzone z rodziną w górach, w imponującym domu położonym na pustkowiu. Fakt, iż postaci nie wybierają się do przytulnej górskiej chatki, ale właśnie do przestronnego, starannie zaprojektowanego, „designerskiego” domu, jest znaczący. Tematem filmu zdaje się bowiem jakaś trudna do opisania pustka wyzierająca spod pozornego porządku. W sensie fabularnym nie dzieje się tutaj nic znaczącego. Owszem, są kłótnie z mężem, zmęczenie dziećmi, ucieczka przed światem, ale wszystko to wydaje się wynikać z życiowego usposobienia głównej bohaterki, która na własne życzenie oddziela się od życia i bliskich. Kobieta stoi po stronie śmierci, symbolizowanej tutaj przez słabość do papierosów. Egzystencjalny niepokój przenikający film narzuca skojarzenia z „Personą” Ingmara Bergmana, będącą jednak raczej niedoścignionym wzorem niż rzeczywistym punktem odniesienia. Wprawdzie trudno odmówić dziełu Hellströma wizualnej inwencji i wyobraźni, ale ostatecznie film rozczarowuje. Skrywająca się za hipnotyzującymi zdjęciami tajemnica nieustannie jest bowiem opisywana przez pozakadrowy głos, naświetlana i wywlekana na powierzchnię, aż w końcu przestaje być tajemnicą.

Pod tym względem zaskakujący okazał się dla mnie film „Out of Nature”. Jego główny bohater to trzydziestolatek, którego poznajemy przez skrajnie irytujący monolog wewnętrzny. Martin jest znudzony pracą, nie chce spędzać czasu z żoną i dzieckiem, ma dosyć kolegów. Fantazjuje za to o romansie z ekspedientką z pobliskiego sklepu sportowego, o radykalnej zmianie swojego życia, o jakiejś przygodzie. Wolałby jednak nie podejmować żadnych wiążących decyzji i nie brać za nic odpowiedzialności. Uderzająca jest tutaj skrajna niedojrzałość bohatera, który w weekendy ucieka przed światem na trekkingowe wycieczki w niewysokie góry. Nieczęsto film, od początku celowo irytujący, skręca nagle w nieoczekiwaną stronę, zmusza do weryfikacji początkowego nastawienia. Czy kryzys Martina jest kryzysem trzydziestolatka, który nagle poczuł się schwytany w pułapkę monotonnego rodzinnego życia? Może pod tą konwencjonalną historią kryje się coś innego, jakiś trudny do wypowiedzenia, głęboki egzystencjalny lęk? Może bezładna paplanina bohatera jest tylko zasłoną, zastępującą coś, czego wypowiedzieć się nie da? „Out of Nature” to film chropowaty, irytujący, a nawet męczący, ale również film, który chciałoby się zobaczyć ponownie, aby rozpracować wszystkie identyfikacyjne pułapki zastawiane na widza. Reżyserski duet zdołał bowiem uruchomić całą gamę emocjonalnych i intelektualnych reakcji: od poczucia wyższości wobec głównego bohatera, ironii i pobłażliwości, poprzez ambiwalentne politowanie połączone z irytacją, aż do pytania o rzeczywisty sens przedstawionego kryzysu.

Innym filmem, który pozostawił mnie z tak dużą ilością pytań, jest „Atlantic” holenderskiego twórcy Jana-Willema van Ewijka. Akcja filmu rozgrywa się na marokańskim wybrzeżu, a głównym bohaterem jest Fettah, który poza sezonem pracuje razem z ojcem przy połowie ryb, natomiast latem przyjmuje w domu turystów-surferów. Niezadowolenie z życia popycha protagonistę ku samobójczej, nierozsądnej decyzji o popłynięciu na desce windsurfingowej do Europy. Krótki opis fabuły brzmi może banalnie, ale w sercu tego filmu kryje się opowieść o poszukiwaniu siebie, o potrzebie zmierzenia się z oceanem, który odebrał bohaterowi rodzicielkę, czy – w końcu – o irracjonalnym pragnieniu powrotu do oceanu, który jest matką. Widz wrażliwy na kwestie odpowiedzialnej turystyki będzie ponadto zadawał pytania o źródło motywacji bohatera. Spokoju nie daje tutaj kolosalna nierównowaga między statusem Fettah i jego zachodnich znajomych, którzy wpadają do Maroka na dwa tygodnie i wyruszają dalej, zostawiając po sobie reklamówki z Lidla, kombinezony Billabonga i marzenia o lepszym życiu.

Za największe rozczarowanie projektu uznaję austriacki film „Goodnight mommy” w reżyserii Veroniki Franz i Severina Fiali, choć wcale nie uważam go za najgorszy z dziesięciu zaproponowanych przez Gutek Film. Brak satysfakcji wynika raczej z oczekiwań, jakie miałam w związku z niepokojącym, enigmatycznym początkiem dzieła. Osamotnieni dziewięcioletni bliźniacy mieszkający w domu na pustkowiu zderzeni zostają nagle z matką, która wraca po operacji twarzy, owinięta w bandaże, zmęczona, zirytowana, upiorna. Nieprzepracowana trauma, emocjonalny chłód i wycofanie z życia rodzinnego stają się barierami w komunikacji, a w końcu także czynnikami wywołującymi agresję i eskalującymi przemoc. Trudno napisać o tym filmie więcej, nie zdradzając fabularnego zwrotu, który nadaje historii narracyjny sens. Aby przybliżyć atmosferę, wystarczy odnotować wyraźne inspiracje kinem Michaela Hanekego, horrorami i thrillerami spod znaku „Dziecka Rosemary”, „Musimy porozmawiać o Kevinie” czy „Szóstego zmysłu”. Wydaje się, że mnogość tych inspiracji oraz dążenie do zrobienia filmu efektownego i szokującego osłabiły interesującą historię, którą można odczytać jako wiwisekcję austriackiej psyche.

Na drugim miejscu rankingu, zaraz za hiszpańską „Magical Girl”, znalazł się francuski film „Party Girl”, który wspólnie nakręcili Marie Amachoukeli, Claire Burger i Samuel Theis. Podobieństwo tytułów jest czystym przypadkiem, a wspomniane dzieła poruszają się po zupełnie różnych rejestrach emocjonalnych i korzystają z radykalnie odmiennych poetyk. „Party Girl” opowiada historię dojrzałej kobiety, która przez całe życie pracowała w nocnym klubie, a kiedy nagle staje przed możliwością życiowej stabilizacji, okazuje się kompletnie zagubiona. Francuski film jest może mało efektowny lub nawet zachowawczy w zakresie formy, ale to właśnie prostota stanowi o jego sile. Angażujący emocjonalnie sposób opowiedzenia historii tytułowej „party girl” przywołuje kino Johna Cassavetesa. Francuscy twórcy składają zresztą amerykańskiemu reżyserowi hołd w scenie ze spaghetti, wyraźnie inspirowanej fragmentem „Kobiety pod presją”. Gdyby z kolei szukać jakiegoś znaczącego punktu odniesienia dla „Magical Girl”, sądzę, że byłoby nim kino braci Coen. Niebanalne czarne poczucie humoru oraz elementy wyjęte z kryminalnych komedii nabierają tutaj nieoczekiwanie cech moralitetu. Skojarzenia z mistrzami amerykańskiego kina w żadnym wypadku nie powinny być traktowane jako słabości, autorski głos francuskich i hiszpańskich twórców wybrzmiewa bowiem wyraźnie i czysto.

Choć w programie Scope50 wygrał jeden tytuł, organizator zadecydował, że do kin ostatecznie trafi zarówno „Magical Girl”, jak i „Party Girl”. Filmy mają pojawić się na polskich ekranach w czerwcu, będzie więc okazja więcej o nich pisać i rozmawiać, podobnie jak i o całym projekcie, który jeszcze się nie zakończył. Być może najciekawszą jego częścią stanie się konfrontacja opinii pięćdziesięciu osób z gustem szerszej widowni.